Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Upadek Hyperiona

Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Cykl: Hyperion (tom 2)
Wydawnictwo: Mag
8,18 (1582 ocen i 79 opinii) Zobacz oceny
10
293
9
459
8
350
7
314
6
96
5
47
4
8
3
11
2
2
1
2
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Fall of Hyperion
data wydania
ISBN
9788374800877
liczba stron
714
język
polski

Inne wydania

Najsłynniejsza obok Diuny powieść science fiction. Intruzi atakują Hegemonię, niszcząc kolejne planety. Ludzkość walczy już nie o zwycięstwo, lecz o przetrwanie. Na Hyperionie pielgrzymi docierają do Grobowców Czasu, gdzie przekonują się, że prawdziwym przeciwnikiem ludzkości są digitalne istoty stworzone w odległej przyszłości przez informatyczne bóstwo. Teraz wytworzyły własną osobowość i...

Najsłynniejsza obok Diuny powieść science fiction. Intruzi atakują Hegemonię, niszcząc kolejne planety. Ludzkość walczy już nie o zwycięstwo, lecz o przetrwanie. Na Hyperionie pielgrzymi docierają do Grobowców Czasu, gdzie przekonują się, że prawdziwym przeciwnikiem ludzkości są digitalne istoty stworzone w odległej przyszłości przez informatyczne bóstwo. Teraz wytworzyły własną osobowość i dysponują niewyobrażalną potęgą, zdolną dokonać gigantycznych zniszczeń...

 

źródło opisu: Wydawnictwo Mag, 2008

źródło okładki: http://www.mag.com.pl/ksiazka-1,2,131,138,609--0-0...»

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 0
| 2011-07-06
Przeczytana: 29 czerwca 2011

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

Każdy, jakkolwiek by uważał, że nie potrzebuje w swym życiu siły wyższej, ażeby w odniesieniu do niej tłumaczyć swe sukcesy i porażki, stwarza sobie pewne wyobrażenie Boga i w jego imię, usprawiedliwiając się nieraz przed sobą i innymi, próbuje z lepszym bądź gorszym skutkiem, porządkować wszechświat swego istnienia. Bóg może być pojmowany wielorako, ilu ludzi, tyle nazw, epitetów czy też wykrzykników. Pojęcie równe substancji a pod każdą, jakby na to nie patrzeć -- jednostkowa wiara w to, że nie wszystko od nas zależy, lecz kiedy już nam się wiedzie, znaczy to, że ktoś lub coś nam sprzyja.

W powieści Simmonsa jest ów temat na tyle pięknie zachowany i prowadzony poprzez dzieje głównych postaci, iż naturalnym jest rozważanie odwiecznej zagadki: Skąd możemy wiedzieć, co komu pisane i jak wiele od Nas -- a nie od Niego -- zależy? Jest to pierwszy z paradoksów omawianych w drugim tomie galaktycznej sagi; paradoks nic nieznaczących postaci, których dopiero "droga" czyni bohaterami.

O wielkości człowieka nie świadczy zatem jego wzrost, płeć, wiek czy też zasobność portfela, ale tajemniczy pierwiastek, z którym przychodzimy na świat lub nie, i tylko w szczególnych okolicznościach jest on w stanie się przebudzić. Takie odniosłam wrażenie, kiedy śledząc dalsze losy ośmiu pielgrzymów wędrujących do Grobowców Czasu, w przede dniu ich otwarcia, miałam okazję wadzić się w duchu z autorem na metafizycznym polu. I choć nie obyło się bez zgrzytów, przyznaję ze skruchą, że w ostateczności imć Simmons zjednał mnie swej osobie, zdumiał nie mniej niż oczarował. To dzięki jego pasji, którą z początku brałam za rodzaj fetyszyzmu, przebudził się we mnie głód poezji.

Moc odniesień do katolicyzmu, łączenie dogmatu trójcy świętej z teilhardowską koncepcją ewolucji ducha i materii, a nawet hipotezą iż ludzkość wśród gwiazd przypomina "nasiona-życia" Castanedy, na wskroś przenika akcję i wypowiedzi bohaterów; samo założenie, że jedna z trzech postaci Boga ukrywa się w Sieci pod ludzką postacią i to właśnie przez wzgląd na nią rozpętała się cała ta kosmiczna burda, wydaje mi się nad wyraz oryginalna. Na pewno jednak nie zgodzę się z postrzeganiem rodzaju ludzkiego jako nowotworu wysysającego z kosmosu jego żywotne soki; raka, którego należałoby usunąć (ergo -- zniszczyć).

Pomimo to jestem zadowolona z ewolucji jaką przeszedł sam Chyżwar: od przerażającej bestii, pół-boga, pół-maszyny, szlachtującego wszystko, co się rusza na drobne paseczki, ku narzędziu ujawniającemu alienującą się Empatię na drodze jej uniwersalnej przemiany. Druga część wyjaśnia w sposób zadowalający znaczenie i posłannictwo tego skomplikowanego tworu a słowa:

"Chyżwar jest katalizatorem. Jest jak oczyszczający ogień, który wypala skarłowaciały, zbyt gęsty las" -- Tamże; s. 516) -- można rozumieć na wiele sposobów.

Czasami tylko sny odróżniają nas od maszyn, tak pisze autor. Jak zatem nazwać wysuwającą się na pierwszy plan Meinę Gladstone (przewodniczącą WszechJedni; rodzaj senatu Sieci, w której żyje człowiek, a nadmienić warto, że Sieć składa się z dwustu zamieszkałych planet rozproszonych po uniwersum), której chroniczny brak snu, tak jak moja bezsenność, zakrawa momentami na kpinę, a już na pewno bywa denerwująca? Nijak. Meina w odróżnieniu od drugiej, kluczowej postaci tego dramatu jest człowiekiem z krwi i kości, i to właśnie na jej barkach spoczywa los ludzkości. Dla zrozumienia fabuły ważne jest aby przyporządkować role tych dwojga zgodnie z ich naturą.

Meina odpowiada za ludzkość w jej doczesnej wędrówce przez czas i przestrzeń. Zdaje sobie ona sprawę, że wiele milionów ludzi zapłaci życiem za jej pomyłki, lecz gotowa jest ponieść koszty, ażeby nasz gatunek całkiem nie wyginął, zniszczony przez rzekomych Intruzów.

Natomiast ukrywający się pod pseudonimem Joseph Severn (alias wskrzeszony John Keats*), ma za zadanie coś zgoła odmiennego, choć równie ważnego dla istnienia Cywilizacji, a mianowicie przygotowanie drogi tej, która przyjdzie po nim* (te niedwuznaczne słowa jako żywo odnoszą się do pseudo mesjanistycznych aluzji autora).

Tylko kto tak naprawdę zagraża Sieci, jaki rodzaj przemiany czeka ludzkość i czy zatopieni w bezsensie cierpienia pielgrzymi osiągną w końcu wyzwolenie, czy może ich trud pójdzie na marne? Takie nurtowały mnie pytania przez niemal większą część danej książki.

Dołóżmy do tego motyw cierniowego drzewa, na którym wiją się w nieprzerwanej agonii rzesze ludzi z różnych epok, w tym trafi nań jeden z pielgrzymów; przemieszczającą się w datasferze TechnoCentrum parę kochanków, których poszukiwanie odpowiedzi przypomina nieco fabułę Ghost in the Shell; kopię Starej Ziemi, która w rzeczywistości kopią nie jest i związany z tym przekręt* żerującej na ludzkiej ignorancji megasferze oraz wspomniany przeze mnie wcześniej Paradoks Abrahama, do którego wyprowadzenia dochodzi jeden z pielgrzymów, niejaki Sol Weitraub załamany zbliżającą się śmiercią córki (cytat i akapit poniżej) a jestem pewna, że nie tylko mnie zakręci się w głowie.

"Nie będzie już żadnych ofiar, ani tych składanych z dzieci, ani z rodziców. Nikt nie będzie się już poświęcał. Czas posłuszeństwa i pokuty minął, i nigdy nie powróci. (...) Ludzkość dość się już wycierpiała przez swoje umiłowanie bogów i długie poszukiwania Boga" -- Tamże; s. 335.

To Bóg zasłużył w oczach Abrahama, aby stać się jego bogiem, być mu posłusznym i wiernym przez to, że powstrzymał go przed zabiciem Izaaka (Paradoks Abrahama!).

Jednego nie można odmówić Simmonsowi, pomimo licznych wstawek poetycko-filozoficznych, które niewprawne oko mogą nużyć (nie mówię o sobie), iż posiada on ogromną wyobraźnię i umiejętność obracania na swą korzyść -- bawiąc się naiwną wiarą czytelnika -- słabości i potknięć, w silne strony swej powieści. Tak że kiedy przychodzi finał łatwo można wybaczyć autorowi owe nieścisłości, gdyż tak pięknie czaruje widza fantazją, iż nie mamy czasu ochłonąć; chcemy więcej...

Przekonywać sympatyków sf do twórczości Simmonsa chyba nie trzeba, tak mi się wydaje; z kolei ludzi, którzy nie gustują w tym gatunku nie warto, bo i tak nie pojęliby przesłania. Myślę zatem, że ograniczę się wyłącznie do subiektywnej oceny, która waha się pomiędzy ostrożną akceptacją a fascynacją. Simmons nie jest moim ulubionym pisarzem sf, gdyż gustuję w nieco odmiennej stylistyce, niemniej podziwiam i doceniam jego wizję, polot oraz głęboką cześć dla Johna Keatsa oraz samej poezji, i w tym rozumieniu jestem mu wdzięczna, że zaraził mnie tym bakcylem. Odtąd poruszając się na niepewnym i wcale nie tak mocno zagospodarowanym polu fantastyki naukowej, będę stawiać za przykład sagę Hyperiona, jako jedną z prawdopodobnych wizji naszej przyszłości.

Czyta się ją z przerwami, tak jakbyśmy podróżowali po opisanym przezeń Trawiastym Morzu, od jednego pagórka, do drugiego. Są chwile, że wznoszę się w wyobraźni do nieba, by za chwilę poczuć żwir między zębami. Ale w ostatecznym rozrachunku dylogia Hyperiona jawi mi się jako ewenement na skalę światową, gdyż jako pierwsza próbuje zgłębić naturę Boga, stawia odważne pytania natury filozoficznej i duchowej, a precyzja z jaką Simmons posługuje się fikcyjną terminologią inżynieryjno-wojskową, budzi respekt. Ponad tym wszystkim pozostaje jednak człowiek i jego indywidualna wędrówka przez eony czasu, i przestrzeni. Pięknym się zdają wyobrażenia i fantasmagorie przyszłości autora, lecz jakże miło jest odkryć piękno w prostocie, choć raz móc się cofnąć zamiast gnać gdzieś przed siebie, na nowo poczuć samotność i dystans tam, gdzie dotąd go nie było, bo w końcu czym jest nasze życie, jeśli nie zaledwie wstępem, początkiem, jak śpiewała onegdaj Belinda Carlisle; początkiem, który pozwoli nam pojąć cud życia, który czeka nas... Potem!

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Na zawsze

Niestety ale moja przygoda z losami Damiena i Ever dobiegła już końca . W ,, Na zawsze '' większość akcji powieści dzieje się w Summerlandzie . Ever...

zgłoś błąd zgłoś błąd