Książka roku 2017
w kategorii:
Science fiction
1 030 głosów
Powiększ
6,56 (1563 ocen i 301 opinii) Zobacz oceny
10
46
9
99
8
270
7
426
6
375
5
200
4
84
3
46
2
13
1
4
Edytuj książkę
szczegółowe informacje

Wyobraź sobie, że jest pierwiastek, który stanowi niewyczerpane źródło energii. Dwa tiry tego surowca starczą, by zapewnić energię elektryczną dla USA na cały rok. Jest tylko jeden problem… Złoża znajdują się na Księżycu. Rok 2058. Zdehumanizowany świat, gdzie omnifony zastąpiły więzi społeczne, filmiki z MegaNetu wyparły media i kulturę, a iwenciarze stali się bogami informacji. Świat,...

Wyobraź sobie, że jest pierwiastek, który stanowi niewyczerpane źródło energii.
Dwa tiry tego surowca starczą, by zapewnić energię elektryczną dla USA na cały rok.
Jest tylko jeden problem… Złoża znajdują się na Księżycu.

Rok 2058.
Zdehumanizowany świat, gdzie omnifony zastąpiły więzi społeczne, filmiki z MegaNetu wyparły media i kulturę, a iwenciarze stali się bogami informacji.
Świat, gdzie koncerny i rządy podzieliły się władzą w hodowaniu miliardów bezrefleksyjnych konsumentów, staje na krawędzi konfliktu.

Norbert, iwenciarz z zasadami, wierzy, że mocna i odpowiednio podana informacja może wstrząsnąć i obudzić społeczeństwo. Tylko czy jednostka rzucona między stalowe walce systemów jest w stanie przeżyć dostatecznie długo, by coś zmienić?

 

źródło opisu: materiały wydawnictwa

źródło okładki: materiały wydawnictwa

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 2173
Janusz Szewczyk | 2017-03-16
Przeczytana: 16 marca 2017

Nowa książka J. Grzędowicza wydaje się cieszyć dużą popularnością, chociaż autor porzucił w niej fantasy na rzecz SF. Poprzedni cykl autora, "Pan lodowego ogrodu", był bardzo udany, nawet jeśli obiecywał na początku dużo więcej niż autor potrafił dostarczyć konstruując nagłe, pośpieszne i nieciekawe zakończenie. Bez większego wahania postanowiłem wiec sprawdzić jak autor radzi sobie z SF, bo jego wcześniejszych dokonań na tym polu nie znałem. Niestety, autor sobie nie radzi i książkę tę, pomimo wielu ciekawych pomysłów i interesującego opisu bliskiej przyszłości, uważam zdecydowanie za porażkę.

Niemiłe wrażenia z lektury zaczynają się, jak to zwykle bywa, od fałszywego opisu okładkowego i samej okładki, eksponujących księżycowe przygody bohatera. Zarówno jedno jak i drugie sugerują, że mamy do czynienia z fantastyką naukową opartą o genialne odkrycie niezwykle wydajnego paliwa, którego złoża pechowo znajdują się na Księżycu. Owszem, takie odkrycie pojawia się w tle powieści, ale 75% fabuły nie ma z nim żadnego związku. Tak naprawdę treść zgodna z opisem okładkowym zajmuje pięć albo może cztery ostatnie rozdziały książki. Spodziewałem się zupełnie odwrotnych proporcji i kit wciskany w opisie irytował mnie coraz bardziej w miarę postępów w czytaniu, chociaż sama treść nie była taka zła.

Autor początkowo opisuje mocno nasiąkniętą prawicową ideologią, szyderczą ekstrapolację obecnie panujących trendów polityczno-społecznych, stanowiącą tło dla sensacyjnej akcji. Wizja ta jest niezbyt odległa czasowo, a jednym z jej elementów jest powstanie nowej grupy zawodowej - odpowiedników dzisiejszych dziennikarzy śledczych, youtuberów i paparazzich (trzy w jednym), zarabiających na sprzedaży sieciom informacyjnym i wrzucaniu do sieci materiałów filmowych, prezentujących sensacyjne, skandaliczne albo z innych przyczyn interesujące "iwenty".

Fabuła koncentruje się na całkowicie ziemskich i pozbawionych związku z Księżycem przygodach jednego z iwenciaży, oczywiście polskiego pochodzenia. W tle mamy świat, który doprowadził do absurdu większość głupot już teraz ograniczających wolność człowieka dla jego dobra. Niektóre z pomysłów Grzędowicza są celne i zabawne (rozbawiły mnie np. aplikacje zliczające spożycie cukru, bez których pozytywnego raportu nie wolno było kupić sobie pączka - pomysł niechybnie wywiedziony ze współczesnych zakazów handlu drożdżówkami w szkołach i idei wyższego opodatkowywania obywateli, którzy nie chcą jeść wyłącznie tego, co władza uważa za jedynie słuszne). Świat zezwoleń, ograniczeń, limitów, ograniczonego rozwoju w imię dobra wspólnego, patentowania roślin uprawnych przy równoczesnym zakazie kupowania nieopatentowanych nasion itd. itp. Trudno tu odmówić Grzędowiczowi racji, skoro cała ta patologia zaczyna nas otaczać już teraz w przeróżnych postaciach, poczynając od przepisów regulujących dopuszczalne skrzywienie banana a skończywszy na ustawowym przymuszaniu obywateli do działań korzystnych dla różnych lobbystów. Autor, po części szyderczo a po części przerażająco, opisuje konsekwencje radosnej działalności służb państwowych i przeróżnych oligarchii, nie pozostawiając suchej nitki na politykach i korporacyjnych bogaczach, pokazując ich zbydlęcenie, kompletny brak skrupułów i nieliczenie się z niczym oprócz własnej władzy. Zaczątki takich dobrych zmian i temu podobnych zjawisk widzimy na co dzień, a w książce pokazane są po prostu możliwe skutki pomysłów, które współcześnie próbują wprowadzać politycy i lobbyści, jak choćby podatku katastralnego, rujnującego posiadaczy domów. Obok tego pojawiają się też elementy przeróżnych teorii spiskowych (szczepienia jako przymusowy środek wykorzystywany przez rządy do ludobójstwa), które można obśmiewać, ale trudno też zaprzeczyć, że istnieje sporo grono ludzi, które w nie wierzy. Ta pierwsza część powieści podobała mi się, pomijając rozczarowanie związane z jej kompletnym brakiem związku z okładkowymi deklaracjami.

Druga część powieści - ta zilustrowana na okładce - liczy zaledwie kilka rozdziałów i kończy się w sposób, który powoli zaczynam uważać za typowy dla Grzędowicza. Z szumnych zapowiedzi eksplozji pozostaje nam jedynie smętny niewypał, a co gorsza, w ostatnim rozdziale autor wykonuje woltę fabularną z zupełnie innej bajki co powoduje, że całość staje się bezsensowna. Konstrukcja fabuły sprawia wrażenie zaprojektowanej na kolanie (nie)wielkiej improwizacji.

Poza tym w książce znajdziemy typowe dla Grzędowicza motywy. Niektóre głupie - wszyscy palą i rozkoszują się dymieniem (przypominam, że dzieje się to w świecie, w którym na zakup pączka potrzeba zezwolenia nadzorczego programu ministerialnego, ale fajki można kupić bez problemu), a niektóre miłe, jak choćby pochwały polskiego (i nie tylko), tradycyjnego jedzenia jako kontrastu dla zaleceń rządowych (nie wnikam w cholesterol i benzopireny).

Dodałem jedną gwiazdkę za umieszczenie w fabule jednej z niegdyś przeze mnie ulubionych piosenek Electric Light Orchestry, ale potem odjąłem jedną za używanie mojego imienia w tekście jako symbolu głupoty. Zostało pięć. Być może za dużo.

Podsumowanie: niespójna konstrukcja książki przypomina zlepek niekompatybilnych pomysłów, z których najbardziej szczegółowo opisane są bynajmniej nie te opiewane przez marketingowców z okładki jako główny temat książki. Mam wrażenie jakby Grzędowicz przerwał pisanie tej książki w połowie i dokleił do niej niedokończone pomysły z innej powieści. Samo zakończenie z pewnością nadaje nowy wymiar terminowi "deus-ex-machina" i jest najzwyczajniej w świecie bezsensowne.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Galaktyczny druciarz

Galaktyczny Druciarz…tak… od czego by tu zacząć…Początkowo moja opinia miała liczyć ledwo 140 znaków, ale rozrosło się to do gigantycznych rozmiarów....

zgłoś błąd zgłoś błąd