7,5 (290 ocen i 68 opinii) Zobacz oceny
10
12
9
33
8
108
7
92
6
33
5
8
4
2
3
1
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788327156013
liczba stron
448
język
polski

Trzeci etnokryminał Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. W romskiej osadzie na Sądecczyźnie znaleziono martwego chłopczyka o jasnej karnacji i włosach koloru pszenicy. Wkrótce policja odkrywa, że mieszka tam blondwłosa dziewczynka… Między Romami a ich sąsiadami od lat zbiera się na burzę. Teraz napięcie sięga zenitu. Anka Serafin na prośbę policji próbuje nawiązać kontakt z Romami. Mierzy się z...

Trzeci etnokryminał Małgorzaty i Michała Kuźmińskich.

W romskiej osadzie na Sądecczyźnie znaleziono martwego chłopczyka o jasnej karnacji i włosach koloru pszenicy. Wkrótce policja odkrywa, że mieszka tam blondwłosa dziewczynka… Między Romami a ich sąsiadami od lat zbiera się na burzę. Teraz napięcie sięga zenitu.
Anka Serafin na prośbę policji próbuje nawiązać kontakt z Romami. Mierzy się z murem milczenia i własnymi wyobrażeniami o roli antropologa. Tymczasem dziennikarz śledczy Sebastian Strzygoń jednym kamieniem porusza medialną lawinę. Narasta lęk, niezrozumienie i wrogość.
Jakie jeszcze tajemnice kryje społeczność tej z pozoru sielskiej krainy? Co jest faktem, a co uprzedzeniem? I czy kogoś obchodzi jeszcze prawda, gdy rozkręca się spirala nienawiści?

 

źródło opisu: https://publicat.pl/wydawnictwo-dolnoslaskie/oferta/kryminaly/kamien

źródło okładki: https://publicat.pl/wydawnictwo-dolnoslaskie/oferta/kryminaly/kamien

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 338
miharu | 2017-09-02
Przeczytana: 02 września 2017

Koło romskiej osady w Kamieniu w Beskidzie Sądeckim zostają znalezione zwłoki małego chłopca. Pierwsze podejrzenie pada na mieszkańców owego nielegalnego grajdołka. Jako że sprawa zahacza o "różnice kulturowe", do sprawy zostaje zaangażowana doktor antropologii kulturowej Anna Serafin z Krakowa. Bardzo prędko dołącza do niej dziennikarz Gazety Wybor... znaczy się, "Horyzontu", Sebastian Strzygoń, liczący na dobry materiał.
Strzygonia i Serafin znam z pierwszej "etno" książki Kuźmińskich, tj. ze "Ślebody" - więc to coś jak powrót do starych znajomych. Autorzy tym razem dorzucają plejadę drugoplanowców: Janusza Głoda, prowincjonalnego gliniarza nieskażonego hiperpoprawnością polityczną; agentkę ABW Sylwię Nowak, z pochodzenia Romkę; jej zapijaczonego partnera Marka; sfrustrowaną policjantkę - psychologa Izę, która nie znosi bachorów i marzy o rozróbie; Pawła Wichurę, który patrzy spode łba i wychodzi, trzaskając drzwiami; księdza Drzewickiego, miłośnika męskich wdzięków i wielu innych.
Poza wątkiem kryminalnym Koźmińscy wzięli na klatę także szeroki przekrój tematyki społecznej: pedofilia, homofobia, ksenofobia, medycyna alternatywna, uchodźcy, przemyt ludzi - w kolejności dowolnej. Ufff... Jak się to mawia, co za dużo, to niezdrowo. Co dziwne, pomimo nawału poruszanych kwestii książka chwilami jest rozwlekła i nudnawa. Nie wiem, jak można dokonać takiej sztuki, ale... się udało.

Niestety, muszę wiele rzeczy skrytykować. Od czego zacząć? Sama nie wiem, tyle tego jest.
Po pierwsze, autorzy zdaje się, chcieli - podobnie jak ich bohater Strzygoń, napisać coś mieszczącego się w kategorii "szarości". Niestety, zbyt często o tym zapominali i książka zamieniała się w agitkę pt. "Jacy to biedni i prześladowani Romowie, jacy prostaccy Polacy".
W ogóle chęć pokazania Romów w pozytywnym świetle, zaprezentowania ich kultury, zniszczenia stereotypów na ich temat kompletnie się nie udał. Bo czego dowiadujemy się z książki? Że Romowie: palą toksyczne śmieci, budują nielegalnie slumsy nad rzeką, nie prowadzają dzieci do szkoły, faceci biją żony, dzieciaki żebrzą, społeczność kryje swoich bandytów, martwe dzieci zakopuje się w lesie. No to świetnie Koźmińscy zmasakrowali stereotyp... wcielając go w życie. To może chociaż pokazali jakoś pozytywnie ich kulturę? Popatrzmy, cóż "kulturalnego" jest w powieści. Kobieta jest nieczysta, ponieważ rodzi dzieci (ręce same składają się do oklasków, jakaż to na wskroś humanistyczna idea, nieprawdaż?). Aha, i jeszcze na święto wiosny piecze się owcę. Ups, tylko że to akurat nie ta grupa Romów. To tyle.
Przedstawienie kwestii z dwóch punktów widzenia Koźmińscy rozumieją tak, że hojnie opisują mentalność Romów, wyjaśniając czemu ci robią coś tak, a nie inaczej, natomiast ich polskich sąsiadów pokazują przez pryzmat ciemnogrodu. A nigdy nie ma tak, że jedna strona jest jako ta lelija niewinna, a druga to czyste zło. Oczywiście nie mogło zabraknąć sceny pod tytułem "Polacy wieśniacy z widłami i pochodniami ido na obcych". Za stara jestem na takie prymitywne chwyty na czaszkę. Nawiasem mówiąc, skoro książka ma być krytyką polskiej mentalności, to Romowie niekoniecznie są najlepszym wyborem. Akurat ich (najwidoczniej uciążliwe) społeczności na Słowacji czy w Rumunii są tam dokładnie tak samo "mile" widziane. Nie chodzi mi o podejście "a u was biją Murzynów", tylko choćby o zatrzymanie się na moment i zastanowienie, czy aby na pewno chodzi tu o niechęć do obcych? Czy chcesz mieć sąsiadów, którzy palą śmierdzące plastiki, budują slumsy i robią syf? Podejrzewam, że gdyby ci sąsiedzi byli jasnowłosymi Szwedami lub Polakami o mysim kolorze włosów, odpowiedź byłaby taka sama. Po prostu nikt nie chce mieć sąsiadów-meneli, obojętnie, jakby oni nie wyglądali. Taka mała dygresja, ale w książce niestety nikt nawet się nad tym nie zastanowił, tylko od razu huzia na ciemnogrodzian.
Kolejne oburzenie światłej Anki, że po znalezieniu trupa koło osady policja podejrzewa Romów. A czego się spodziewała?! Jakby w moim ogrodzie znaleziono zwłoki, to też gliniarze by mi "wjechali na chatę" i byłabym podejrzana. Jak każdy w tej sytuacji.
Przejdźmy więc może do bohaterów. Wspomniana Anka już w "Ślebodzie" mi się nie spodobała, a tu w ogóle przerysowano ją tak, że budzi wyłącznie irytację. Przemądrzała, napakowana po brzegi wielkomiejskimi ideałami, wszystkich strofuje ("nie Cyganie, tylko Romowie", ileż razy padło to zdanie...), a potem wraca sobie do swojego Krakowa. Policjant Głód w przeciwieństwie do pani doktor potrafi czasem rozśmieszyć - cóż, jeśli swoim buractwem. ;) Jego podkomendny Gaca to podręcznikowy wzorzec Światłego i Tolerancyjnego człowieka, nudny i nijaki. Szef Strzygonia to zakłamany pseudo obrońca wartości "europejskich", a jadowita redakcyjna koleżanka Jadzia to wirtualna wojowniczka klawiaturą o tolerancję i ww wartości. No nie ma kogo polubić. Te postacie są jakby powołanymi do życia wypowiedziami z internetowych forów. Jedna strona krzyczy o pedałach, ciapatych i Cyganach, druga pała świętym oburzem nawet o to, że komuś przeszkadza palenie śmierdzących śmieci (bo palą Romowie, więc jak komuś to nie pasuje, to jest ciemnogrodzianinem i rasistą).
W sumie znowu najfajniejszy okazuje się Sebastian Strzygoń, który jako jedyny myśli, i to nie tak, jak wszyscy chcą, albo jak się powinno myśleć. On myśli naprawdę, zastanawia się. I rzeczywiście nie zjeżdża w koleiny biało-czarnego widzenia świata. Fajny gość.

Co jeszcze mi się nie podobało? Cały związek Anki z Gerardem jest absolutnie zbędny i nieciekawy. Nic z niego nie rozumiem, widocznie to kontynuacja z "Pionka". Wystarczyło wtrącić jedno zdanie wyjaśnienia dla tych, co nie czytali poprzedniej części, a nie puszczać w kółko jakieś mętne aluzje do piwnicy, zboczeńców, BDSM. Gerard jest niesamowicie irytujący, a ponieważ nie wiem, co wykręcił w "Pionku", tu jawi mi się jako emo-student z poważnymi problemami psychicznymi. Serafin ciągle się do niego dowala, wytyka mu to i tamto, w jednej chwili się go boi (!), za moment ciągnie go do łóżka. Co ja do diabła czytam? Ciachnęłabym ten wątek bez litości.

Słabe zagranie z przypisaniem autorstwa "Pionka" swoim bohaterom. W takich chwytach specjalizuje się niesławna grafomanka AłtorKasia - nie jest to dobry wzór do naśladowania. ;) Widać, że autorzy całkowicie identyfikują się z protagonistami, co daje do myślenia, bo można słusznie założyć, że poglądy Serafin są ich własnymi. Niedobrze.
Docieramy do kolejnej porcji szczucia. Już nie tylko źli są nietolerancyjni polscy sąsiedzi Romów. Otóż kolejnym Megazordem Zła i Grozy jest ...medycyna alternatywna, oczywiście przedstawiona w rasowym stylu propagandy komunistycznej z lat 50. Do jednego worka wrzuca się medaliki, cudowne obrazki, wiązanie supełków na tasiemce i ...zioła. Ręce opadają. Już nawet nie mam siły tego komentować. Co takiego "kuglarskiego" jest w substancjach chemicznych, jakie występują w roślinach? Przemysł farmaceutyczny przecież ciągle korzysta z ziół - mało to mamy reklam "cudownych leków z naturalną, ziołową formułą"? Serafin i jakiś lekarzyna na kilku stronach urządzają pokaz żenującej gimbusiarskiej szydery, nakręcając się wzajemnie, dziwne, że scena nie kończy się symultanicznym orgazmem. "New Age'owe smęcenie o Matce Naturze", spiski firm farmaceutycznych, które sponsorują badania, nieskuteczność medycyny ludowej... Spiski nie spiski, ale największą kasę kroją firmy paliwowe i farmaceutyczne, także wstrzemięźliwość w wychwalaniu piguł byłaby mądrym posunięciem. A co do "spisków", to nie dalej jak kilka lat temu była zbiorowa panika ze szczepionkami na grypę - cała Europa się zapożyczała u producentów piguł. I co? Okazało się, że to był pic na wodę, a zagrożenie wyssane z palca. Oczywiście każdy ma prawo być naiwny i wierzyć w co chce. :)
Co zabawne, dyskutanci żywo krytykują nieskuteczność tejże alternatywnej terapii i że jak rodzice śmieli zaprzestać tradycyjnego leczenia. Przecież tak zaszkodzili dziecku! A kilka akapitów dalej stwierdzają, że medycyna tradycyjna nie umiała wyleczyć tego dzieciaka. Lubię logikę, a to jest bredzenie. Jak można zaszkodzić niedziałającym leczeniem na kogoś, kto i tak jest nieuleczalnie chory?
Anka gardzi dogłębnie tymi wszystkimi ludowymi "ziółkami" i zamawianiem chorób, ale z jakiegoś powodu wybrała sobie specjalizację naukową, która zajmuje się m.in. tymi pogardzanymi rzeczami. To bardzo sensowne, doprawdy. Polski medalik noszony na szyi to głupota, zacofanie i heheszki, ale kubański amulet "orisha" noszony przez Panią Doktor jest już jak najbardziej OK. Drugie, czego nie znoszę, to hipokryzji. Albo wszystkie amulety są durne, wszystkie religie są durne, wszystkie zabobony są durne albo wszystkie są równie sensowne. Nie ma wybierania sobie. Przypomina mi się sytuacja sprzed wielu lat, kiedy polski komentator sportowy śmiał się z piłkarzy z Ameryki Południowej, że ich szaman okadzał boisko. Jasne, jak u nas ksiądz okadza samochody, czołgi, domy i co tylko, to to wcale śmieszne nie jest.
Tak czy owak, uczynienie Głównego Złodupca z nieskutecznej (no co?) medycyny ludowej to dla mnie niewypał. Finał wybrzmiewa słabo, flaczeje jak przekłuty balonik.
Nie mogę uwierzyć, ale Koźmińscy nie wstydzili się nawet użyć wyświechtanego schematu "rycerz przybywa na rumaku, by ratować swoją ukochaną". Rumak jest blaszany, ale poza tym wszystko się zgadza. I jeszcze przy pomocy capoeiry spuszcza łomot jej prześladowcy - dosłownie miałam w oczach kino akcji klasy B z lat 90. (Mark Dacascos pięknie pasowałby do tej nawalanki;)
Romowie, którzy zapewne niedawno przybyli nad rzekę i wybudowali osiedle, na swoich sąsiadów mówią "obcy". No po prostu... ;o

Podsumowując: dosyć się rozczarowałam. Nie znoszę ideologii i wciskania mi w gardło poglądów autora, niezależnie, jakie by one nie były. Nieistotne, czy uważam szczepionki za samo dobro, czy za szkodliwy szajs, a medycynę alternatywną za działającą, prezentowanie wyjątkowo prymitywnej retoryki wywołuje u mnie tylko poczucie głębokiego zażenowania i niechęć. Tak się nikogo nie przekonuje do swoich racji, drodzy państwo Koźmińscy. Styl aroganckiej propagandy sprzed 60 lat - nie tędy droga.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Instynkt łowcy

,,Znaleźliśmy ją" Czy dobrze brzmi? Co z zaginioną siostrą Rydera - Brodie? i co będzie dalej ...

zgłoś błąd zgłoś błąd