Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Kiedy byłem dziełem sztuki

Tłumaczenie: Maria Braunstein
Wydawnictwo: Znak
6,74 (2880 ocen i 233 opinie) Zobacz oceny
10
179
9
336
8
377
7
843
6
495
5
382
4
92
3
119
2
25
1
32
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Lorsque j'étais une œuvre d'art
data wydania
ISBN
8324003983
liczba stron
263
słowa kluczowe
powieść, Schmitt, żywa rzeźba
kategoria
Literatura piękna
język
polski
dodała
Kameliniusz

Zdesperowany bohater na skraju samobójstwa podpisuje iście faustowski pakt ze spotkanym przypadkowo artystą. Odda się w jego ręce, w zamian za co odzyska sens życia. Jako żywa rzeźba staje się sławny i podziwiany. Traci tylko jedno – wolność. Gdzie kończy się sztuka, a zaczyna manipulacja? Co stanowi o naszej wyjątkowości? Jak zwykle u Schmitta, ważne pytania podane lekko i z przymrużeniem oka.

 

źródło opisu: http://www.znak.com.pl/

źródło okładki: http://www.znak.com.pl/

Brak materiałów.
książek: 121
Blackie | 2013-10-02
Na półkach: Przeczytane, Posiadam

Kiedy skończyłem lekturę tej książki, poczułem, że oto otrzymałem misję. Wbrew temu, co usłyszycie, bądź przeczytacie, bądźcie pomni mych słów, gdyż one wskażą wam drogę ku oświeceniu. Moi kochani, oszczędźcie swój cenny czas, swe w trudzie zarobione pieniądze, swe zmęczone oczy i omijajcie to „dzieło” szerokim łukiem. W ten sposób pomożecie zarówno swojemu umysłowi, jak i ciału.

Eric-Emmanuel Schmitt jest twórcą popularnym (wyniki sprzedaży!), ekranizowanym (bardzo dobry "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu") i uznawanym za kultowego (liczne komentarze na Internecie). Nie wiem (przyznaję się bez bicia) jakie są jego pozostałe książki, jednak po przeczytaniu "Kiedy byłem dziełem sztuki" nie mam najmniejszej ochoty, by to sprawdzać. Być może zacząłem od najsłabszej pozycji w jego katalogu, albo ten styl nie trafia w moje gusta. Nie wiem i wygląda na to, że prędko się nie dowiem. Jestem tak głęboko zniechęcony.

Knot, moi państwo, totalny knot, w którym wszystkie wątki poprowadzone są źle, bohaterowie płascy, jednowymiarowi, a intryga wątła, choć przekoncypowana. Oto mamy żałosnego przegrańca, który chce się targnąć na swoje życie skacząc w przepaść. Namyśla się przy tym, użala nad swoim marnym losem, aż w końcu nadmorski wiatr przynosi męski tubalny głos, który prosi o dwadzieścia cztery godziny… Tajemniczym głosem okazuje się zblazowany bogacz – artysta o aparycji Lou Cyphre’a z "Harry'ego Angela" - człowiek mający wizję, by z owego niedoszłego samobójcy uczynić chodzące dzieło sztuki. Plan swój realizuje. Resztę można pominąć, włącznie z zakończeniem, które jest płytkie i naiwne jak całość tejże powieści.

Zapewne miało być kontrowersyjnie i troszkę obrzydliwie. Zdekonstruowany za pomocą licznych operacji plastycznych bohater staje się pozbawionym jakichkolwiek praw monstrum. Jego właściciel przewozi go od wystawy do wystawy, trzepiąc przy tym niezła kasę. Zepsuci bogacze pragną mieć go w swoich zbiorach, a ich żony w łóżku. Następuje przegląd seksualnych dewiacji, obrzydliwych postaci i drętwych, artystowskich, gadek. Ze strony na stronę jest coraz gorzej. Kiedy nasz oszpecony kretyn odzyskuje rozsądek i zaczyna nabierać chęci do życia, autor zupełnie traci kontrolę nad swoim dziełem. Opowieść staje się jeszcze bardziej banalna, pojawiają się postaci, które ma się ochotę zastrzelić na miejscu (głupiutka dzieweczka i jej pożałowania godny ojciec). Główny bohater to najbardziej pretensjonalna i wkurwiająca ofiara losu w dziejach literatury! Czytając tę książkę ma się ochotę krzyczeć: „Czemuś nie skoczył, ty nudna, żałosna lebiodo!”. Reszta postaci jest ledwie nakreślona: tu są oczy, tam nos, ubranie mniej więcej takie, a tutaj jest napisane skrótowo jakie ów pan/pani ma usposobienie. Kiedy rzecz się skończyła i mogłem zabrać się za coś lepszego (czytaj: cokolwiek), zadałem sobie pytanie, czy mogło być bardziej sztampowo. Przemyślenia o istocie człowieczeństwa, granicach sztuki, wolności… Ratunku! No i ostatnie strony. Ta plaża, te ślady stóp na piasku zacierane przez niezmordowane morze. Jezu Chryste!

Nie wiem jak napisane są pozostałe książki Schmitta, ale "Kiedy byłem dziełem sztuki" to straszliwie natchniony bełt. Język stylizowany jest na archaiczny (początek XX wieku), choć wszystko wskazuje na to, że rzecz dzieje się współcześnie. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam absolutnie nic do takich praktyk, gdyż sam zachwycam się "Bakunowym Faktorem" Johna Bartha, jednak tam styl zdeterminowany był przez czas dziania się akcji. Poza tym Barth to absolutny mistrz, jeden z bogów literatury! Tutaj konsekwencji brak. Dialogi też leżą i kwiczą. Bohaterowie rozmawiają ze sobą wygłaszając napuszone tyrady, jakby grali w kiepskiej sztuce teatralnej. Wszystko jest tak sztywne i wyprane z jakichkolwiek emocji, że odruchowo zaciskamy pośladki.
Dodam jeszcze od siebie, że książkę tę otrzymałem w prezencie od osoby, która była nią zachwycona! Przeczytałem i powiedziałem, że fajna, gdyż są sytuacje, w których hipokryzja jest wysoce wskazana. Teraz mogę śmiało wykrzyczeć: STRZEŻCIE SIĘ TEJ KSIĄŻKI. Wasz umysł, pieniądze i oczy są więcej warte.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Jak wysoko sięga miłość? Życie po Broad Peak. Rozmowa z Ewą Berbeką

Książkę zapragnęłam przeczytać po obejrzeniu wywiadu z Ewą.Urzekł mnie wtedy niesamowity spokój i ciepło płynące od tej kobiety.W sytuacji, w której s...

zgłoś błąd zgłoś błąd