Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

#upał

Wydawnictwo: Znak
6,3 (94 ocen i 26 opinii) Zobacz oceny
10
2
9
5
8
16
7
25
6
19
5
14
4
7
3
2
2
2
1
2
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788324045716
liczba stron
320
słowa kluczowe
literatura polska
język
polski
dodała
Ag2S

Fikcja bardziej bolesna niż rzeczywistość. Wszystko dzwoni, pika, wibruje. Klikasz, odbierasz, gnasz. Zewsząd dopadają cię setki newsów. Nie pamiętasz, co czytałeś, dlaczego, gdzie, po co. Uwięziony w wirtualnym świecie nie dostrzegasz odległej o milion lat świetlnych rzeczywistości, aż w brutalny sposób przypomni ci o swoim istnieniu. "#upał" to opowieść o pułapce, w którą wpaść może...

Fikcja bardziej bolesna niż rzeczywistość.

Wszystko dzwoni, pika, wibruje. Klikasz, odbierasz, gnasz. Zewsząd dopadają cię setki newsów. Nie pamiętasz, co czytałeś, dlaczego, gdzie, po co. Uwięziony w wirtualnym świecie nie dostrzegasz odległej o milion lat świetlnych rzeczywistości, aż w brutalny sposób przypomni ci o swoim istnieniu.

"#upał" to opowieść o pułapce, w którą wpaść może każdy, o sieci, którą na nas zastawiono, o (nie)obecności, pracoholizmie, manipulacji. Autor z wirtuozerią i pozorną lekkością prowadzi czytelnika do piorunującego finału.

 

źródło opisu: http://www.znak.com.pl/

źródło okładki: http://www.znak.com.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 115
Wunderfuchs | 2017-08-04
Na półkach: Przeczytane

Uwielbiam, jak książka mnie sponiewiera. Jak boli, bo to oznacza, że rosnę.

Na początku #upał bawił. Znam trochę środowisko medialne, tę pełną pustosłowia nowomowę, do której autor ma niezwykłe ucho. Uśmiechałam się do niezwykle celnych obserwacji nie tylko środowiska dziennikarzy, ale i odbiorców mediów. Przyglądałam się Fejowi, irytującemu do granic możliwości, z niewiadomych przyczyn niezwykle zadowolonemu z siebie ćpunowi, informacyjnemu wampirowi, któremu ciągle jest mało, który musi non stop podniecać się kolejnymi informacjami, żeby poczuć, że żyje. Zastanawiałam się - czy aby nie jest przegięty? Czy tylko - jakby sam napisał w jakimś statusie, tłicie albo artykule - "skupia się w nim jak w soczewce problem..."?
A potem przyglądałam się sobie, a uważam się raczej za osobę niezwariowaną na punkcie nowych technologii, social media itp. Nie rozumiem snapchata (za stara jestem), nie postuję na fejsie, nie mam konta na tłiterze, nie oglądam jutuberów. Ale kiedy stoję na przystanku, scrolluję facebooka, przeglądając nie wiadomo który raz te same błahe i nic nie wnoszące wrzutki znajomych z komunikacyjną sraczką. Dlaczego? Czy świat dookoła jest aż tak szary i beznadziejny, że inaczej nie da się go znieść, niż tylko w formie zapośredniczonej przez media? A może robię to, żeby nie zostać na chwilę samą z własnymi myślami? Irytuję się, kiedy ktoś nie odbiera telefonu. Irytuję się, kiedy dzwoni ktoś, z kim nie chcę rozmawiać. Irytuję się, kiedy strona internetowa długo się ładuje. Irytuję się, bo szkoda mi czasu na reklamy. Może ja też jestem choć trochę taka, jak Fej? Trochę się przestraszyłam. Nie chcę być taka, jak Fej.
Tempa, w jakim żyje Fej nie da się znieść. Do tego stopnia, że dopiero pod koniec książki zorientowałam się, że akcja dzieje się jednego dnia. Wiruje wokół niego confetti nic nieznaczących zdarzeń, które dla niego mają wartość fundamentalną. Nerwicowo, kompulsywnie kolekcjonuje zdarzenia, jest hoarderem informacji, zbiera je niczym skarby, chociaż to zwykłe śmiecie. I na koniec się tym confetti udławi. Nie da się nie zauważyć, że coś tu zmierza do katastrofy. Całe miasto, świat grzeje się do czerwoności, pędzi gdzieś w lawinie zdarzeń, a Feja - i czytelnika - zaczyna dręczyć myśl, że coś jest nie tak.
I kiedy katastrofa przychodzi, jest tak bardzo boleśnie niemedialna. Nie popkulturowa. Niedramatyczna. Nie zapadnie się żaden wieżowiec, nie wybuchnie bomba, nie rozpęta się piekło. Wydarzy się coś tak strasznie banalnego, że czytelnikowi na chwilę stanie serce. Bo to, co się wydarzy, jest w swojej banalności dużo bardziej przerażające, niż wszystkie potwory z horrorów Stephena Kinga, rzygający czarną mazią opętani, żywe trupy, wszyscy psychopaci z filmów typu "Piła", seryjni mordercy, bestie i wampiry z tandentych kryminałów pisanych na metry.
W swoją ostatnią drogę Fej nie zabierze telefonu. Za późno, można by się wyzłośliwić, chociaż na koniec czytelnikowi przechodzi ochota utopienia go w szalecie. Fej zostanie wreszcie sam ze sobą i z tym, co się stało. I nie zazdroszczę mu towarzystwa.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Katastrofa

Science-fiction mojego dzieciństwa. Trochę się bałem, czytając tę książkę w wieku 12 czy 13 lat. Teraz miło się do niej wraca. To zupełnie inny, abstr...

zgłoś błąd zgłoś błąd