Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Minuta przed północą

Wydawnictwo: Warbook
6,48 (23 ocen i 9 opinii) Zobacz oceny
10
1
9
1
8
4
7
6
6
6
5
3
4
1
3
0
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788364523830
liczba stron
320
język
polski
dodał
Marcin

Dwadzieścia lat po nuklearnej wojnie populacja Berlina liczy niespełna 30 tysięcy osób. Podzielona na frakcje, żyje w ciągłym napięciu i strachu przed mutantami, odmieńcami, canidami i innymi kreaturami… Czy atomowy konflikt rzeczywiście unicestwił dotychczasowy świat? Czy komuś jeszcze zależy na przetrwaniu ludzkości? Grupa stalkerów ledwie rozprawiła się z podziemnymi zagrożeniami, a już...

Dwadzieścia lat po nuklearnej wojnie populacja Berlina liczy niespełna 30 tysięcy osób. Podzielona na frakcje, żyje w ciągłym napięciu i strachu przed mutantami, odmieńcami, canidami i innymi kreaturami…
Czy atomowy konflikt rzeczywiście unicestwił dotychczasowy świat? Czy komuś jeszcze zależy na przetrwaniu ludzkości?
Grupa stalkerów ledwie rozprawiła się z podziemnymi zagrożeniami, a już musi stawić czoła nowemu wrogowi, który nadciąga z nieoczekiwanej strony.
Pora zmierzyć się z makabryczną prawdą...

 

źródło opisu: http://warbook.pl

źródło okładki: http://warbook.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 119
ilcattivo13 | 2017-06-20
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 30 maja 2017

(Recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)

Od metra pociągu do Metra?

Hubert Przybylski

Wspominałem Wam już nie raz i nie dwa, że postapo kocham miłością od pierwszego przeczytania, od czasu lektury „Ostatecznych” Henryka Wiatrowskiego*. Miłość ta była przez lata podsycana wraz z każdą kolejną perełką, jaka trafiała w moje ręce – opowiadaniami i powieściami Baranieckiego, Pacyńskiego, Dicka, Ziemiańskiego, Szmidta, Huberatha, Zelaznego, Millera, Ballarda, Wyndhama, McCarthy'ego, Gemmella, Bułyczowa czy braci Strugackich, że wymienię tylko tych, którzy pierwsi przyszli mi na myśl. Owszem, były i takie chwile, kiedy miłość ta przeżywała ciężkie chwile, jak przy lekturze trylogii „Krąg walki” Anthony'ego Piersa, „Bastionu” Kinga albo „Metra 2033”** Glukhovsky’ego. To były naprawdę ciężkie chwile, ale uczucie zwyciężyło. I ma się dobrze. Choć przyznam, że gdy na rynku pojawiają się kolejne powieści sygnowane logiem tego ostatniego „dzieła”, to czarne chmury wracają, nie tylko na ekranie telewizora. A jak są czarne chmury, to normalne zdrowe nieświecie robią się ździebko złośliwe.

Ja rozumiem, że bycie pisarzem fantastyki w Polsce nie jest ostatnimi czasy zajęciem, które może zapewnić jakiś godziwy dochód, zwłaszcza gdy ma się rodzinę na utrzymaniu, ale są granice, których przekraczać nie wolno***. Zwyczajnie boli mnie, kiedy kolejni pisarze dołączają do korowodu chały i zamiast napisać coś na miarę ich możliwości i intelektu, tłamszą się i wtłaczają w wąskie horyzonty metrzanego uniwersum. Co gorsza, niektórzy robią to nawet bez loga „Uniwersum Metro 2033” na okładce. Przykładem jest tu Vladimir Wolff ze swoją „Minutą przed północą”, którą to książkę zamierzam dziś Wam przybliżyć.

Najpierw zarys fabuły. Mamy oto radioaktywne i pełne mutantów ruiny Berlina. Ludność, która przetrwała zagładę miasta, żyje sobie pod ziemią, hodując grzyby i szczury, podzielona na frakcje zajmujące swoje własne stacje i korytarze metra oraz sąsiadujące z nim piwnice. Trójka bohaterów książki, Matthias, Gruber i Nerd, żyje z podejmowania się śmiertelnie niebezpiecznych misji na powierzchni. A to coś przeniosą, a to coś komuś przeeksplorują****. Poznajemy ich właśnie w momencie, gdy podejmują się jednej z takich przeeksploracyjnych misji. W wyniku komplikacji, które zaistniały w czasie jej przebiegu, bohaterowie tracą tajemniczego pracodawcę, ale zyskują coś, co może być mapą prowadzącą do gigantycznego skarbu. Zaczynają się poszukiwania kogoś, kto pomoże im rozszyfrować dokumentację. W ich trakcie znajdują ślady sugerujące, że poza Berlinem mogli przeżyć ludzie. I że raczej nie są oni przyjaźnie nastawieni do innych ocalałych.

Tak w sumie, to zapomniałem Wam napisać, że „Minuta przed północą” jest drugim tomem kolejnego cyklu napisanego przez Wolffa. Ale że nie czytałem „Czasu odkupienia”, to czuję się usprawiedliwiony. Czuję się usprawiedliwiony także dlatego, że choć Wolff wspomina kilka razy wydarzenia z pierwszej części, to robi to na tyle nienachalnie (no, poza wątkiem miłosnym, ale kto, czytając postapo, zwraca w ogóle uwagę na wątki miłosne?), że można śmiało zaczynać lekturę wspomnianego cyklu od drugiego tomu. Przy okazji – jak widzę na stronie wydawcy, cykl nie ma jeszcze swojego tytułu. Dlatego będąc w pełni świadom swoich praw i obowiązków jako normalnego zdrowego nieświecia, proponuję bardziej niż ździebko złośliwie nazwę „Uniwersum Berlińskiego Metra roku mniej więcej 2033”, gdyż czas, w którym rozgrywa się akcja jego poszczególnych tomów, cokolwiek zbiega się z czasem akcji uniwersum wymyślonego przez Glukhovsky'ego.

Ale ja tu się wyzłośliwiam, i w ogóle, a tymczasem książka wcale a wcale nie jest zła. Owszem, może i nie powala na kolana, ale fabuła jest całkiem ciekawa i słabo przewidywalna***** (uwaga, w przypisie podwójny spoiler!), akcja należycie wartka (i jest jej tyle, ile w dwóch pierwszych „Metrach” razem wziętych), a bohaterowie wyraziści i (z bólem i wstydem to przyznaję, bo w kwestii Niemców podzielam poglądy Cejrowskiego) dają się lubić. Gdybym miał porównywać jej jakość do przeczytanych tomów „Uniwersum Metra 2033”, to „Minuta przed północą” jest nawet minimalnie lepsza od „Dzielnicy obiecanej” Pawła Majki, którą uważam za najlepszą ze znanych mi z lektury części cyklu.

Od dawna w moich tekstach nie było żadnej teorii spiskowej. No to uwaga – oto jedna. Vladimir Wolff napisał „Czas odkupienia” i „Minutę przed północą” na potrzeby serii „Uniwersum Metro 2033”, ale jej redaktorzy stwierdzili, że są za dobre, że na ich tle oryginały będą wyglądać blado, więc je odrzucili. Natomiast mój najmilszy głos rozsądku podpowiada, że Wolff napisał je, żeby pokazać innym, jak się powinno pisać postapo z metrem w tle. Ci z Was, którzy czytali te książki i mają porównanie, pewnie się ze mną zgodzą, że coś w tym może być.

Moja ocena? 5.5/10. „Minuta przed północą” to porządne, czysto rozrywkowe postapo, bez żadnego wywlekania na wierzch dylematów moralnych, przyrodniczych czy jakichkolwiek innych. Może nie jest to książka na miarę „Apokalipsy według Pana Jana” Szmidta, tekstów Ziemiańskiego albo Huberatha, ale przyjemnie się ją czyta, bez poczucia marnowania czasu, i, przypominam, nawet bez znajomości poprzedniej części cyklu. I dlatego polecam ją miłośnikom radioaktywnych pustkowi oraz wszystkim tym, którzy lubią dobrą, rozrywkową fantastykę.

Aha – ocena byłaby wyższa, ale z przyczyn subiektywnych musiałem odjąć ździebko punktów. Za to, że bohaterowie są Niemcami, a nie Polakami, odjąłem 1.5 punktu. W końcu bohaterami książek WarBooka mieli być Polacy. Żywię szczerą nadzieję, że autor ułatwi mi ewentualne recenzowanie którejś z kolejnych części cyklu i wykończy****** starą ekipę, zastępując jej członków Polakami. Ewentualnie Gruber może zostać, bo po „Allo, allo” mam słabość do Niemców nazywających się Gruber. A wracając do odejmowania, to odjąłem też punkt za to, za co miłośnicy „Uniwersum Metra 2033” punkty by pewnie dodali – czyli za zbieżność obu wykreowanych światów (tylko jeden, dlatego że, jak już wspominałem, „Minuta…” jest lepsza od książek Glukhovsky’ego). Wiem, taka teraz moda, że wszyscy piszą albo o zombiakach, albo o postapokaliptycznych mieszkańcach korytarzy podziemnych kolejek walczących z psychomutantami, albo o jednym i drugim, ale że nie jestem gimnazjalistą, a nawet nigdy nie byłem, bo szczęśliwie udało się ze sporym zapasem wyprzedzić poprzednią reformę oświaty i zdążyłem odebrać normalne (i zdrowe) wykształcenie przedmaturalne, więc nie czuję się być zmuszonym do podążania za jakąkolwiek durną literacką, czy inną modą. I żeby nie było – miałem tylko jedną parę spodni „piramid”.

P.S. Miało być jeszcze drugie nowe słówko. No to będzie. Warbukowanie*******.
P.S.2. I jeszcze zanim ktoś mi zarzuci, że używam takiej, a nie spolszczonej wersji nazwiska autora „Metra 2033” – gdyby Glukhovsky chciał, żeby w Polsce nazywano go „Głuchowski”, to by się tak podpisywał na książkach.


* Pochwalę się, a co mi tam – nawet mam komiks zatytułowany „Internowani”, który powstał kilka lat temu na podstawie tej powieści.

** Kiedy książkę pisze przez dobrych kilka lat pół rosyjsko-ukraińskiego Internetu (a tak właśnie było – autor konsultował z przypadkowymi ludźmi bodajże każdy akapit tekstu), to ma się prawo oczekiwać czegoś niespotykanie dobrego, a nie czegoś pomiędzy „mierny” a „dostateczny”. W dodatku skąd te „2033” w tytule, skoro tam akcji jest co najwyżej na pół metra, a i to wliczając stopkę redakcyjną.

*** I znowu przychodzi mi zapewnić Was, że recenzja była pisana w ciągu dnia, a moje okulary nie są przyciemniane. Choć tym razem był mały zgrzyt, albowiem miałem na sobie zgniłozielony T-shirt .

**** W poprzedniej recenzji zapomniałem o mojej dziejowej misji uczenia Was nowych słówek, dlatego dziś będą aż dwa. „Przeeksplorować” to coś pomiędzy „przeszukać” a „przeryć” w odniesieniu do miejsc raczej przez nikogo nieodwiedzanych.

***** Można jedynie było się domyślić, że dobrzy zwyciężą, choć część z nich polegnie, ratując życie reszty – zbyt często autor wspominał, że tak się skończyła pierwsza część cyklu, by nie miało to powiązania z drugą.

****** Najlepiej w jakiś idiotyczny sposób. Może jakiś upadły betonowy bloczek w drewnianym zborze na głębokiej prowincji, angielski postapokaliptyczny podróżnik przemierzający walcem drogowym poniemieckie pustkowia lewą stroną drogi, zatrucie metylem albo płynem borygo (Niemcy nie są na nie uodpornieni – co skłania mnie do zapytania: jak takie normalne zdrowe mięczaki mogły w ogóle pomyśleć, że są nadludźmi?), no coś w tym guście.

******* Czyli czytanie najlepszej na rynku polskiej military fiction. I to nie jest lizusostwo, tylko stwierdzenie faktu. Gdy jakieś wydawnictwo ma u siebie bezsprzecznie najlepszych rodzimych pisarzy military fiction, takich jak Cholewa, Langenfeld czy Ciszewski, uzupełnionych przez pierwszoligowych Wolffa, Gawędę czy choćby Pawełka, to inaczej być nie może. Howgh.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Nic bardziej mylnego!

Wydawnictwo „Znak” plus jakiś jutuber-polimatowiec-reklamiarz Kotarski – a priori zakładałam, że nie mogę spodziewać się niczego rewelacyjnego czy cho...

zgłoś błąd zgłoś błąd