Dołącz do nas! To proste.
» Własna biblioteczka
» System rekomendacji
» Zobacz, co czytają znajomi
» 100 tys. zarejestrowanych użytkowników
» 139 tys. książek
» Ponad 229 tys. recenzji
Stwórz własną internetową biblioteczkę,
pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!

Śniadanie u Tiffany'ego

Autor:

więcej informacji
tłumaczenie: Rafał Śmietana
tytuł oryginału: Breakfast at Tiffany's
seria/cykl wydawniczy: Kolekcja Gazety Wyborczej - XX wiek tom 13
wydawnictwo: Mediasat Poland
data wydania: 2004
ISBN: 8389651629
liczba stron: 87
język: polski
typ: papier
dodał: PaniKa
6.73 (332 ocen i 22 opinie)
 
Kup książkę
Cena od 28,06 zł

Opublikowana w 1958 r. powieść „Śniadanie u Tiffany’ego” szybko trafiła na listę bestsellerów. Historia młodej Amerykanki wiodącej karnawałowe życie w Nowym Jorku, łamiącej serca mężczyznom i polujące... Opublikowana w 1958 r. powieść „Śniadanie u Tiffany’ego” szybko trafiła na listę bestsellerów. Historia młodej Amerykanki wiodącej karnawałowe życie w Nowym Jorku, łamiącej serca mężczyznom i polującej na męża milionera urzekła też krytyków, którzy wskazywali, że to coś więcej niż wielkomiejskie story o wodzącej facetów za nos, cynicznej playgirl; że prezentowany przez Holly Golightly sposób na życie odzwierciedla jej lęk przed zwyczajnym dorosłym życiem, prozą ułożonej i spokojnej egzystencji. Zresztą tylko do czasu ułożonej, bo przecież nieodpornej na zrządzenia losu. Dziewczyna nie chce stabilizacji – co manifestuje m.in. dopiskiem „w podróży” na wizytówce – ale szuka poczucia bezpieczeństwa, które symbolizuje marzenie o zjedzeniu śniadania w sklepie Tiffany’ego, najpotężniejszego jubilera na świecie. Powieść Capote’a to także kapitalny obraz Nowego Jorku w latach 40. XX w., po którym oprowadza czytelników narrator-pisarz, sąsiad i przyjaciel Holly Golightly.

W 1961 r. książkę przeniósł na ekran Blake Edwards. W postać Holly wcieliła się przyjaciółka pisarza Audrey Hepburn (początkowo Capote chciał, żeby była to Marilyn Monroe). Z filmu pochodzi słynna, nagrodzona Oscarem piosenka „Moon River” Henry’ego Manciniego.
pokaż więcej.



Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Moja ocena:
loading
Opinie znajomych
Sprawdź czy twoi znajomi napisali opinie lub dodali książkę do biblioteczki. Zaloguj się
Dyskusje o książce
 (1)

Opinie czytelników
Na półkach: Przeczytane, Ulubione, Posiadam
Przeczytana: 01 grudnia, 2010

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

Uwielbiam Audrey Hepburn. Audrey – kobietę idealną. Wrażliwą, piękną, elegancką, upartą, zapamiętaną głównie przez rolę Holly Golightly w „Śniadaniu u Tiffany’ego’ Blake’a Edwards’a, kiedy to sunie po 5 alei w stronę salonu Tiffany’ego.
Czy taka kobieta może zagrać kobietę lekkich obyczajów? Jak widać może, tak piekielnie dobrze, że trudno oddzielić wizerunek filmowej Holly od tej książkowej, przecież nawet z okładki uśmiecha się do nas promiennie. Film przyćmił książkę, do tego stopnia, że zarówno film jak i książkę uznaje się za romans, którym {uprzedzam} nie jest. Capote wprowadza nas w lata 40 XX wieku, trwa wojna, a Nowy York pomimo konfliktu w odległej Europie, pomimo mrocznej atmosfery- tętni życiem. Tam właśnie spotykamy pewnego pisarza, wspominającego dziewczynę, którą niegdyś znał-Holly. Nie wie co się z nią dzieje, nie wie nawet czy żyje, ale wie jedno: na pewno jest tak samo czarująca jak kiedyś, do tego stopnia, że nie może o niej zapomnieć.
Holly to ekskluzywna call girl, dziewczyna na telefon, mieszka w nieumeblowanym dotąd mieszkaniu z bezimiennym kotem, a jej adres brzmi: w podróży. Dlaczego nie chce się ustatkować? Żyć w przytulnym domu, z tłustym kotem o uroczym imieniu i z meblami jak z pierwszych stron katalogów? Odpowiada nam: "Nie chcę niczego mieć, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym ja i otoczenie będziemy do siebie pasować. Nie wiem jeszcze, gdzie to jest, ale wiem dokładnie, jak tam będzie. - Jak u Tiffany'ego."
To dziewczyna z problemami, boi się miłości, a jednocześnie tak bardzo jej pragnie, chce być uczciwa, ale zbyt wielką frajdę sprawia jej kradzież drobnych rzeczy, chce zostać aktorką, ale wie, że: „To za trudne, a jak ktoś jest inteligentny, to i kłopotliwe. Nie mam dostatecznego kompleksu niższości; ludzie uważają, że jak ktoś jest gwiazdą filmową, to musi mieć ogromną indywidualność, a w gruncie rzeczy najważniejsze jest nie mieć żadnej w ogóle. Nie mówię, że nie chciałabym być sławna i bogata. To jak najbardziej leży w moich planach i kiedyś spróbuję tego dopiąć, ale jeżeli tak się stanie wolałabym zachować moją indywidualność", wie też, że nie można się do niczego przyzwyczajać: „kiedy się przyzwyczajasz, to jakbyś umierał”. Jest pełna sprzeczności, co czyni ją tak fascynującą. Pisarz z kolei {w przeciwieństwie do filmu, nigdy nie poznajemy jego imienia} jest utrzymankiem, piszącym nieznane bliżej ludziom książki. Pewnego dnia wprowadza się do kamienicy i odtąd towarzyszy pannie Golightly prawie na każdym kroku, zarówno podczas radosnych spotkań towarzyskich, jak i smutnej wizyty w szpitalu. Nie sposób oderwać się od śledzenia ich losów, które zostały opisane przez Capote’ego wdzięcznym językiem. Po obejrzeniu filmu ktoś pewnie powie: ależ Holly w końcu znalazła miłość, związała się z Paulem i całowała się z nim w deszczu, kiedy już udało im się znaleźć kota! W rzeczywistości pisarz {czy jak kto woli:Paul} nigdy nie zdeklarował wprost swoich uczuć do Holly, która pewnego dnia po prostu znikła, a jej przyjaciel miał nadzieję, że w końcu poczuła się gdzieś tak jak chciała, jak u Tiffany’ego.


Przeczytana: lipiec, 2010

Co za łajno! Nie dość, że nic się nie dzieje, nie dość, że Holly jest głupia siksa, nie dość, że nawet jej absztyfikant przedstawiający historię nie ma jaj i nawet nie widać, żeby znajomość z Holly jakoś go zmieniła, nie dość nawet, że sama nowelka napisana jest stylem jeszcze gorszym, niż moje prace zaliczeniowe, to jeszcze na koniec ta kretynka Golightly wyrzuca kota. Pewnie, że kot sobie radzi, ale sucz powinna spotkać za to jakaś zasłużona a straszliwa kara. Tymczasem kara spotkała mnie, bo przebrnęłam przez to paskudztwo. Nigdy więcej, a Andy Warhol powinien mieć lepszy gust do męskich fascynacji. Ych.


Przeczytana: 23 października, 2010

Miałam obejrzeć film, przeczytać książkę, porównać. Jednak po przeczytaniu opowiadania nie chce psuć sobie wyobrażeń. Już podsuwa mi się postać Hepburn, kiedy tylko w czarodziejskie google wpisze tytuł tego dzieła. A ja nie tak sobie ją wyobrażam, właściwie, aktorka ta piękna i może ma talent, ale do tej roli - do mojego wyobrażenia Holly w ogóle nie pasuje! Wręcz niemożliwie nie mieści się ramach. Myślę o niej raczej, jako o śniadej blondynce z lokami, niż wykokowanej brunetce.
Co do historii - idealna do kawy, jak ktoś pali - papierosa i dobrej kanapki, czy ciastka. Jest delikatna, trochę prowokująca, ale co najważniejsze ocenę głównej sprawczyni zamętu pozostawia do oceny czytelnikowi. Sami możemy zweryfikować w swoich głowach, co było prawdą, co fikcją w życiu Holly i co to wszystko o niej świadczy. Nigdy ani przez sekundę nie myślałam o niej, jako o głupiej osobie. Ona nawet najgłupszą rzecz robiła z rozwagą. Wszystko było rozmyślną zabawą, by udowodnić, że dzikości się nie łapie.
Klaszczę w dłonie dla kunsztu Pana Capote, który napisał to opowiadanko, treściwe 80 stron, a nie ma czego dodać i niczego nie brakuje! A historia dobra wydawało by się nadaje się tylko na powieść. Zadziwiające.


Na półkach: Przeczytane, Ulubione, 2011
Przeczytana: 01 sierpnia, 2011

"Śniadanie u Tiffany'ego" to wspaniała klasyczna powieść. Nigdy nie zdobyłabym się na to żeby sięgnąć po Capote'a. Zapewne uważałabym tę książkę jako nudną i przestarzałą, bo przecież napisaną jeszcze w latach 60. XX w. Zmieniłam zdanie po moim pierwszym spotkaniu z Audrey Hepburn i właśnie z ekranizacją tej powieści. Film wywarł na mnie duże wrażenie, więc postanowiłam sięgnąć po lekturę.

Nie żałuję. I nigdy żałować nie będę. Książka nieco różni się od filmu, jak to zazwyczaj bywa. Oczywiście nie było efektów dźwiękowych, mam tu na myśli utwór "Moon Rover", ale wszystko można było sobie wspaniale wyobrazić. Bardzo podobała mi się postać Holly oraz zakończenie całej książki. Nie zdradzę go oczywiście...

Wracając do fabuły. Holly jest dwudziestoletnią Amerykanką, mieszkającą w Nowym Jorku. Wiedzie swoje beztroskie i pełne zabaw życie, poszukując bogatego męża. Historia jest opisywana z perspektywy pisarza, który wprowadza się do kamienicy, w której mieszka Holly. Jest zaintrygowany życiem Amerykanki oraz jej sposobem bycia. Z czasem zaczyna ją poznawać, a owo uczucie przeradza się w przyjaźń, a potem... Fred - jak zabawnie nazwała go Holly, gdyż przypominał jej brata - nieoczekiwanie i ku swemu zdumieniu zakochuje się w niej. Holly jednak nie podziela jego uczuć. Zależy jej jedynie na naprawdę bogatym mężu. Początkowo myśli o pani Trawlerze, jednak zmienia zdanie dowiadując się, iż owy pan jest już żonaty z jej znajomą - modelką. Postanawia zażucić haczyk na grubszą rybę - Brazylijczyka, który ma własne ranczo. Jednak, gdy Holly wywołuje skandal jej obiekt westchnień się ulatnia. Do akcji znów wkracza Fred, by pocieszyć biedną pannę Golightly. Pewnie pomyślicie, że to straszne nudne, ale pomijam wiele fragmentów i wydarzeń, podczas których nie można się nudzić. I w tym momencie zbliżamy się do końca, którego nie zdradzę.

Jeśli oglądaliście film to sięgnijcie po książkę i zobaczcie, jak zakończy się historia o Holly Golightly. Na pewno nieco inaczej jak w filmie. To mogę wam zdradzić. Co jeszcze ciekawego znajdziecie w tej lekturze? Przy jej czytaniu na pewno na waszej twarzy pojawi się uśmiech... I to niejednokrotnie. A jako, że film widziałam pierwszy, jeden fragment troszeczkę mnie zawiódł, a mianowicie ten z kradzieżą pewnego przedmiotu... Na pewno część z was wie, o co chodzi.

Polecam tę książkę. Nie ma w niej idealnych postaci i idealnych miejsc. Podejście panny Golightly do życia jest dosyć ciekawe i na pewno niespotykane. Dodatkowo jej przyjęcia i przyjaciele... I mieszkanie oczywiście. I kochany kot - bez imienia. Z kotem też będzie różnie, tak a propos, więc... Sięgnijcie po książkę. Podejrzewam, że wydanie kieszonkowe jest w każdej bibliotece. Ja takie wypożyczyłam i nie żałuję. Jeszcze raz - polecam!


Na półkach: Przeczytane, Ulubione
Przeczytana: 02 kwietnia, 2011

Holly jest ciągle w podróży. Nie zna jeszcze swojego miejsca na ziemi, ale ma o nim wyobrażenie. I do tego wyobrażenia dąży. Jest jak ptak, którego nie można zamknąć w klatce.
Kiedy ją poznajemy, mieszka w Nowym Jorku - to jeden z jej przystanków na drodze do szczęścia. I gdyby nie jej sąsiad, nigdy byśmy się nie dowiedzieli jak ona jest.
A Holly nie jest tylko ładną dziewczyną. Wie czego chce, nie załamuje się porażkami i wciąż szuka. Z tego co mówi, można wyłapać jej poglądy, przemyślenia, pragnienia. Bo Holly potrafi zaskoczyć...

Książka mnie oczarowała, podobne jak film i nie jestem w stanie krytycznie podejść do adaptacji. Książka jest intrygująca, ma pazur i wiele interpretacji. A film wykorzystał historię dla własnej potrzeby, robiąc uroczą komedię romantyczną, ze szczęśliwym zakończeniem.


Na półkach: Przeczytane, Z biblioteki
Przeczytana: 05 grudnia, 2011

„Truman Capote – właściwie Truman Steckfus Persons, amerykański pisarz, urodzony 30 września 1924 w Nowym Orleanie, zmarł 25 sierpnia 1984 w Los Angeles. Dzieciństwo spędził w Luizjanie, Missisipi i Alabamie. Debiutował zbiorem nowel pt. „Zatrzaśnij ostatnie drzwi” w 1943, później pojawiło się jeszcze kilka tomów jego opowiadań, ale sławę i uznanie zyskał dzięki dwóm powieściom – „Inne głosy, inne ściany” (1948), i „Harfa traw” (1951). Jest także autorem powieści, „Śniadanie u Tiffany’ego” z 1958, i „Z zimną krwią” z 1966. Był bardzo barwną postacią, niezwykle inteligentnym człowiekiem o słabej woli. Jego życie, prócz twórczości, wypełniały homoseksualne miłości, procesy sądowe, skandale, podróże, przyjęcia i nałogi. Zmarł w wieku 60 lat, z powodu choroby wątroby.”

„Śniadanie u Tiffany’ego” to opowieść o fascynacji początkującego pisarza jego ekscentryczną sąsiadką Holly Golightly. Dziewczyna, której pochodzenie nie jest nam dokładniej znane lubuje się w bankietach i spotkaniach towarzyskich, na których oczarowuje mężczyzn. Holly nakreślona jest jako postać z trudem odróżniająca fantazje od rzeczywistości; jest lekkomyślną, bujającą w obłokach i marzeniach, niedojrzałą młodą dziewczyną.

W „Śniadaniu u Tiffany’ego” nie znajdziemy cech, które według wielu krytyków przesądzają o wyjątkowych wartościach utworów. Nie ma tutaj trudnych elementów konstrukcyjnych, przeskoków pomiędzy czasami i osobami narracji, czy eksperymentów językowych – neologizmów, wyszukanych metafor, czy żargonu ulicznego lub więziennego. Bohaterowie przedstawieni są w sposób bardzo nieskomplikowany, brak tu głębokich portretów psychologicznych. Jest natomiast krótkie wprowadzenie i prostota stylu. I właśnie w tym tkwi fenomen tej historii. Zwyczajne, proste i oczywiste prawdy przekazane są bez jakichkolwiek ozdobników i udziwnień.

Pomimo braku wyrafinowanych środków tworzenia przekazu, „Śniadanie u Tiffany’ego” ma w sobie to coś, co sprawia, że nie odchodzi tak zupełnie w zapomnienie. W naszych uszach rozbrzmiewają przecież maksymy Holly z mini noweli: „ ekscytują mnie mężczyźni, którzy mają przynajmniej czterdzieści dwa lata. Znam taka jedną idiotkę, która ciągle mi powtarza, że powinnam iść do psychiatry; mówi, że mam kompleks ojca. To takie merde. Po prostu nauczyłam się lubić starszych mężczyzn, a to najmądrzejsze, co zrobiłam w życiu.”, „jeśli pokocha pan dzikie stworzenie, już zawsze będzie się pan wpatrywał w niebo”; „nigdy nie będę wiedziała, że coś jest moje, dopóki tego nie wyrzucę”, czy cytat ze śpiewanej przez Holly ballady: „nie chcę spać, nie chcę umierać, tylko wędrować po pastwiskach nieba”.

źródła: www.biografia24.pl, „Śniadanie u Tiffany’ego”


Przeczytana: 31 października, 2010

Bardzo trudno jest zrecenzować tę książkę, jako całość. "Śniadanie u Tiffany'ego" jest bowiem mistrzosko napisaną nowelą, która wciąga w klimat Nowego Jorku z początku XX wieku. Oczywiście ciężko jest oprzeć się wrażeniu widzenia Holly jako Audrey Hepburne, zwłaszcza, że film praktycznie od noweli nie odbiega. W wypadku jednak tego opowiadania Trumanowi Capote trudno cokolwiek zarzucić. Jest to kawałek naprawdę bardzo dobrze napisanej literatury.

Nieco trudniej jest powiedzieć to samo o pozostałych opowiadaniach.
"Dom z kwiatów' to mało pociągająca historyjka, prawdopodobnie słabo zapadająca w pamięć.
"Brylantowa gitara" to ciekawa opowieść więzienna, której jednak zdecydowanie czegoś brakuje.
Jedynie "Bożonarodzeniowe wspomnienie" posiada pewien urok, który sprawia, że czyta się ją niezykle ciepło. Pozostawia ona czytelnika zadumanego. Historia z pozoru banalna, napisana jest w sposób dość przejmujący, który zaciera słabe wrażenie, pozostałe po dwóch poprzednich opowiadaniach i w rezultacie miło kończy idealnie rozpoczynającą się książkę.


Na półkach: Przeczytane

Dobrze pisane, bardzo dobry kawał literatury zdradzającej wrażliwość autora; jego uczuciowość, postrzeganie, miłość do życia i ludzi takimi, jakimi są. Do prawdziwego życia, do prawdziwych ludzi z krwi i kości. Obiektywnie przyznaję, że pozycja zasługuje na ogólne książkowe "bardzo dobra", może nawet więcej.
Ja szukam w książkach czego innego, innego wymiaru ~ dlatego (podkreślam: dlatego i tylko dlatego) wybieram bardzo subiektywnie niestety ocenę tylko dobrą ~ trzy gwiazdki ~ za to gwiazdki te niech będą prawdziwie złotymi gwiazdeczkami.

* * *

Pozdrawiam Wszystkich miłośników i wielbicieli tej książki ~ wiem, czemu Nimi jesteście. :)

Ps. Jednak do tej książki powróciłem i ocenę o jedną gwiazdkę podwyższyłem. :)


Na półkach: Przeczytane, 2010-2011
Przeczytana: 21 marca, 2011

"Śniadanie u Tiffany'ego" oceniam bardzo pozytywnie. Książka lekka i zabawna.

Fajne opisy postaci, po których od razu można wywnioskować z jakim typem człowieka mamy do czynienia.

Główna bohaterka jest według mnie fantastyczna. To w jaki sposób się zachowuje w stosunku do mężczyzn i jakie rozmowy z nimi prowadzi ja uważam za urocze i niezwykle kobiece.
Cieszę się, że w filmie to właśnie Audrey Hepburn wcieliła się w rolę Holly. Moim zdaniem idealnie odegrała jej charakter.

Polecam przeczytać na świeżym powietrzu przy dobrym śniadanku, jeżeli oczywiście macie taką możliwość ;)


Przeczytana: 07 grudnia, 2010

Czyta się lekko, dość przyjemnie i szybko, tak jak szybko toczy się akcja powieści, w której Holly przemyka jak burza przez życie narratora, wprowadzając wielkie poruszenie. Zaciekawiła ale nie powaliła, porównania do filmu nie mam, gdyż nie oglądałam, a przynajmniej nie pamiętam.


Przeczytana: 16 lutego, 2012

Zanim sięgnęłam po tę powieść, wiele razy oglądałam adaptację z fenomenalną Audrey Hepburn w roli głównej i byłam nią niesamowicie zachwycona (nie tylko kreacją aktorską, ale i samą historią opowiedzianą w filmie). Nigdy jednak nie miałam okazji sięgnąć po książkę... aż do czasu, kiedy natrafiłam na nią w Bibliotece Uniwersyteckiej mojego Uniwersytetu. (Czy już mówiłam, że ją uwielbiam? :D) Od pierwszych stronic wyczułam ten niepowtarzalny klimat, jaki miał również film...


"Śniadanie u Tiffany'ego" opowiada historię młodej amerykanki, zagubionej w pełnym blichtru Nowym Jorku, prowadzącej rozrywkowe życie, łamiącej serca mężczyznom, odważnej i nieposkromionej polującej na męża milionera. Holly nie chce stabilizacji, nie chce osiadać w miejscu, które nie jest jej miejscem. Ciągle poszukuje i ciągle wymyka się spod sztywnych konwenansów.

Książka ta, mimo swoich małych rozmiarów, pobudza wyobraźnię. Człowiek w jednej minucie potrafi zakochać się w Nowym Jorku lat 40'stych, zamarzyć zjeść śniadanie u Tiffany'ego, przejść się nadbrzeżem... Książkę tę czytać się, jakby się słuchało opowieści przyjaciela, czuło się niemalże rzeczywistość opisanych wydarzeń i bliskość każdej z naszkicowanych postaci. Szczera i pełna refleksji podróż w głąb ludzkich charakterów i tego, co tak naprawdę siedzi w każdym z nas.

Bardzo mi się podobała (choć, oczywiście, film nieco odbiega od swojego pierwowzoru ;)), czytało się ją lekko i niezwykle przyjemnie. Autor zachęcił mnie do swojej twórczości i z pewnością sięgnę po kolejną z jego książek :)

Polecam, nie tylko miłośnikom filmu, ale każdym, kto choć na chwilę chce się oderwać od zaśnieżonych połaci polskich ulic i przenieść się w całkiem inny, równie magiczny świat nowojorskich ulic, uliczek i kawiarni...

Moja ocena: 5
[http://biblioteczka-pandorci.blogspot.com/2012/02/sniadanie-u-tiffanyego-truman-capote.html]


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 2006 rok

Kto nie oglądał cudownego filmu z Audrey Hepburn? Ale najpierw była powieść, niezbyt długa, ale rewelacyjna. Ma to coś, klimat...Opowiedziana tu historia nie jest jakaś wyjątkowa, może jest banalna ale bardzo życiowa i chyba to stanowi jej urok. Dziś to klasyka, polecam tę powieść gorąco...


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 21 czerwca, 2011

Chyba wszyscy znają słynne zdjęcie Audrey Hepburn. Pochodzi ono z filmu „Śniadanie u Tiffany'ego”, opartego na książce Trumana Capote. Dzieło jest jednym z najbardziej znanych w dorobku aktorki, jednak czy wersja papierowa również zasługuje na owacje?

Panna Holly Golightly jest znaną osobą w nowojorskim towarzystwie. Większość czasu spędza na różnorakich zabawach i imprezach, na których poszukuje bogatego męża, jak i zarabia dzięki pieniądzom na toaletę. Pewnego dnia styka się z młodym pisarzem, którego nazywa Fredem, gdyż przypomina jej swojego brata. W tym czasie losy obu przyjaciół są ściśle ze sobą związane: Holly jest częścią życia pisarza, a pisarz częścią jej życia.

Zdecydowanie największym atutem tej powieści jest portret psychologiczny Holly. Jest ona osobą tajemniczą, spontaniczną, niezależną, niebieskim ptakiem z nutką szaleństwa. A jednak w bohaterce będącej takim lekkoduchem czai się głęboka, mądra filozofia, tak że ani raz nie zwątpiłam w jej geniusz. Holly jest wprost świetnie przedstawiona, gdyż wydaje się tak prawdziwa, jak to tylko możliwe. Pomimo tego autor zachował lekkość portretu, więc książka nie została 'obciążona' balastem zbyt wyrazistej, przerysowanej postaci.

O samym narratorze czytelnik nie dowiaduje się wiele oprócz tego, że jest nieznanym autorem. Opowieść jest prowadzona z punktu widzenia postaci, o której mało wiadomo i która nie gra aż tak wielkiej roli w całej historii. Jednakowoż zabieg ten pozwolił na ukazanie nastawienia człowieka, który Holly stopniowo poznawał. Dlatego sam narrator pierwszoosobowy stał się narzędziem do jak najlepszego odzwierciedlenia panny Golightly.

Sam styl uosabia lekkość i bardzo dobrze wprowadza w klimat dwudziestowiecznego Nowego Jorku. W książce znajdziemy więc nie tylko historię Holly, ale czasami też wzmianki na temat modnych klubów i innych miejsc w mieście.

Moim zdaniem „Śniadanie u Tiffany'ego” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników ekranizacji, starszej odsłony Nowego Jorku i po prostu dobrej książki. Powieść przez cały czas utrzymuje lekkość dzięki niewielu opisom, obrazowym i prostym w odbiorze stylu. Wszystko to sprowadza się do frapującej postaci Holly i jej dążenia do miłości, a przede wszystkim znalezienia własnego miejsca na świecie.

„[...] i nigdy nie będę wiedziała, że coś jest moje, dopóki tego nie wyrzucę.”
„Nie chcę mieć niczego na własność, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym będę wiedzieć, że ja i rzeczy należymy do siebie. Na razie nie za bardzo wiem, gdzie to jest. Ale wiem, jak to jest.”


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: sierpień, 2011

Nie rozumiem w czym tkwi fenomen tej książki… Imponderabilia?

Chciałam obejrzeć film, ale stwierdziłam przed tym, iż warto przeczytać najpierw książkę. 80 stron – dobry wstęp do filmu. Okazało się, że zwięzłość to jedyna zaleta tej pozycji.

Czym tu się zachwycać? Głupiutką, zagubioną, pretensjonalną, rozkapryszoną bohaterką będącą dziewczyną do towarzystwa? Czy infantylnym narratorem bez pierwiastka męskości? A może ckliwą namiastką fabuły?

Okazuje się, że dobry kit to połowa sukcesu. Szukanie jakiejkolwiek filozofii czy humoru w tej książce to – w moim mniemaniu - głęboka nadinterpretacja. Styl też pozostawia wiele do życzenia. Capote zniechęcił mnie jedynie do poświęcania czasu na oglądanie Audrey Hepburn. Dla osób utożsamiających się z bohaterką może to genialne dzieło, dla mnie strata czasu.


Na półkach: Przeczytane

„Śniadanie u Tiffany’ego” to niewielkiej objętości książka, opowiadająca o fascynacji bezimiennego narratora jego sąsiadką, a później także przyjaciółką, ekscentryczną Holly Golightly. Dziewczyna o niepewnym pochodzeniu robi swojego rodzaju karierę na bankietach i przyjęciach, wodząc za nos mężczyzn w różnym wieku, z właściwą sobie mieszaniną cynizmu i radosnej niewinności. Główny bohater sam nie do końca jest pewien, jakim uczuciem darzy Holly, która z jednej strony poszukuje stałych uczuć i poczucia bezpieczeństwa, z drugiej jednak jest niespokojnym duchem, który nie potrafi znieść stabilizacji i ucieka przed odpowiedzialnym, „dorosłym” życiem. Holly pojawia się i znika, szukając wielkiej miłości i wpadając w równie poważne kłopoty. Wszystko to dzieje się natomiast w scenerii Nowego Jorku z lat 40., opisanego niezwykle plastycznie, choć pozostającego w zdecydowanym tle.

Powieść, a właściwie nowela, napisana jest prostym, choć bardzo ładnym językiem. Nie znajdziemy w niej zaskakujących zwrotów akcji, ani nawet płomiennych namiętności. Co fascynującego jest w historii miłości, a może jedynie fascynacji początkującego pisarza dziewczyną łamiącą reguły swoich czasów? Podejrzewam, że zależy to od interpretacji, a w przypadku „Śniadania u Tiffany’ego” jest ich całkiem sporo, jak zazwyczaj w przypadku prozy przez duże „p”. Dla mnie była to przede wszystkim opowieść o zagubionej dziewczynie, szukającej swojego miejsca na świecie. Holly nie jest postacią płaczącą nad sobą w kącie, bierze życie w swoje ręce, próbuje i szuka, wciąż szuka. Chwilami jednak, w wypowiedzianych przez nią słowach czai się samotność i tęsknota za bezpieczną przystanią, domem, który mogłaby nazwać swoim. Historia obfituje także w wiele pięknych cytatów, napisanych w sposób niewymuszony i naturalny. Nie odnosi się wrażenia, że autor na siłę wepchnął je w usta bohaterów, aby przekazać czytelnikowi swoje głębokie myśli. A przecież słowa wypowiedziane w którymś momencie przez Holly są poruszającą prawdą, wypowiedzianą w piękny, choć prosty sposób.
Czy osoba taka jak Holly jest w stanie odnaleźć swoje miejsce? A może jej przeznaczeniem jest na zawsze pozostać „w podróży”, jak dopisuje na kartce pocztowej wysłanej do jednego z bohaterów? Nie zdziwiłabym się, gdyby na jej prawdziwy dom tworzyła się przestrzeń, nieustanny ruch i poszukiwanie swojego miejsca, którym na chwilę stawało się zagracone mieszkanie w Nowym Jorku, rezydencja brazylijskiego milionera lub lepianka w Afryce. Inna sprawa, czy Holly w takiej realizacji znalazłaby szczęście, bo jak sama przyznaje, "Lepiej jest patrzeć w niebo, niż w nim żyć". Gorąco polecam „Śniadanie u Tiffany’ego” każdemu. Nie bez przyczyny opowieść ta inspiruje nieustannie artystów wszelkiego rodzaju.


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 14 marca, 2011

Nienawidzę literatury XX wieku, a jednocześnie w jakimś sensie ją kocham.

Nigdy jakoś nie mogę się zabrać, za żadną z interesujących mnie pozycji, czaję się, chodzę dookoła, przymierzam - żeby na koniec chwycić, zmusić się i ostatecznie wtopić na amen.

Śniadanie u Tiffany'ego miejscami trochę smakowało "Seksem w Wielkim Mieście" obsadzonym w latach 40tych, trochę jakąś starą baśnią, trochę artykułem w modnej gazecie. A trochę czymś niesmacznym, jakąś ostrą przyprawą, która przez cały czas czytania nie pasowała mi do ogólnej kompozycji smaków, żeby na koniec okazać się najważniejszym elementem całości. Bez którego całość byłaby mdła i niewarta swojej ceny.

„Śniadanie” jest na pewno amerykańskie do bólu, miejscami przerysowane, ze dwa razy mniej oczywiste niż na pierwszy rzut oka się wydaje, trochę smutne, trochę brzydkie, trochę nierzeczywiste. Nieskończone, zapewne nieskończone. Nie może być tak, że na końcu zostają puste, białe strony, kiedy ja jeszcze rozczulam się nad losem kota przybłędy, który tak naprawdę przybłędą wcale nie był. Holly dla mnie kiedyś po niego wróciła, naprawdę. Musiała wrócić, bo inaczej wszystko byłoby bez sensu i kończyło się źle, naprawdę źle.
A ja nie lubię smutnych zakończeń.

Z perspektywy europejczyka dziwnie czyta się tą książkę. Nie jest przesiąknięta wojną, ale jednak tę wojnę się gdzieś tam czuje. Nie jest przesiąknięta biedą, ale jednak bieda nieśmiało wymyka się z każdego jej zakamarka. Jest swobodna, dowcipna i zabawna, a jednak na swój sposób smutna, ciężka i ponura. Może tak właśnie wyglądała wojenna Ameryka?

„Śniadanie” mnie nie rozczarowało, było chyba jedną z najlepiej przemyślanych książek, jakie dane mi było czytać. Urywało się dokładnie tam, gdzie urywać powinno, opisy zaczynały i kończyły się w taki sposób, że wyobraźnia sama podsuwała dalsze obrazy, a dialogi były specyficzne - można było czytać między wierszami, a można było brać tę książkę od tak, bez zastanowienia. W obu przypadkach pozostawało dobre wrażenie.


Na półkach: Przeczytane, 2011
Przeczytana: 27 lipca, 2011

Ktoś powie, że odebrałam sobie radość z czytania znając już ekranizację. A ja powiem: nic podobnego! Czuję, że jeśli nie znałabym wersji filmowej książka nie wywarła by na mnie takiego wrażenia. Bo, co prawda, jest to piękna historia, która zauroczy każdego, jednak film nadal mu dodatkowego klimatu, moim zdaniem, w pewnym stopniu, polepszył. Nadał charakteru. Zadaję sobie pytanie, czy jeśli nigdy nie poznałabym filmu w reżyserii pana Edwardsa, tak przychylnie spoglądałabym na to opowiadanie? Może zaczęłabym wytykać błędy, może po prostu zapomniałabym o nim tak szybko, jak przeczytałam? Nie mam pojęcia, wiem jednak, i może uznacie, że to nieprawda, ale bez filmu książka nie zachwyciłaby tylu czytelników...
Nie znaczy to jednak, że jest zła, o nie! To przemiłe, urocze, wyzwalające uśmiech na ustach opowiadanie niesie ze sobą masę przemyśleń, pięknych aforyzmów i dobrej zabawy, bo ileż to razy śmiałam się sama do siebie podczas tej lektury. Ile razy drżałam, zastanawiając co będzie dalej (mimo znajomości ekranizacji, która, jak pewnie wiecie zupełnie inaczej poprowadziła losy bohaterów), kibicowałam Frediemu (a raczej Paulowi), irytowałam się zachowaniem Holly, żeby później uznać ją za niesamowitą osóbkę. Opowieść o tej młodej mieszkance Nowego Jorku, która radzi sobie z “dołami” odwiedzając Tiffany'ego, która siada w oknie z kotem i gitarą grając melodyjną pieśń, która swoją słodyczą, jak i goryczą zapisze się w sercach każdego z nas, pochłonęła mnie na kilka pięknych godzin, pokazując niezwykły Nowy Jork lat czterdziestych... Swoją drogą, osobowość stworzona przez Trumana, jest po prostu niezwykła. Gdyby została przedstawiona wprost jako panna lekkich obyczajów, nie przywiązująca się do nikogo i niczego złodziejka (a przecież w gruncie rzeczy nią była) nikt nie miałby wątpliwości jakie uczucia powinien do niej żywić. A jednak, ona jest tak uzależniająca, w swojej nieporadności, dzielna i wytrzymała, słodka i harda, że nie da się po prostu jej nie pokochać!


Przeczytana: 20 kwietnia, 2011

Tak jak na okładce Holly już zawsze będzie miała dla mnie twarz Audrey, ale wolę ją w wersji książkowej. Obie Holly są drobne, kruche i żywe, ale przez to, co je spotyka i jak postępują Holly książkowa jest dużo ciekawsza.

Przyznaję, że na końcu chcę, aby wróciła, znalazła pomarańczowego kota i została z Fredem w Nowym Jorku, tak jak przedstawiło to Hollywood, ale to nie jest ta sama Holly. Holly-Audrey jest jedynie potwierdzeniem złudnego mitu o tym, że każdy kobiecy problem można rozwiązać, a każdy zakręt wyprostować dzięki odpowiedniemu mężczyźnie. Jakkolwiek feministycznie to brzmi, jest to kompletna bzdura, więc ucieszyło mnie zakończenie. Zakończenie, w którym Holly znów liczy tylko na siebie. Bo w jej przypadku ona nie ucieka, ona chce tak żyć. I jak trzpiotliwa by się nie wydała, nie jest taka. Doskonale wie, co się wokół niej dzieje. Nie okłamuje samej siebie - po prostu postanawia się nie przejmować: ani niechcianą ciążą, ani odejściem kochanka, ani poronieniem. I tu dochodzimy do jeszcze większego plusa książki: braku cukierkowej oprawy bohaterki, choć nie opowiedzianej wprost, ani brutalnie.

Zdecydowanie polecam. Wszystkim dzikim zwierzętom i nie tylko.


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: maj, 2010

Książka byłaby miła, lekka, przyjemna, gdyby nie Holly. Bohaterka jest skonstruowana w nachalny "polub mnie, pokochaj" sposób. Capote tak starał się wcisnąć czytelnikowi sympatię do postaci, że w moim przypadku uzyskał efekt odwrotny. To irytuje i odbiera niemal całą przyjemność czytania.


Na półkach: Przeczytane, Kiedyś

Chyba jestem za głupia na wszelakie "arcydzieła' :-) Z "Fanny Hill" wycinamy seks,i zostaje "Śniadanie..." Infantylna książeczka o naiwnej, zagubionej dziewczynce, dla podobnych dziewczynek, z syndromem "jestem taka trudna i skomplikowana,ale wyjątkowa"...