Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Peanatema

Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Mag
8,26 (317 ocen i 44 opinie) Zobacz oceny
10
64
9
103
8
68
7
56
6
12
5
2
4
5
3
2
2
3
1
2
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Anathem
data wydania
ISBN
978-83-7480-126-3
liczba stron
960
słowa kluczowe
technologia, człowiek, SF
język
polski
dodała
Ewa

Inne wydania

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium...

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost – jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.

 

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 880
Karodziejka | 2010-08-21
Przeczytana: luty 2010

Peanatema to jedna z najbardziej magnetycznych książek, jakie czytałam. Siła jej przyciągania ujawniła się już w księgarni, po której krążyłam w zasadzie bezcelowo - w planach miałam kupić jedynie książkę na prezent dla kogoś, lecz szukanego tytułu akurat nie posiadali. Miałam jednak trochę czasu do zapełnienia, przyjemniej było więc pochodzić między półkami niż tłuc się po centrum handlowym. Sklep był jednym z tych większych i właściwie nawet nie przeglądałam jakoś szczególnie uważnie wszystkich pozycji, patrzyłam przed siebie - i nawet nie wiem sama, jakim cudem przy tak nieuważnym przypatrywaniu się książkom zauważyłam tę pozycję, tym bardziej, że stała z boku, dużo poniżej linii mojego wzroku.

Wyróżniła się zapewne grzbietem z masy krzykliwych okładek stonowanymi kolorami oraz samym rozmiarem - bo nie da się ukryć, że Peanatema jest pokaźnej objętości. Przód książki trafił idealnie w moje gusta - dla mnie to ideał okładki. Autor był jednak dla mnie wtedy jeszcze zupełnie nieznany i chociaż opisy z tyłu książki mnie zainteresowały, to odstawiłam Peanatemę na półkę. Chciałam poczytać coś w sieci na temat tego autora, bo nie uśmiechało mi się wydać lekką ręką kilkadziesiąt złotych na zakup w ciemno. Poszłam dalej porozglądać się po książkach, daleko jednak nie zaszłam - wróciłam. Jeszcze raz obejrzałam całą książkę, przeczytałam wszystko, co tylko było napisane na okładce i kilka pierwszych stron, które zdawały mi się w tych pierwszych wrażeniach nieco dziwne. Wracałam tak do Peanatemy trzy razy. Zdecydowałam się zaryzykować - zawsze mogłam przecież sprzedać ją później na Allegro.

Muszę napisać, że były to jedne z najlepiej zainwestowanych w książki pieniędzy.

Peanatemę zaczęłam czytać w pociągu między Katowicami a Lublinem, czyli na trasie, która przez pięć lat studiów była dla mnie standardową. Zdążyłam się już przyzwyczaić do długiej jazdy i nigdy się podczas podróży nie nudziłam - przejazd z Peanatemą zdawał się być jednak dla mnie błyskawiczny. Wsiadłam do przedziału i otworzyłam książkę - w tym momencie wszystko przestało istnieć, tak mnie zassało do świata Arbre. Świat zewnętrzny powrócił dopiero w Lublinie, gdy przyszła pora na wysiadanie - a i tak nie wiem, czy bym zauważyła, że już czas, gdyby nie to, że na szczęście nie jechałam sama. Ponad 3/4 książki pochłonęłam w czasie tej podróży.

Wciągnęła mnie już sama idea świata matemowego i koncentów ze wszystkimi jego ideami, rytuałami i surowym stylem życia. Po kilku stronach czułam się w tym jak w domu, nastawiając się może nieco niechętnie do perspektywy apertu - czyli wpuszczenia w mury koncentu ludzi niezwiązanych z nauką, co odbywa się w cyklicznych odstępach czasu zależnych od formy matemu (a te są roczne, dziesięcioletnie, stuletnie i tysiącletnie). W przypadku głównego bohatera, fra Erasmasa, chodzi o matem dziesięcioletni. Apert pozwala nie tylko na wejście zwykłym ludziom w mury koncentu, ale i opuszczenie tych murów przez zamieszkujących go na co dzień w odcięciu od reszty świata deklarantów. To wydarzenie jest jednak ledwie wstępem do powieści, prawdziwa akcja rozpoczyna się po nim, to wtedy także tak naprawdę zaczyna się dopiero poznawanie świata i reguł rządzących w koncencie. Wydarzenia będą rozwijały się w stronę zaistnienia konieczności współpracy świata matemowego i sekularnego.

Ze wszystkich stron książki na pierwszy plan wybija się zamiłowanie do nauki i filozofii, do rozwoju człowieka. Jak za czasów Platona i Arystotelesa poznawanie świata odbywa się wyłącznie za pomocą rozumu, bez żadnych cywilizacyjnych udogodnień. Ogromną rolę odgrywają tu dialogi, to dzięki nim postępuje rozwój wiedzy, co przypomina mi o Arystotelesie, Konfucjuszu czy innych filozofach, którzy nauczali w ten właśnie sposób. Jak w większości książek, z wyjątkiem Zodiacu, tak i w tej Stephenson mniej skupia się na akcji, a bardziej na kreacji świata, uwypuklaniu problemów społecznych, podkreślaniu znaczenia inteligencji. Wrzuca w treść nieco fizyki i matematyki, łamigłówek i lekko ironicznego humoru, bez wyśmiewania się z ludzi czy podkreślania poczucia wyższości nad innymi (a bywało, że takie wrażenia odnosiłam po lekturze w innych przypadkach). Śmiało mogę napisać, że Peanatema jest intelektualną ucztą.

To wszystko nie oznacza, że akcji w tej książce brak, przeciwnie, jest ładnie skonstruowana i zamknięta fabuła, bywają momenty, że dzieje się naprawdę sporo. Wszystko służy jednak raczej podkreśleniu całej idei książki, niż po prostu porwaniu czytelnika za sobą samą akcją, nie niosąc nic więcej. To dla mnie ogromna zaleta Stephensona, ujawniająca się nie tylko w Peanatemie.

Peanatema zaliczana jest do science-fiction, ale dla mnie jest to dzieło wykraczające poza ramy tego gatunku (co można jednak powiedzieć o większości najlepszych książek, nie tylko z fantastyki - po prostu wybitne dzieła tak już mają). Szczególnie patrząc na definicję wg Clarke'a (wyłapane na wikipedii, pochodzi z A. C. Clarke, The Collected Stories, Gollancz Science Fiction, London 2002, IX.):

"fantastyka naukowa jest tym, co nie może się wydarzyć – na szczęście;
fantasy jest tym, co nie może się realnie wydarzyć – niestety."

W przypadku Peanatemy nie powiedziałabym, że to, że przedstawione tam wydarzenia nie mogą rzeczywiście zaistnieć to powód do radości.

Podstawowe aspekty fikcji naukowej w Peanatemie jednak z łatwością odnajdziemy, w tym neologizmy - chociaż w mniejszym stopniu dotyczą one technologii, a w większym - historii i kultury. Spotykałam się z opiniami, że początkowo utrudniało to odbiór książki czytelnikowi, chociaż mnie osobiście od początku przypadły one do gustu i nie narzekałam na to. Z pomocą ponadto przychodzi glosariusz, do którego można w każdej chwili zajrzeć i który wyjaśni pojęcia pojawiające się w książce.

Jedna z moich ulubionych pozycji i jedna z najlepszych książek, jakie czytałam.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Faktotum

Książka przepełniona wulgaryzmami i niskim humorem - tak najczęściej podsumowywany jest Charles Bukowski. Zgadzam się z tą opinią, jednakże uważam, że...

zgłoś błąd zgłoś błąd