7,9 (20 ocen i 9 opinii) Zobacz oceny
10
4
9
2
8
8
7
5
6
0
5
0
4
0
3
0
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788379766383
liczba stron
560
język
polski
dodał
LubimyCzytać

Jak wybrać temat opowieści, jak dobierać słowa, jakich stworzyć bohaterów? Wyobraź sobie, że masz napisać historię złożoną z konkretnych słów, z konkretnych zdań, a może nawet z konkretnymi postaciami. Brzmi jak wyzwanie, prawda? Efektem takiego eksperymentu jest antologia opowiadań „Nikomu się nie śniło”. Kilkanaście tekstów. Zupełnie nietuzinkowe historie. Różnorodność wrażliwości...

Jak wybrać temat opowieści, jak dobierać słowa, jakich stworzyć bohaterów? Wyobraź sobie, że masz napisać historię złożoną z konkretnych słów, z konkretnych zdań, a może nawet z konkretnymi postaciami. Brzmi jak wyzwanie, prawda?

Efektem takiego eksperymentu jest antologia opowiadań „Nikomu się nie śniło”. Kilkanaście tekstów. Zupełnie nietuzinkowe historie. Różnorodność wrażliwości autorskiej i stylów pisarskich. I jeden zamiar – opowiedzieć o czymś, co nie przyśniło się jeszcze nikomu.

Kupując tę książkę, wspierasz Fundację Światło, która pomaga osobom wybudzonym ze śpiączki zacząć żyć na nowo.

Więcej informacji o projekcie znajdziecie na stronie www.wykupslowo.wordpress.com

 

źródło opisu: materiały wydawnictwa

źródło okładki: materiały wydawnictwa

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 2955
geokuba | 2018-03-28
Przeczytana: 28 marca 2018

W felietonie na Dzikiej Bandzie
http://dzikabanda.pl/teksty/felietony/pijac-ksiazki-czytajac-piwa-s02e06/
opisałem ogólne wrażenia po przeczytaniu tej książki oraz jak to się stało, że ona powstała. Natomiast tutaj zebrałem moje wrażenia na temat każdego z opowiadań, które (te wrażenia) pojawiały się na moim FB.

Tak jak wspominałem i wyjaśniałem na DB wszystkie one łączą się jakimiś drobinkami, szczegółami; jedna postać z jednego opowiadania zna inną postać z innego opowiadania; albo miejscowość, w której coś się dzieje, powtarza się w zupełnie różnych historiach. Można samemu to zauważyć, albo postudiować indeks słów, imion i fraz, który jest zamieszczony na końcu książki. Cała idea związana z tym pomysłem nazywa się Wykup Słowo i tam ładnie wytłumaczona.
A więc lecimy:


„Senariusz” Anny Rozenberg:

Opowiadanie – klasa! Przeczytane dwa razy. Od razu za pierwszym razem czułem, że coś nie gra, ale po zakończeniu musiałem wrócić do pewnych niuansów, które na to wskazywały.
Wymyślona historia wcale nie sztampowa. Dreszczowiec jak się patrzy. I jak napisana!
O pamiętnikach pisanych za młodu: „Plamy hormonalnego atramentu dziś czytamy z zażenowaniem”.
O seksie: „ Artur patrzy na mnie spode łba. Jestem zbyt zmęczona na seks. Nie umiem się wczuć w te jego pchnięcia. Dla ułatwienia daję mu od tyłu. Szybciej mam to z głowy. Raz po raz ściana to zbliża, to oddala się od mojej twarzy, a za mną jęczy zarzynany bawół. Przy ostatnim uważam, żeby nie zaryć nosem w tapetę. Zajebiście”.
No i ta perełka, której zdjęcie wstawiłem na swoim blogu. Od niej wszystko się zaczęło.
Wiem jedno. Autorka pisze powieść. Biorę w ciemno.


Roberta Małecki – „Pustka”

Od samego początku czuć tajemnicę, która aż pulsuje pod narracją, podobnie jak tętno czytelniczej większości , kiedy np. dochodzą do „krwawych godów” w „Grze o tron”. Nie można przestać czytać. Autor tak skutecznie dawkuje napięcie, że nie pozwala czytelnikowi odłożyć książki choć na chwilę. Jak zwykle u niego mistrzowskie są dialogi. Iskrzące emocjami: to humorem, to złością…
A o czym to opowiadanko jest? Dziewczyna, po śmierci swojej babci, odkrywa tajemnicę z przeszłości swojego życia, która skutecznie przez jej rodzinę była ukrywana. Dreszczowiec, jak malowany; retrospekcje z dzieciństwa, las, stara spalona leśniczówka…. Ale i z elementami horroru; fragmentu, kiedy wizerunek Jezusa z obrazka na ścianie zamienia się powoli w wielką żywą, ohydną muchę. King by się nie powstydził.
No i co za niespodzianka, kiedy okazało się, że główna bohaterka jest mi już znajoma z książki Roberta Małeckiego „Najgorsze dopiero nadejdzie”, w której miała swoja epizodyczną, ale bardzo ważną w pewnym momencie, rolę. Pojawia się również tam Marek Bener, główna postać z tej książki. Od razu zrobiło się miło.
A jaka była druga niespodzianka! Kiedy nasza bohaterka ma ochotę zadzwonić do swojej przyjaciółki Rudej z Częstochowy coś mnie tknęło. Wróciłem do opowiadania Anny Rozeberg, a tam jak wół stoi, że tamtejsza bohaterka zna naszą dziewczynę z opowiadania Małeckiego, i że nawet doszły jej słuchy, że jej babcia umarła. Niezłe jaja. Uwielbiam odkrywać takie smaczki i powiązania. Pisarze puszczają do nas oko mając z tego też niezłą frajdę.


Dorota Szelezińska – „Wilkiem”.

No, no. Cały czas w głowie siedzi mi to opowiadanie. Jest jakieś takie niepokojąco magiczne. Inne niż wszystkie dotąd. Nieoczywiste. O miłości. Takiej – od stóp do głów, od łap po czubki uszu. Ale z zadrą działającą jak ta na harpunie; jak już wbijesz, to bez uszczerbku nie wyciągniesz.
Zaczyna się od razu naprężeniem neuronów mózgowych, kiedy podczas masażu mauri główna postać – Bruno – doznaje zgoła nieoczywistych doznań. Od razu zakochuje się w masażystce Monie. Ich romans przedstawiony jest krótko, ale bardzo ciekawie. Natomiast najważniejsze jest to, kiedy na tydzień Bruno musi wyjechać, aby przejść terapię. Tu osadza się cala opowieść. Zupełnie nieoczywista, niepokojąca, magiczna i straszna. To co działo się z Brunem wlazło mi do łba i czytałem zapalczywie, bo nie byłem pewien każdej następnej linijki. To opowiadanie żyło jakimś podskórnym drugim życiem; czytamy o jednym, a drugie puka do nas przez zasłonę literek.
Dużo jest smaczków, cytatów. No rozczuliłem się, kiedy Bruno widzi kobietę pochyloną nad czajnikiem i przypomina mu się piosenka Świetlików „Odciski” („mężczyzna i kobieta… wtedy istnieli mężczyźni i kobiety, teraz nie wiadomo co istnieje”). Przecież to ja zawsze ją śpiewam w myślach nad czajnikiem. Myślałem, że nikt nie zna tej piosenki.
Było bardzo przyjemnie.


Izabela Szymczak – „Sidła snów”.

Dawkowałem sobie tę antologię po jednym opowiadaniu między czytanymi książkami i coraz bardziej ogarniało mnie przekonanie jak bardzo w dzisiejszych czasach niedoceniona jest tego typu forma literacka. Chyba jedynie w fantastyce opowiadanie funkcjonuje na rynku na równi z powieścią.
Główną postacią jest Alicja Black – plastyczka, pasjonatka architektury sakralnej (kogoś mi przypomina… 😉 ), mająca mroczne, prorocze sny – która przybywa do małego miasta, ponieważ dostała tam pracę. W nowym miejscu poznaje nowych ludzi, odwiedzą ją również brat Grzegorz. A że jest ładną kobietą, od razu staje się obiektem zainteresowania profesora archeologii, który prowadzi wykopaliska na miejscowym cmentarzu. Wszystko jest OK do czasu, kiedy dochodzi do wypadku bliskiej jej osoby, a zaraz potem staje się podejrzaną w dokonanym morderstwie.
Opowiadanie fajne się rozwija. Ma swoje nieśpieszne tempo. Małe miasteczko, dom kultury, zwykła praca, wynajmowane mieszkanie, ludzie, których Alicja spotyka na pozór w miarę normalni. Ale pierwszej nocy miała przerażający sen, po którym nie może dojść do siebie. Zwyczajnej, obyczajowej historyjce nagle ktoś zakłada pętlę na szyję, coraz mocniej zaciska i podnosi w górę. Akcja się zagęszcza coraz bardziej, aż do kulminacyjnego punktu na samym końcu. Sidła snów Alicji nie dają jej spokoju, ponieważ przepowiednie nieszczęść, które za nimi stoją potrafi ona zinterpretować dopiero wtedy, kiedy jest już za późno. Alicja wplątana w dodatkowe sidła zależności i relacji małomiasteczkowych dziwactw nie dostrzega, że jedno z tych dziwactw toczy robak groźnego szaleństwa.
Bardzo dobrze można poznać Alicję Black, ale mam nadzieję, że kiedyś będę miał sposobność poznać ją jeszcze bardziej, bo to kobieta tajemnicza i po przejściach; straciła męża w niewyjaśnionych okolicznościach, z którym „widuje się” w swoich proroczych snach. A to zaciekawia.
Bardzo fajne i zgrabne opowiadanie. No i jak zwykle cieszy cały stos wtrącanych smaczków.


Grzegorz Giedrys – „Sny”

To opowiadanie jest jak wiersz, wszystko umiejscowione w chmurze snów; nie wiadomo co jest snem, a co wspomnieniem; co prawdą, a co życzeniem. Bohater plącze się, gubi we wspomnieniach. Mylą mu się czasy i miejsca.
„Jutro nie cierpiałem i nie było żadnego bólu. Wyglądałem pogodnie, jakbym spał. Zakryli mi sińce pod oczami, z którymi się urodziłem. Lekko ogolili. Jutro nie płakałaś, płakałaś pojutrze. Jutro zajęłaś się organizacją. Jutro mówiłaś, czy my wszyscy znów musimy tak nerwowo przygotowywać się do wyjścia. Jutro mówiłaś mi, czy mam zamiar oto spóźnić się na własny pogrzeb.”
To chyba ostatni jego sen w życiu. Jedyne na czym może się skupić to na swoich byłych dziewczynach i na swojej mamie. I to nawet jest dosyć urocze.


Marta Koton-Czarnecka – „Śniaki”

„Śniaki” to kolejny motyw pomylenia światów. Świata wewnętrznego z tym zewnętrznym… hm, ale czy prawdziwym? Wychodzi na to, ze ten świat prawdziwy wygrywa jedynie większością głosów. Ale czy to oznacza, że mniejszość, chociażby ludzie chorzy na depresję, będący po jakiejś traumie nie odczuwają realnie swojego świata? To takie moje luźne refleksje po tym opowiadaniu. Ono skłania do mylenia co jest realne, a co nie; co jest prawdą, a co prawdą wymyśloną.
„Leżę skulona na podłodze. Przeczekuję. Czasem godzinę tak leżę, czasem dwie. Na wpół uśpiona, na wpół wyjawiona. Wyjawiona na jawę z majaków i rojeń o tobie. I ten siniec poranny zawsze w tym samym kształcie.”
Śniaki to sny, które ranią, które powodują siniaki. Piękne słowo. Smutne opowiadanie, z tajemnicą, której niby się domyślamy, ale i tak wstrząsa do głębi.
W ogóle to zauważyłem, że opowiadania dziewczyn są smutniejsze niż chłopaków. Faceci idą bardziej w taki smutek prześmiewczy.


Elżbieta Łapczyńska – „Wszystko, czego nie powiedziałem dziewczynie spod okna”.

Króciutkie opowiadanko bez jakiejś szczególnej puenty i przesłania. Głównemu bohaterowi przytrafia się dosyć osobliwa przygoda i od tego czasu jego życie zmienia się materialnie na lepsze i passa go nie opuszcza. Nie dowierza temu węsząc boży spisek. „Słowem – moje życie było bez pęknięć. Bardzo mnie to niepokoiło”. Sprawnie napisane. Fragment, kiedy „Love-Hate” znika pod wodą – rewelacyjny.


„Sztuka chodzenia po linie” – Hanka V. Mody

Uff, muszę ochłonąć. Co za opowiadanie! Nie wiem jak się zabrać do napisania czegokolwiek, bo dawka emocji, którą zaliczyłem w skondensowanej formie, dopiero rozlewa się po moich neuronach i skutecznie blokuje racjonalne myślenie.
Ogrom smutku i bólu, którymi przesiąknięte są strony tego opowiadania przypomina mi powieść „Małe życie”, którą napisała Hanya Yanagihara. Tylko że tam smutek podawany był w roztworze na 800 stron, a tutaj dostajemy go w pigułce, która kopie jak przypalany ogier.
Anna, która nie może poradzić sobie ze światem zewnętrznym i wewnętrznym od czasu zaginięcia jej mamy, ma poważne problemy z emocjami. Niby normalnie funkcjonuje, ma normalną pracę, ale każdy dzień to dla niej pierwsza linia frontu w słabo umocnionych okopach swoich wartości. Każdy poranek to walka o oddech, rozpaczliwy i rzeczywisty. Jak by codziennie rano rodziła się z wrzaskiem noworodka wywleczonego na nowy, zimy i obcy świat, a tego samego dnia wieczorem popełniała samobójstwo fluoksetyną, hydroksyzyną i kilkoma kieliszkami wina, aby szybciej zasnąć. Anna odkrywa, że codzienność zmagania się z bólem wewnętrznym może uśmierzyć jedynie ból zewnętrzny. Każdy dzień to dla niej sztuka chodzenia po linie. Tak jak Jude z „Małego życia”, ma pocięte całe ciało.
Jej miłość do Jana jest z góry skazana na niespełnienie; nie może sobie z nią poradzić. Jej miłość nie akceptuje świata zewnętrznego. Świat nie ma prawa do jej miłości, świat nie powinien istnieć, świat to ból. Bo miłość według Anny to nie jest wyspa pośród oceanu świata, lecz miłość to planeta w nicości. A skoro nie ma nicości, to Anna zna tylko jedno wyjście z takiej sytuacji; mimo obopólnej miłości, zrywa z Janem.
Poznaje Ildefonsa. „Żadnego dotykania, tylko ból”. Ildefons, też doświadczony za młodu przez życie, wie czego pragnie Anna. Wie, że dla takiej jak ona ciało nie jest świątynią duszy – jest jej więzieniem, a jednocześnie zbawieniem. Przygotuje dla niej stosowną drogę ucieczki…
Ogromne wrażenie zrobiło na mnie to opowiadanie. Świetnie napisane. Portret psychologiczny Anny jest perfekcyjny. Napięcie takie, że cały czas czułem się jak półprzewodnik. Scena kiedy Anna spotyka na ulicy Jana ze swoją nową narzeczoną to powoli narastający odgłos budzącego się wulkanu. „Co u ciebie, Anno?”, „Uczę się ładnie mówić (…) lubię wyrzucać z siebie niepotrzebne słowa”.
Genialne.


„Powrót” Hanny Bilińskiej-Stecyszyn.

To dosyć sentymentalno-humorystyczna podróż do początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy rodził się wolny rynek, a pierwsze pieniądze najlepiej było zarobić jeżdżąc na saksy do Niemiec. Opowiadanie jest o nauczycielu imieniem Ildefons, który w wakacje jedzie do naszych zachodnich sąsiadów popracować w barze, aby zarobić kasę i kupić tam samochód. Wszystko po to aby zaimponować dziewczynie, w której się zakochał. Kupuje ten samochód i po wiele przedziwnych perypetiach wraca do domu na wozie drabiniastym. Fajne, nienachalne, pogodne, sprawnie napisane opowiadanie ze zdaniami typu: „Praca sprzedawcy kiełbasek była prosta jak zdanie pojedyncze”. Czytało się bardzo przyjemnie.


„Nakazany owoc” – Michała Dębskiego.

Jazda bez trzymanki. Morda mi się śmiała przez całe opowiadanie. Niejaki Ildefons (a jakże) Parówka, nikomu nie zawadzający introwertyk, spotyka w pociągu (kolejce) jegomościa, który zagaduje go: „lubię jabłka. A pan?”. Ildek za diabła nie może się natręta pozbyć. Mało tego, facet się przyczepił, śledzi go w drodze do domu i reaguje złością, gdy nasz Ildefons ma daleko w tyle jakieś jabłka. Na drugi dzień to samo. Opowiadanie czyta się z przyklejonym bananem na facjacie. Jest tak absurdalne i groteskowe, a jednocześnie ciekawie i na luzie napisane, że aż fascynujące. Taka np. sytuacja: wspomniani kolesie jedzą jabłka, więc akurat przestali o nich rozmawiać i nagle Ildefons się zamyśla: „Moje myśli krążyły wokół odbytów. Jak to możliwe, że każdy ma własne zwieńczenie układu pokarmowego, ale nikt nie jest z niego dumny?” potem dalej jak gdyby nigdy nic konsumują jabłka i rozmawiają o jabłkach. Na koniec opowiadania chichotałem jak potłuczony.


„Sąsiadka” Magdaleny Genow-Jopek

Jest posępne i smutne. Rzecz o starszej samotnej kobiecie, która za jedynego towarzysza życia ma psa wabiącego się Manio. Wracając w sylwestrowy wieczór ze spaceru z psem („póki jeszcze nie strzelali” – bardzo mnie tym Autorka ujęła) jest świadkiem pobicia dwóch mężczyzn w sąsiedniej klatce swojego bloku. Ucieka przestraszona do domu, ale ma wrażenie, że sprawcy ją przyuważyli. Na drugi dzień okazuje się, że jeden z mężczyzn nie żyje, a policja i lekarze w karetce oznajmiają, że przyczyną był zawał. Kobieta ma wyrzuty sumienia, że nie zgłosiła od razu na policję momentu kiedy mężczyzna był bity i wyrzuca sobie, że przyczyniła się do jego śmierci. Boi się jednak wychylać, gdyż jest prawie pewna, że sprawcy mogą się zemścić. Opowiadanie bardzo klimatyczne. Czytelnik razem z główną bohaterką bije się z myślami co robić, jak postąpić. Świetne wyczucie przez Autorkę starszej osoby, wejście w jej osobowość, kiedy w tym wieku wiele rzeczy nowych się nie pojmuje, np. co to za napis na ścianie „HWDP”, kiedy zostało się samym, a pies i najprostsze obowiązki; gotowanie dla niego, spacery, są całym jej życiem. Nagle pojawiający się dylemat wypala staruszkę od środka. A co jeśli się sprawcy zemszczą? Niby ma tak mało do stracenia, ale to cały jej świat. Bardzo ciekawe opowiadanie. Zostaje na długo.


K.B. Ambroziak – „Finimondo”.

Bruno Bohren jest zwykłym facetem, który szuka pracy w wielkim mieście. Szczęśliwym trafem udaje mu się ją dostać jako tester leków w firmie farmaceutycznej. Jak się okazuje niebawem będzie testował specyfik generujący określone sny. Sny, których tematykę można sobie z góry zaplanować, i które ciężko odróżnić od rzeczywistości. Jego żona Katja, nie jest zbyt szczęśliwa z tego powodu.
Jak można się domyślić, na początku sny Bruna są raczej standardowe, ale później, kiedy bardziej testowane są specyfiki większego kalibru, sny zaczynają przenikać się z rzeczywistością. Czytelnik, jak i sam Bruno, przestaje odróżniać co jest jawą, a co snem. Zmierza to wszystko ku katastrofy w życiu głównego bohatera. Tylko czy ta katastrofa, faktycznie jest katastrofą?
No właśnie. Opowiadanie solidne, na pierwszy rzut oka o dosyć wyświechtanym temacie przenikania się snów, zostawiło mnie z niemałą konsternacją na samym końcu. Przewrotność w przewrotności, no dobra, ale kiedy chodzi o miłość nie jest już tak sztampowo. Każdy ją przeżywa po swojemu. Miłość kierująca naszymi motywami postępowania to wolna amerykanka. Wszystko może się wydarzyć. Tutaj ujęcie tematu jest nieszablonowe. Wydawałoby się kolejne opowiadanie o nakładaniu się snów na końcu zaskakuje i wprowadza ciekawą konfuzję, z którą czytelnik już sam sobie musi poradzić. Co jak co, ale faktycznie nikomu się nie śniło, że tak nikomu się nie śniło. Dobra robota.
Jak wspominałem na Dzikiej Bandzie, opowiadania w tym zbiorze przenikają się określonymi słowami. Przykładowo tutaj Finimondo to wyhodowana cyberbiologicznie roślina generująca po jej zażyciu określone sny. W innym opowiadaniu „I nikt cię nie usłyszy” Finimondo to zgromadzenie-ośrodek dla ludzi, którzy chcą zapomnieć o świecie. Są punkty wspólne? Fajnie to wszystko wymyślone.
Już nie mówiąc o tym, że autorstwem tego drugiego opowiadania jest Katja Tomczyk, której imię nosi żona opisywanego wyżej Bruna. Itd, itd.


„I nikt cię nie usłyszy” Katji Tomczyk.

Każdy ma swoje tajemnice, każdy ma prawo do tajemnic.
Lubelska wieś, w której działa ośrodek Zgromadzenia Finimondo, prowadzony przez panią Barbarę, skupia ludzi, którzy chcą zapomnieć o świecie, albo chcą, aby świat o nich zapomniał. Finimondo sąsiaduje z plantacją chmielu, którą zarządza gospodarz Dziabaducha („chmiel znów pnie się po tyczkach, żeby łaskotać Pana Boga w stopy”). Monotonne leniwe dni ośrodka przerywa nagle odkryte zabójstwo.
Ale myli się ten, który sądzi, że dostaniemy tutaj kryminał w stylu Agathy Christie. O co innego chodzi w tym opowiadaniu, przynajmniej mam taką nadzieję. Głównym bohaterem są tutaj wszyscy, łącznie z Dziabaduchą. Każdy jest portretowany na równi z innymi. Nawet narracja przechodzi od jednego do drugiego. Uczestników Zgromadzenia, jak i personel (to duże słowo) łączy to, że wszyscy są uciekinierami. Przed życiem, przed przeszłością. Chcą się odnaleźć między sobą, boją się świata, przeszłości, ale jednocześnie za tym tęsknią. Nawet stojąc w obliczu problemu co zrobić z trupem chcą to załatwić w swoim gronie. Jeden chce go pogrzebać, drugi spalić, trzecia uszyć mu garnitur. Jednak paradoksalnie okazuje się, że zabójstwo i problem ze zwłokami staje się katalizatorem do nadzwyczajnych ruchów i decyzji naszych postaci, po podjęciu których wszystko się zmieni w Finimondo.
Wszystko to jest podane w lekkim surrealistycznym sosie, więc jako takiej wyraźniej puenty nie ma. A może tytuł jest takim podsumowaniem; nikt cię nie usłyszy, dopóki sam siebie nie usłyszysz, a czasami potrzeba do tego wstrząsu. Ale historyjka niczego sobie. Sprawnie napisana. Taka trochę współczesna baśń o nieistniejącym skrawku wszechświata, w którym spotykają się istniejące przeróżne inne wszechświaty.


Joanna Chudzio – „Kwadratowe kałuże”.

Udało się Autorce mnie zaskoczyć, zmrozić i przepuścić stado mrówek przez plecy. Zaczyna się elektryzująco; razem z Edwardem i Lubą – głównymi postaciami – czytelnik pojawia się w świecie podobnym do jakiejś alternatywnej rzeczywistości rodem z s-f. W świecie, w którym np. kropla deszczu wywołuje kwadratowe kręgi w kałuży. Rzeczywistość (?) na dłuższą metę okazuje się duszna i mroczna, jak diabolicznie uśmiechnięty klown, z której razem z Edwardem i Lubą próbujemy się wydostać do normalności. Lecz ta ucieczka bynajmniej nie prowadzi nas tam gdzie zamierzamy. Rzeczywistość jest jeszcze bardziej przerażająca.
Duże wrażenie, mroczny klimat, brawa.


Moomu Mu – „Dziewięć koma osiemdziesiąt jeden”

To opowiadanie za pierwszym razem mi nie weszło, ale nie dawało mi spokoju. Po jakimś czasie do niego wróciłem i przeczytałem jeszcze raz. To nie jest jakaś historia, opowieść, to opowiadanie to studium pewnej choroby związanej ze spaniem. Próba jej zrozumienia. Choroba się nazywa Zespół Kleinego-Levina i jak Autorka wyjaśnia w przypisie: „jest trudny do zdiagnozowania i nierzadko trwa latami. Objawia się okresami nadmiernej senności, w okresach czuwania żarłocznością, poczuciem zmęczenia, pobudzenia seksualnego, dezorientacją czasową, zaburzeniami nastroju i świadomości”.
Pierwszy fragment ma tytuł „Andrea nie rozumie”; nie rozumie Lucyny, przyjaciółki żony, która u nich mieszka, i która cierpi na tę chorobę. A ostatni fragment – „Andrea rozumie”. Lecz, czy tak naprawdę rozumie? Moim zdaniem rozumie, że do końca nie da się tego zrozumieć.
Na przykładzie Lucyny poznajemy jak czuje się osoba z tym Zespołem. Co przeżywa, jak reaguje na nią środowisko, jak łączą się jej światy jawy i snu, jak próbuje z tym walczyć. Bardzo smutne to opowiadanie, ale zostaje na długo. Pojawiają się tam takie piękne zdania: „Tymczasem zmarznięty świat za oknem spał, kiedy podeszła do odrapanego z białej, olejnej farby szpitalnego parapetu. Drzemał pod pierzyną śniegu, skrobany w siwe niebo kikutami łysych, zmrożonych drzew.”
Tytuł nawiązuje do wartości przyśpieszenia ziemskiego, czyli grawitacji, które Lusi bardzo różnie odczuwa. Czasami potrafi ją ono fizycznie przytłoczyć.


Przemek Morawski – „Życie o jakim śniłeś”

Bardzo dobre opowiadanie. Tematycznie trochę nawiązuje do „Senariusza” Anny Rozenberg, czyli wyparcia pewnych traumatycznych doznań.
Bruno to facet poukładany i zaplanowany. Wszystko w jego życiu jest od linijki i tak jak w poradnikach piszą. Stosowanie się do ich zaleceń, w jego mniemaniu, ma mu dać szczęście. Ma poukładane życie rodzinne, niedawno się ożenił, urodziło mu się dziecko, jest szczęśliwy. Pracuje w hotelu i wszystko na to wskazuje, ze dostanie awans. Lecz im bardziej w opowiadanie, okazuje się, że pojawia się rysa, pęknięcie, które coraz to robi się większe i w końcu dowiadujemy się, ze to nie do końca tak pięknie jest z tym życiem Bruna.
Smutne opowiadanie, ale naprawdę z polotem napisane. Samo się czyta. Wchodzi w głowę.


„O tym, jak Szczupak, Przecinek i Pancernik odkryli tajemnicę kolorów” – Magdalena Niziołek-Kierecka

Muszę to napisać: pani Magdalena ma wspaniałe nazwisko: Niziołek. Wywołuje ono we mnie od razu sympatyczne uczucia, no i oczywiście wiadomo kto je wymyślił: Tolkien.
Natomiast co do samego opowiadania. Jest to opowiadanie dla dzieci. Opowiedziane w duchu „Dzieci z Bullerbyn”. Czyli jest trojka dzieciaków, jest sielsko, jest kupę zabawy, pomysłów, dzieci nie mają komórek, są na wakacji u cioci, śpią w namiocie, chodzą na ryby (przynajmniej próbują). Lecz jest też tajemnica, którą trzeba odkryć.
Bardzo sympatyczna i urocza opowieść. I mimo, iż świat w tej opowiastce odbierany przez starego pryka jest, oczywiście, światem naiwnym , dziecięcym, to takim właśnie ma być. I bardzo dobrze. Dawno nie czytałem nic dla dzieci, ostatnio może z pięć lat temu mojej wówczas dziesięcioletniej córce (teraz sama pisze jakieś fanfiki na wattpadzie), i to opowiadanie było bardzo miłym, odświerzającym uczuciem. Piękne, czyste, słoneczne. Jak bym się cofnął w czasie.
Wbrew pozorom, napisać takie opowiadanie dla dzieci, to nie jest prosta sprawa. Dlatego tym bardziej wyrazy mojego uznania. Poza tym, typuję to opowiadanie na pierwsze miejsce podium w kategorii wykorzystania wykupionych słów, imion i postaci. Super robota.


„Karkonosze Cztery” – Monika Wasilewska

Kolejna perełka w tym zbiorze. Ależ mi się to opowiadanie podobało. A zakończenie – kurde, rozwaliło mnie.
Pamiętają Państwo magnetyczne karty telefoniczne? Ja pamiętam. I pamiętam, że je kiedyś zbierałem, może gdzieś na strychu jeszcze by się znalazły. (Czego ja kiedyś nie zbierałem razem z chłopakami! Nawet bilety PKS takie żółte kiedyś były. Największą wartość miały te, które miały czerwoną czcionką wydruk ceny. Po drodze ze szkoły każdy przystanek był przez nas przeszukiwany…) I o tym jest to opowiadanie. O cofnięciu się w czasie, kiedy w szkole zbierało się rożne duperele i się tym wymieniało. W tym przydatku chodzi o karty telefoniczne. A zwłaszcza o jedną unikatową – „Karkonosze Cztery”. Pod tym pretekstem jest pokazana historia Małej, chłopczycy, która nie boi się ganiać po drzewach na równi z chłopakami, ale chyba trochę boi się ludzi. Odczułem, że jest bardzo wrażliwa.
Króciutkie opowiadanko, a tyle w nim treści. Jedno z najlepszych.


„Cień klabaternika” – Maras Pijanowski

A to dopiero historia! Tajne zgromadzenie naukowców w Toruniu, znające tajemnicę tunelu pod Wisłą w tym mieście, staje w obliczu zdrady jednego ze swoich członków. Krzysztof Gotring, obarczony przez Mistrzów Najwyższego Wtajemniczenia Loży Wielkiej Pary winą zdrady członka, którego wprowadził do zgromadzenia, ma za zadanie go odpowiednio ukarać, a mianowicie obciąć mu język. Gotring tropi go, wyszukuje, ale okazuje się, że zdrada Zgromadzenia była osobistą zemstą na Gotringu. Dlaczego? Tego już nie zdradzę, dosyć tych zdrad, ale przyczyna jest całkiem ciekawa.
Na koniec wszystko rozwiązuje się tak, że czytelnik mimowolnie sapie z zaskoczenia. A potem następuje drugi koniec, po którym sapie jeszcze raz.
Przyjemne opowiadanie z podwójnym dnem. Czyta się z ciekawością jednym tchem. Dodatkowym błyskiem jest ciekawy główny bohater Krzysztof, wymyślony przez anonimowego wspierającego, tak przystojny, że wszyscy go podrywają, nawet faceci.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Tatuażysta z Auschwitz

Tatuażysta z Auschwitz jest jedną z tych książek, obok których nie można przejść obojętnie. I nie chodzi tu jedynie o niezwykłą historię i świadectwo...

zgłoś błąd zgłoś błąd