Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Lśnij, morze Edenu

Tłumaczenie: Barbara Jaroszuk
Wydawnictwo: Rebis
6,26 (130 ocen i 34 opinie) Zobacz oceny
10
5
9
12
8
16
7
27
6
32
5
17
4
7
3
8
2
4
1
2
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Brilla, Mar del Edén
data wydania
ISBN
9788380621626
liczba stron
816
kategoria
Literatura piękna
język
polski
dodała
Iska

Wielowątkowa, zręcznie napisana powieść, swoisty miks "Dzikich detektywów" Bolaño, "Władcy much" Goldinga, "Burzy" Szekspira i… serialu "Zagubieni". Książka otrzymała Premio Nacional de la Crítica, a jej autor Anders Ibanez jest uważany za najlepszego pisarza swojego pokolenia w Hiszpanii. Lecący z Los Angeles do Singapuru samolot pasażerski rozbija się pośrodku Pacyfiku, a...

Wielowątkowa, zręcznie napisana powieść, swoisty miks "Dzikich detektywów" Bolaño, "Władcy much" Goldinga, "Burzy" Szekspira i… serialu "Zagubieni".
Książka otrzymała Premio Nacional de la Crítica, a jej autor Anders Ibanez jest uważany za najlepszego pisarza swojego pokolenia w Hiszpanii.

Lecący z Los Angeles do Singapuru samolot pasażerski rozbija się pośrodku Pacyfiku, a dziewięćdziesięcioro pozostałych przy życiu rozbitków trafia na z pozoru bezludną rajską wyspę, gdzie na pozbawionych kontaktu ze światem zewnętrznym nieszczęśników czyhają najprzeróżniejsze tajemnicze niebezpieczeństwa. Wśród ocalałych są przedstawiciele różnych narodów, zawodów i stanów. Narratorem opowieści jest hiszpański kompozytor Juan Barbarín, zamieszkały w Stanach Zjednoczonych miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Autor w mistrzowski sposób snuje opowieść o świecie pogrążonym w kryzysie i proponuje nową ścieżkę, która rodzi się z muzyki i milczenia.

 

źródło opisu: https://www.rebis.com.pl/pl/book-lsnij-morze-edenu...(?)

źródło okładki: https://www.rebis.com.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 739
reptar | 2017-06-11

Ogromne rozczarowanie!

Kiedy na okładce piszą o nawiązywaniu do takiego czy innego dzieła, spodziewam się (ewentualnie!) klimatu, ale nie plagiatu. Że samolot się rozbija, okej, to jeszcze nie są „Zagubieni”, ale już motyw z wózkiem inwalidzkim (str. 21) wywołuje konsternację, a opis Santiaga Reiny (str. 42) przepełnia czarę – w ogóle istnieją jakieś zalety aż tak małpiego kalkowania? I oto dość szybko, przy 4% na pasku postępu, dopadło mnie poczucie, że najprawdopodobniej będzie to strata czasu.

Potem te wiszące w powietrzu kamienie (str. 207, ćwierć dzieła przebrnięte) – warsztatowa żenada, ozdobnik, który zamiast świadczyć o potędze wyobraźni autora faktycznie dowodzi czegoś odwrotnego. Ot, taki niewymagający, baśniowy gadżet dla raczkujących, powierzchowna imitacja grochu z kapustą. Nie czepiam się wszystkiego w czambuł, czepiam się konkretnie tych kamieni, i może jeszcze paru innych grzybków w tym barszczu, bo bardzo skutecznie psują i tak nie nazbyt rewelacyjną całość.
Możecie spytać, po co przez to dzieło brnąłem, obsesyjnie licząc, ile już za mną, ile do końca. Otóż właśnie już nie brnę. Porzucam książkę po rozdziale 33 „Nasze spotkania z dzikimi”, który ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to tylko pisanie na alibi i bibeloty. A w moim przypadku porzucenie nie doczytanej książki to duże wydarzenie.

Pisanie na alibi polega na tym, że autor sam nie wie, czy pisze z sensem, i kiedy tu czy tam najdzie go obawa, że czytelnik zapyta na przykład, dlaczego Gwen jest tak dobrze obeznana z bronią, wyprzedza go (czytelnika) i asekuracyjnie rozpisuje się o tym przez kilkanaście linijek. Że – choćby – „mogła się nauczyć strzelać nawet w dzieciństwie”, i takie tam. Wielopiętrowo, bo jest w tym tłumaczeniu wytłumaczone nawet to, dlaczego się tłumaczy. Bo cholera wie, może czytelnika to jednak wcale nie zastanowiło.
Pisanie na bibeloty to wyliczenia, kto jaki rodzaj broni niósł, kto nie niósł (i dlaczego), informowanie, jaki kto ma kolor oczu, czym zwieńczony jest słupek i że roślinność nie była już tak gęsta, co – uwaga, bo można by się nie domyślić! – ułatwiało przemarsz, ale bardziej odsłaniało przed wrogami...

Troska o komplementarność tych epicko niepotrzebnych szczegółów scenografii odbiła się na dialogach, w których razi czysta zadaniowość, jest w nich tylko to, co bezpośrednio służy popychaniu akcji, uzupełnianiu tła oraz bieżącemu ogarnianiu i dopasowywaniu, jak gdyby odrobina niekontrolowanego sarkazmu albo niezobowiązujący żart miały zagrozić pieczołowicie budowanemu zamkowi z kart. A bohaterowie, choćby nie wiem jak do siebie wrogo nastawieni, przepięknie współpracują ze sobą w nadrzędnym dziele tworzenia prezentacji.

Na pasku postępu 29,5 % i tyle zostaje. Czuję ulgę.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku

Ciekawa książka, ale trochę za bardzo rozciągnięta, wg mnie można by spokojnie te same informacje zawrzeć w odchudzonej książce, albo poświęcić jeden...

zgłoś błąd zgłoś błąd