Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Barbarzyńca w ogrodzie

Wydawnictwo: Zeszyty Literackie
7,67 (779 ocen i 69 opinii) Zobacz oceny
10
76
9
178
8
169
7
237
6
62
5
28
4
9
3
15
2
2
1
3
Darmowe dodatki Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788391797990
liczba stron
223
język
polski

Inne wydania

Czym jest ta książka? Zbiorem szkiców. Sprawozdaniem z podróży. Pierwsza podróż realna po miastach, muzeach i ruinach. Druga poprzez książki dotyczące widzianych miejsc. Te dwa widzenia, czy dwie metody, przeplatają się ze sobą.

 

książek: 67
Ania Kantorczyk | 2017-04-26
Na półkach: Przeczytane, Ulubione
Przeczytana: 26 kwietnia 2017

„Barbarzyńca w ogrodzie” to zbiór 10 esejów Herberta, które są owocem jego podróży po Europie w latach 1958 – 1960. Wraz z „Martwą naturą z wędzidłem” i „Labiryntem nad morzem” tworzą trylogię, która dotyka głębi kultury, z której my Europejczycy, wyrośliśmy.
Gdybym to ja miała możliwość nadania tytułu tej książce, nazwałabym ją raczej „Ogród w barbarzyńcy”. Czemu?

W dzisiejszych czasach, żyjemy szybko, chaotycznie, z nastawieniem na konsumpcję. Żyjemy wśród rzeczy i śmieci. Wraz z tym zmienia się nasz język, który z narzędzia komunikacji przeistacza się w żelbetonowy bunkier. Zaśmiecamy naszą mowę wulgaryzmami, makaronizmami, kalkami z obcych języków. Jednocześnie zapominamy o naszych polskich, pięknobrzmiących odpowiednikach. Stajemy się barbarzyńcami własnej kultury. W tym momencie Herbert podaje nam na tacy kwintesencję wspaniałej, czystej polszczyzny, nieskażonej żadnymi „zarazkami”. Stanowi ona swoisty ogród, w którym głęboko zakorzenione jest piękno słów. Ich smak i zapach próbują przebić się do tej dzisiejszej, „barbarzyńskiej” natury człowieka. Z ogromnym skutkiem zresztą.
Oczywiście książkę cenię wysoko nie tylko za jej walory językowe, ale także ze względu na jej ogromną wartość literacką. Autor oprowadza nas po świecie, który czasy świetności ma już za sobą. Podobnie jak Dante wraz z Wergiliuszem zwiedzał najciemniejsze zakątki tamtego świata, tak i Herbert razem z czytelnikiem podróżuje po najbardziej zakamuflowanych i zapomnianych miejscach w Europie. I w taki sposób błądzimy od prehistorycznego Lascaux, poprzez Arles, brązowozłote Orvieto, Sienę aż do samego serca Francji - bajecznego Valois.

Każdy esej to jeden wielki kosz, w którym mieszczą się nie tylko malownicze opisy odwiedzanych miejsc, ale także ich historie, ludzie, podziw skierowany ku monumentalnym wytworom ludzkich rąk, przywrócona pamięć o zakurzonych dziełach sztuki. A wszystko to przeplatane jest opowieściami o zwyczajach kulinarnych, pogodzie, degustacji wina.
Każdy opis zamieszczony w książce w pełni oddaje jego rzeczywisty kształt. Wystarczy wsłuchać się w słowa i zamknąć oczy aby usłyszeć gwar miasta, ujrzeć ponury pochód inkwizytorów, poczuć pod palcami chropowatość murów. Z pozoru ich treść może wydawać się chaotyczna, lecz każdy kto zostanie z lekturą na dłużej, właśnie w tym nieporządku ujrzy wyklarowany obraz całości.

Najpiękniejsze w książce jest to, że autor pisze ją z pozycji zwykłego człowieka - podróżnika, który dzieli się z nami swoimi przemyśleniami. Herbert nie bawi się w wielkiego znawcę sztuki. Stara się podawać nam pewną wiedze teoretyczną, lecz w zupełnie inny sposób, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Robi to na tyle umiejętnie, że czytając, tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, że przyswajamy przy okazji pokaźny kawał wiedzy na temat szeroko pojętej cywilizacji. Liczne dygresje, barwne historie ludzi z tamtych lat, bunt, zachwyt nad prostotą – to właśnie sprawia, że małego formatu książka uczy nas dużo więcej niż akademickie tomiszcze.

Mimo, że wszystkie eseje są niezwykle wartościowe, to według mnie jedne z nich zasługuje na szczególną uwagę. „Arles” to nie tylko bastion nie istniejącego imperium i otwarte drzwi i okna pełne muzyki. To przede wszystkim pomnik wystawiony Van Goghowi - niedocenionemu za życia artyście oraz pokłon oddany małej katedrze, wciśniętej pomiędzy mury domów. Herbert pokazuje nam rozkwit tej małej mieściny od czasów średniowiecznych. Z właściwą sobie pasją opowiada nam o żywych tam tradycjach antycznych, koronacji Fryderyka Rudobrodego, geniuszu Mistrala. Nad całym tekstem ciąży niczym klątwa, woń tamtejszych win, ryb, oliwek. Bez ogródek można nazwać go pięknem w czystej postaci.
Mimo, że książkę mogłabym postawić na najwyższej półce w bibliotece, uważam, że nie jest ona lekturą dla wszystkich. Jeżeli ktoś stara się znaleźć w niej przewodnik podróży po Europie – zawiedzie się. Podobnie odrzucą ją osoby, dla których malarstwo, architektura i rzeźba to tematy na okazyjne spotkanie przy piwie. Żeby zrozumieć głębię Herberta należy – podobnie jak on – należeć do grona pasjonatów sztuki, filozofów lub miłośników pięknej polszczyzny.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Slider

Mamy tutaj historię o Annabelle, pielęgniarce, która jest samotna, nie ma rodziny zaszyła się w swojej skorupie, po starcie swoich rodziców gdy była...

zgłoś błąd zgłoś błąd