Mężczyzna, który gonił swój cień

Tłumaczenie: Maciej Muszalski
Cykl: Millennium (tom 5)
Wydawnictwo: Czarna Owca
6,54 (2533 ocen i 353 opinie) Zobacz oceny
10
88
9
116
8
360
7
758
6
709
5
311
4
99
3
67
2
19
1
6
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Mannen som sökte sin skugga
data wydania
ISBN
9788380157927
liczba stron
424
język
polski
dodał
LubimyCzytać

Lisbeth Salander, dziewczyna, która igrała z ogniem, nigdy w pełni nie odkryła, kto stał za koszmarem jej dzieciństwa. Gdy Holger Palmgren opowiada jej o starych dokumentach, Lisbeth czuje, że nareszcie ma szansę poznać całą prawdę o machinie, która zniszczyła jej rodzinę. Jednak im bliżej jest rozwiązania tajemnicy, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo. Wraz z Mikaelem Blomkvistem dotrze...

Lisbeth Salander, dziewczyna, która igrała z ogniem, nigdy w pełni nie odkryła, kto stał za koszmarem jej dzieciństwa. Gdy Holger Palmgren opowiada jej o starych dokumentach, Lisbeth czuje, że nareszcie ma szansę poznać całą prawdę o machinie, która zniszczyła jej rodzinę. Jednak im bliżej jest rozwiązania tajemnicy, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo. Wraz z Mikaelem Blomkvistem dotrze tam, gdzie szaleństwo naukowca i brutalne nadużycia władzy splotły się w jedno. Nie wszyscy wyjdą z tego cało.

Mężczyzna, który gonił swój cień, piąta książka w serii Millennium, to złożona i wciągająca powieść osnuta wokół kwestii honoru, tajemnic badań genetycznych i zaawansowanych ataków hakerskich – współczesnego sposobu prowadzenia wojny. To także wyjaśnienie zagadki, skąd się wziął i co oznacza słynny tatuaż ze smokiem.

 

źródło opisu: https://www.czarnaowca.pl/kryminaly/mezczyzna_ktor...(?)

źródło okładki: https://www.czarnaowca.pl/kryminaly/mezczyzna_ktor...»

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1087
malena | 2017-11-08
Przeczytana: 08 listopada 2017

"Syndrom Renfielda"

Zacznę od tego, że nie mam problemu z Davidem Lagercrantzem, a raczej z tym, że podjął się kontynuować dzieło Stiega Larssona. Nie mam, głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, kontynuacje nie są w literaturze niczym nowym, wiele utworów doczekało się bardziej (to rzadziej) lub mniej udanych (to częściej) "dalszych ciągów" pisanych już przez inną osobę (do oceny moralnej tego, dla niektórych n i e w y o b r a ż a l n e g o z j a w i s k a wkrótce wrócę). Po drugie, nigdy nie uważałam trylogii Larssona za arcydzieło. Właśnie tak, i to pomimo, że jej autor był (nadal jest!) mi bliski poglądowo i darzę go wielką estymą i sympatią. Na marginesie wspomnę, że dziwi, a zarazem fascynuje mnie dość histeryczne podejście znacznej większości osób, które nazywają go "Mistrzem" etc., etc. Szkoda, że w rzeczywistości niewielu utożsamia się z jego poglądami lub ma odwagę się do nich przyznać. Tak, wiem. Książka książką, a życie życiem. Ale czy na pewno? Przecież siła "Millenium" to właśnie owe poglądy, przekonania jej autora, zgrabnie przemycone na kartach powieści (czyżby - w uproszczeniu i kolokwialnie mówiąc - tyle w Polsce, ale też i na świecie było osób patrzących w wiadomym kierunku? Śmiem w to wątpić. W porządku - zostawmy to w spokoju. Możliwe, że powodem tej "ślepej miłości" są dobrze (czyt. wiarygodnie, przekonująco, unikalnie) nakreśleni bohaterowie, zwłaszcza jedna bohaterka - Lisbeth Salander. Tutaj od siebie dodam, że zmagający się z zespołem Aspergera (ZA) wiele zyskali, dzięki sadze "Millenium". Już nawet nie chodzi o to, że zaczęto bliżej przyglądać się temu zaburzeniu, ale o to, że zmienił się (w niewielkim stopniu, ale jednak) sposób postrzegania osób z ZA przez tzw. neurotypowych. Więcej: neurotypowi (w końcu nikt nie chce być przeciętniakiem) zaczęli usilnie doszukiwać się u siebie tego zaburzenia (poradnie psychologiczne wypełniły się osobami, które zaobserwowały u siebie - lub zaobserwowali je ich bliscy - o b j a w y c h a r a k t e r y s t y c z n e dla ZA). Wspominam o tym, by pokazać, jaką siłę może mieć literatura i to literatura nie najwyższych przecież lotów. Wspominam też o tym, by pokazać, że Lagercrantz podjął się karkołomnego zadania. I tę karkołomność można w tym tomie odczuć (chyba nawet bardziej niż w poprzednim). Nie chcę przez to powiedzieć, że Lagercrantz sobie zupełnie nie poradził, bo byłaby to nieprawda.

No ale ad rem - "Mężczyzna, który gonił swój cień"... Ten tytuł moim zdaniem świetnie pasuje nie tylko do fabuły, ale i do samego autora, gdyż pogoń za cieniem Larssona jest tutaj aż nazbyt widoczna. Lagercrantz - z jednej strony próbuje oddać ducha znanych i lubianych bohaterów (co moim zdaniem mu się nie udaje), z drugiej zaś - stara się przerobić ich na własną, ale akceptowalną dla miłośników trylogii modłę. Uzyskujemy zatem bardziej oszczędne, uproszczone, dość powierzchowne wersje znanych nam postaci. I, jeśli zrezygnowalibyśmy z porównań, to moglibyśmy je przyjąć, choć nie zapadłyby nam one w pamięć (dla mnie są one wprawdzie bez wyrazu, ale za to za sprawą tej zamierzonej/niezamierzonej przyziemności ciut prawdziwsze od swych pierwowzorów). "Nowych" bohaterów, wprowadzonych na potrzeby jedynie tego tomu (szkoda, że autor nie pokusił się o stopniowe stworzenie choćby kilku charakterystycznych postaci, które mogłyby powalczyć o sympatię czytelników, innymi słowy: lepiej byłoby, gdyby mniej uwagi poświęcał próbom, z góry skazanym na porażkę, rozniecania resympatii) traktuje z większą starannością i uwagą. Może nie są one tak spektakularne, ale budzą ciekawość, a to już coś. Zresztą na nich opiera się wątek główny powieści, który z wątkami pobocznymi zdaje się niezbyt współgrać lub współgrać trochę na siłę). Sam pomysł, czyli jądro tej powieści może nie nazbyt odkrywczy, ale dość dopracowany, nie licząc drobnych wpadek merytorycznych (patrz: informacje na temat DNA u bliźniaków dwujajowych). Lagercrantz za przykładem Larssona próbuje też wpleść palące - jego zdaniem - kwestie społeczne (niestety, ale brakuje mu żaru, pasji, ba!, nawet lekkiego fanatyzmu Larssona, a może też i prywatnego do nich przekonania, przez co wątek, że się tak kolokwialnie wyrażę - "uchodźczy" zdaje się trącić sztucznością, przymusem). Nie udaje mu się zatem stworzyć spójnej pod względem sensu fabuły (nie do końca rozumiem korelacji między przeszłością Salander a przeszłością "nowych" bohaterów, koniec końców projekt, jeśli chodzi o jej osobę, spalił na panawce, zatem te jej starania, by dowiedzieć się prawdy wydają się mocno naciągane). Krótko mówiąc: owo rozdarcie Lagercrantza uwidacznia się także w rozwiązaniach fabularnych. Jego - tak przeze mnie lubiana i docenianiana (mierziło mnie zawsze wodolejstwo i niechlujność u Larssona, pewnie przez to, że sama się z tym zmagam, co widać w moich opiniach) rzeczowość, lapidarność - w tej powieści zaczyna irytować. Ma się wrażenie, że autor niepotrzebnie rozbudowuje niektóre wątki, inne zaś niepotrzebnie skraca. Ten dysonans uwidcznia się też w warstwie dialogowej (akurat to chyba pięta achillesowa Lagercrantza). Równie dobrze mógłby z nich i zrezygnować.

Czytelnik ma przeświadczenie, że chyba sam autor nie odnalazł miejsca dla siebie w tej trylogii (stąd ten brak spójności). Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że kontynuowanie losów bohaterów, ich ponowne konstruowanie sprawia mu niemałą trudność, ale pozbawia go też i przyjemności. To trochę taka średnio satysfakcjonująca (pomijając finanse) praca zlecona, z której trzeba po prostu się jakoś przyzwoicie wywiązać. No i, jeśli chodzi o przyzwoitość, to się mu udaje. Ale nic poza ową przyzwoitość, która nie pozwala - według mnie - mu "wystąpić przed szereg", wyrwać się z mętnych toni przeciętności. Z jednej strony to jestem w stanie to zrozumieć (po ostatnich moich mieliznach czytelniczych, nawet docenić), z drugiej zaś liczyłam, że Lagercrantz w tym tomie wyrwie się z prób naśladowania Larssona. Innymi słowy, że znajdę więcej "Lagercrantza w Larssonie", a może nawet ujrzę tam tylko jego samego. W jakimś stopniu to mu się udało, ale tylko "w jakimś". I co najgorsze, mam pełną świadomość, że autor kontynuacji nigdy, ale to nigdy nie będzie w stanie tego dokonać. I nie, nie mam tu na myśli, że nigdy nie doścignie pierwowzoru, bo akurat tego nie oczekiwałam. Byłaby to z mojej strony nie tylko pożałowania godna naiwność, ale i kompletne wariactwo (Lagercrantz nie był, nie jest i nigdy nie będzie Larssonem - warto podkreślić tę dla mnie "oczywistą oczywistość", zwłaszcza, że dla niektórych juź to takie "oczywiste" nie jest). Przeciwnie, chciałam, aby na kanwie pierwowzoru, stworzył coś naprawdę swojego (w tym właśnie upatruję idei tworzenia jakiejkolwiek kontynuacji), własnego, a przez to właśnie unikalnego. Problemem jednak jest to, że chyba moje oczekiwania z góry były nierealne. Nierealne, bo Lagercrantz siłą rzeczy zajął stanowisko Renfielda (stąd tytuł mojej opinii, oczywiście w przenośnym znaczeniu), a przecież Renfield, mimo włożonego wysiłku nigdy nie będzie Draculą. Jego starania zawsze będą jedynie próbą doścignięcia "swego mistrza", choć może w tym przypadku nie jego, ale oczekiwań odbiorców. Szacunek do autora, szacunek do nich - będzie ciągnął go, chcąc nie chcąc, w dół. I niezależnie od jego starań i elegancji w tych staraniach, bo - co jak co, ale elegancji możliwe, że podszytej: i estymą, i ostrożnością, nie można mu odmówić, zawsze w porównaniach z Larssonem będzie wypadał słabo, blado, i mimo tego będzie zmuszony nadal się na nim, na jego dziele opierać. I to chyba jest cena, jaką zawsze płacą wszyscy kontynuatorzy. To swoiste uwiązanie, które pozwala się poruszać jedynie na danym niezbyt rozległym obszarze (im utwór bardziej rozpoznawalny, charakterystyczny, lubiany, tym mniejsza przestrzeń poruszania). Przewiduję, że Lagercrantz w końcu zarzuci (zakładam, że pomimo zapewnień jeszcze pokusi się przynajmniej o jeden tom) ten, nie oszukujmy się lukratywny (to nie zarzut, nie bądźmy hipokrytami i nie udawajmy, że pisarze tworzą z pobudek charytatywnych) dla niego projekt i pójdzie własną drogą, i na tę właśnie "własną drogę" będę, może nie z niecierpliwością, ale z ciekawością, oczekiwać. Nie ukrywam, że polubiłam Lagercrantza. Polubiłam, właśnie za tę elegancję, szacunek do opisywanego dzieła, do autora, do jego miłośników. I myślę, wiem, że moje stanowisko jest odosobnione, zwłaszcza że niektórzy czytelnicy traktują "Millenium" jak "Biblię" (dla tych osób każdy "ciąg dalszy" jawiłby się, niezależnie od tego, kto podjąłby się tego zadania, jako profanacja świętości), że Larsson z tego powodu "nie przewróciłby się w grobie", na pewno nie z powodu tego, co stworzył, a czego nie stworzył Lagecrantz, a zwłaszcza sposobu, w jaki to zrobił. Zresztą pisanina na temat odczuć nieżyjącego autora wydaje mi się - delikatnie mówiąc - przegięciem, narzucaniem własnych emocji osobie, której przecież nie znaliśmy i już nie poznamy. Trochę to dla mnie - oględnie mówiąc - dziecinne. Dziwię się zatem tym wszystkim, dla których "Millenium" jest świętością, że w ogóle sięgają po kontynuacje. Mgliste tłumaczenia, pomimo odgórnego negatywnego nastawienia do całego tego przedsięwzięcia, że ciekawość (co trzeba przyznać dość niezdrowa to ciekawość, zresztą ciekawość powinien zaspokoić poprzedni tom), że przywiązanie do bohaterów Larssona (tylko, że to już siłą rzeczy nie są i nie będą "bohaterowie Larssona"), mnie nie przekonują i nie do końca jestem w stanie to zrozumieć. Bądź co bądź, nasze narodowa skłonność do narzekania na wszystko i wszystkich (tak charakterystyczne i unikatowe polskie malkontenctwo) obleczona w płaszczyk dziwnie pojmowanej moralności, w tej sytuacji rozkwita. Może w tym też tkwi sens sięgania w takim przypadku po książki Lagercrantza... Swoją drogą to interesujące, że czytelnicy tak chętnie stawiają autorowi mniej lub bardziej uzasadnione zarzuty, a gdy mają do czynienia ze szmirami, w których nic, ale to nic nie trzyma się kupy (a takich książek niestety jest na rynku wydawniczym przewaga, ostatnio ciągle wpadam na mielizny literackie), to rozpływają się nad nimi w zachwytach (i nic, ale to nic nie zauważają lub zauważają, ale to im nie przeszkadza). No ale wiadomo - de gustibus non est disputandum.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Śmierć demona

Trzeci tom z komisarz z Hanne Wilhelmsen. Intrygujący, napisany z polotem i z niewiadomą utrzymująca się do ostatniego zdania. Również do przem...

zgłoś błąd zgłoś błąd