Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Jadąc do Babadag

Seria: Poza serią
Wydawnictwo: Czarne
6,7 (1420 ocen i 104 opinie) Zobacz oceny
10
54
9
138
8
216
7
456
6
271
5
159
4
44
3
57
2
12
1
13
Darmowe dodatki Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
8389755017
liczba stron
321
kategoria
Literatura piękna
język
polski

Książka o podróży przez zapomnianą Europę. Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia, Słowenia, Albania, Mołdawia przez te kraje wiedzie trasa. Samochodem, autostopem, pociągiem. Ale jednocześnie jest to podróż w głąb świadomości mieszkańca tej części Europy, która zawsze była uważana za gorszą, zapóźnioną, prymitywną i zacofaną.

 

źródło opisu: http://czarne.com.pl/

źródło okładki: http://czarne.com.pl/

książek: 1864
Akasha89 | 2017-06-27
Przeczytana: 27 czerwca 2017

Andrzej Stasiuk jest polskim pisarzem, poetą, publicystą, eseistą i dramaturgiem. Był wydalany z liceum ogólnokształcącego, technikum i zasadniczej szkoły zawodowej. We wczesnych latach 80-tych zaangażował się w działalność Ruchu Wolność i Pokój. Zdezerterował z wojska, za co półtora roku spędził w więzieniu. W 1987 roku wyjechał z Warszawy i zamieszkał w Wołowcu, w Beskidzie Niskim. Laureat takich nagród jak: nagroda Fundacji Kultury, Fundacji Kościelskich, im. S.B. Lindego, Nike i im. Arkadego Fiedlera (Bursztynowy Motyl). Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków m. in. na angielski, fiński, francuski, holenderski, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski, włoski, czeski i rumuński. Wraz z żoną Moniką Sznajderman (z zawodu antropolog kultury) prowadzi Wydawnictwo Czarne, specjalizujące się w reportażach i literaturze środkowoeuropejskiej.

Andrzej Stasiuk to iluzjonista przestrzeni. Zaklinacz czasu. Czarodziej słów. Według niego „(...) życie składa się raczej z okruchów teraźniejszości, które zapadają w pamięć, i tak naprawdę tylko z tego składa się nasz świat”. Stasiuk wędruje po wschodzie Europy, kolekcjonuje te okruchy, nawlekając je misternie na nitkę jak korale, które osobno niewiele znaczą, lecz zebrane razem dają pojęcie o całości. Relacja z jego wędrówki wciąga, „Jadąc do Babadag” czyta się jak modlitwę – spodziewamy się, co będzie dalej, ale dajemy się porwać hipnotyzującym słowom, w których kryje się bezpieczeństwo tego, co znajome.

Stasiuka ciągnie w tę stronę świata (Rumunia, Węgry, Słowacja, Mołdawia, Albania, Ukraina), ponieważ to tam bije serce jego Europy, a równocześnie jego własne. Odnajduje w tych miejscach zapachy dzieciństwa, atmosferę zapamiętaną z dalekiej przeszłości, której nie ma i nie jest pewne, czy w ogóle istniała. To bezpieczny azyl, jak powracający sen, z którego człowiek nie chce się wybudzać. A mimo to, jego podróże niosą często obrazy nieprzyjemne, przygnębiające. Najczęściej idealizujemy swoje dzieciństwo, a pamięć bywa błogosławieństwem, zwłaszcza gdy wymazujemy z niej nieprzyjemności, karmiąc się sielanką, jak słodkim miodem. Stasiuk ma tego świadomość, a szczególne poczucie beznadziei i bezradności dopada go czasem w niektórych miejscach i zapewne też przypomina przeszłość. Każda podróż opisana w tej książę (bo to nie jest jedna ciągła podróż) jest poematem ku mocy pamięci. „Bo czym w końcu jest pamięć, jeśli nie wieczną wymianą nominałów, nieustannym dzieleniem i wydawaniem, w nadziei, że bilans się zgodzi, że to, co było, powróci bez manka, w całości, nienaruszone, a może i oprocentowane przez miłość i tęsknotę”.

Niestety pamięć zawodzi, bywa kapryśna i płata figle. „Wszystko trzeba wymyślać od nowa, ponieważ dni nie mogą przepadać w przeszłości, wypełnione jedynie pejzażem, nieruchomą, niezmienną materią, która w końcu strząśnie nas ze swego cielska, strzepnie jak te wszystkie incydenty, te twarze oraz istnienia nie dłuższe niż jedno spojrzenie”. Stasiuk bardzo się stara te wszystkie „okruchy teraźniejszości” utrwalić na kliszy fotograficznej, ale przede wszystkim w umyśle i sercu. Dla niego każdy człowiek zasługuje na uwagę i kilka słów, każdy krajobraz, każda zaobserwowana scenka. Impresje autora czyta się tak, jakby człowiek wyciągnął ze strychu wielkie pudło ze starymi fotografiami i w nudne popołudnie machinalnie je przeglądał, bo zna wszystkie na pamięć i zatrzymuje wzrok na dłużej tylko na tych wybranych. Tak samo dawałam wyjść z niebytu i zaraz znów wrócić w niebyt wielu scenkom malowanym przez Stasiuka. Te, które przyciągnęły moją uwagę, to perły i choćby dla takiej jednej warto „Jadąc do Babadag” przeczytać.

„Tak sobie rozmyślałem o ostatnim przyzwoitym micie czy też złudzeniu przykładanym na rany i otarcia bezdomności w tym coraz bardziej bezprizornym świecie. Oczywiście, były to myśli pięknoducha, niemniej jednak oddawałem się im z wielką przyjemnością gdzieś między Nagykállo i Mátészalka pod purpurowym niebem zachodu. Wyobrażałem sobie, że ta purpura to łuna płonącego Wiednia, który na koniec funduje swoim peryferiom i prowincjom ostatnie widowisko, i w gigantycznym auto da fé poświęca swoje wypicowane sklepy, witryny przy Graben, swoich archetypicznych mieszczan z psami na porannych spacerach, swoje wspomnienia i bezbrzeżny smutek wiejący jak wiatr przez Hofburg i przez plac Marii Teresy, i zostawia co najwyżej Café Havelka i nocny kiosk z kiełbaskami na placu świętego Stefana. Tak sobie myślałem sentymentalnie między Nagykállo i Mátészalka, próbując zaprojektować efektowny i heroiczny koniec dla świata, który rozpadł się ze zwykłej starości.”

Momentami piękno opisywanego krajobrazu i ludzi przywodzi na myśl rumuński, pełen soczystości film „Katalin”, chwilami z kolei ohyda mierziła, jak ponure filmy Beli Tarra. W życiu bowiem piękno idzie w parze z brzydotą, nadzieja z rozpaczą, życie jest o krok od śmierci, a my wszyscy tkwimy w samym środku ze wszystkich sił próbując nie zwariować. „Do Nagykállo przyjechaliśmy, ponieważ – według przewodnika – "na końcu długiego i upiornie pustego placu" miał tutaj stać szpital psychiatryczny. Pomyślałem, że to może być jakaś fizycznie zrealizowana metafora, metafora wschodu Europy. Wyobraźnia podsuwała obraz wielkiego pylistego majdanu okolonego przez rozsypujące się domy. Przez plac od czasu do czasu przeciągają oddziały w najróżniejszych mundurach, ale nigdy nie pozostają na dłużej, niż tego wymaga gwałt albo rabunek. Odjeżdżają i rozgrzany kurz równiny natychmiast kryje jeźdźców. Z okien szpitala szaleńcy patrzą w ślad za nim i tęsknią, ponieważ w tych wschodnich stronach władza, przemoc i obłęd żyły od zawsze w związku przypominającym konkubinat, a czasem wręcz legalne małżeństwo”.

Stasiuk jest mistrzem w przemycaniu strzępów historii w swoich obserwacjach i refleksjach. U niego nie ma dat, prawie nie ma nazwisk, jest zaledwie cień wielkich i ważnych wydarzeń. Pomimo tego czytelnik kończy lekturę mądrzejszy niż po wielu lekcjach historii w szkole oraz pełen pokory, ponieważ historia nie jest czarno-biała, nie stawia wcale celnych pytań i nie daje jasnych odpowiedzi. Stasiuka cechuje mądrość osoby, która nie nałykała się jej z książek (choć widać też, że czyta ich naprawdę dużo), ale ma po prostu łeb na karku oraz otwarte oczy i uszy. Potrafi też, co nie jest takie częste, wyciągać celne wnioski. Polubiłam Stasiuka za to, że nie przechwala się swoją wiedzą, nie popisuje doświadczeniem, nie próbuje przekonywać czytelnika, że jego racja jest tą jedyną słuszną. Można się z nim nie zgadzać, można mieć odmienny punkt widzenia, ale to w niczym nie przeszkadza. Ze stron „Jadąc do Babadag” bije wielki respekt dla czytelnika, jego inteligencji i zdolności rozumienia świata, jego głodu przyswojenia prawideł, jakimi może rządzić się świat (przy równoczesnym westchnieniu, że owe prawidła najpewniej są kolejnym mitem, figlem spłatanym przez „mądre głowy” i kolistość historii) i tolerancji. Stasiuk po prostu dzieli się z czytelnikiem swoimi spostrzeżeniami, otwiera się przed nim, każąc uczuciom i rozmyślaniom toczyć się swobodnie, co tworzy pewien intymny nastrój. „Jadąc do Babadag” to piękna i bardzo mądra lektura, napisana niezmiernie liryczną, bezbłędną polszczyzną, za którą wielu czytelników tęskni w dobie powszechnego niechlujstwa językowego. Raczyłam się tą książką powoli i to samo zalecam innym. Trudno mi się z nią rozstać i chcę jej atmosferę zachować w sobie, wracać do niektórych scenek jak do fotografii z pudła na strychu. Ta książka to literatura na najwyższym poziomie.

Recenzja znajduje się również na blogu straszliwabuchling.blogspot.com

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dygot

Styl pisarski z lat 60-70, może tak miało być, ale nie dałem rady. Odłożyłem, aby nigdy już do niej nie wrócić.

zgłoś błąd zgłoś błąd