Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Zgłosuj na książki roku 2017

Pamiętnik przetrwania

Tłumaczenie: Bogdan Baran
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
5,76 (337 ocen i 38 opinii) Zobacz oceny
10
7
9
16
8
22
7
76
6
74
5
82
4
16
3
25
2
7
1
12
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Memoris of Survivor
data wydania
ISBN
9788308041604
liczba stron
298
kategoria
Literatura piękna
język
polski

W postapokaliptycznym świecie, gdzie miasta terroryzują gangi, a barbarzyńskie rządy sprawuje przemoc, o przetrwanie musi walczyć każdy człowiek, nawet dzieci, które niekiedy okazują się okrutniejsze od dorosłych. To właśnie w takiej rzeczywistości splatają się ze sobą losy pewnej kobiety i kilkunastoletniej dziewczynki... Czy ucieczka z takiego piekła jest możliwa? I czy koszmarny świat tak...

W postapokaliptycznym świecie, gdzie miasta terroryzują gangi, a barbarzyńskie rządy sprawuje przemoc, o przetrwanie musi walczyć każdy człowiek, nawet dzieci, które niekiedy okazują się okrutniejsze od dorosłych.
To właśnie w takiej rzeczywistości splatają się ze sobą losy pewnej kobiety i kilkunastoletniej dziewczynki...
Czy ucieczka z takiego piekła jest możliwa? I czy koszmarny świat tak wirtuozersko odmalowany przez Lessing rzeczywiście różni się od naszego świata?

Pamiętnik z przetrwania Doris Lessing określała jako "próbę autobiografii", lecz jest to przede wszystkim przejmująca, magiczna, nie pozbawiona ironii powieść o ponurej przyszłości i o tym, co może uchronić człowieka przed ostateczną zagładą.

 

źródło opisu: Wydawnictwo Literackie, 2007.

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 657
Bartosz Bolechów | 2013-09-04
Przeczytana: 04 września 2013

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

Zdanie pierwsze:
"Wszyscy pamiętamy tamten czas".

Od czasu upadku ich imperium Anglików prześladuje widmo końca cywilizacji (choć już Wells prezentował podobne scenariusze). Brytyjscy pisarze snują ponure opowieści o zagładzie świata. James Ballard transformował swą traumę z dzieciństwa na powieści katastroficzne o rozmaitych wariantach ostatecznego kataklizmu. William Golding wyrażał antropologiczny lęk przed młodymi ludzkimi zwierzętami pozbawionymi światłych wskazówek wychowawczych, najlepiej zaszczepianych w szkole z internatem (ironizuję, ale "Władcę much" akurat bardzo lubię i cenię). Anthony Burgess opisywał przerażający świat, w którym owe ludzkie zwierzęta już nieco podrosły. Graham Greene relacjonował jak barbarzyńscy, niczego nie pojmujący ze świata Amerykanie przejmują schedę po imperium, nad którym słońce jednak zaszło - znamiennie jego powieść ukazała się w USA w roku Kryzysu Sueskiego, czyli symbolicznego przypieczętowania imperialnej "zmiany warty". (wyobrażam sobie, że podobne opinie musieli wyrażać swego czasu Grecy o Rzymianach).
Ponurzy - w sensie literackim - Brytyjczycy (jak Brian Aldiss) zdetononowali Nową Falę w science fiction, opisując czarne scenariusze społeczne i polityczne i wyrażając swe fundamentalne przekonanie, że "dobrze już było".

Drugi kojarzący mi się silnie z Brytyjczykami trop literacki to "portal fantasy", czyli opowieści o sekretnych i magicznych przejściach do innych, fantastycznych światów. Klasyczny przykład to "Opowieści z Narnii" (szafa) czy "Alicja w krainie czarów" (królicza nora). Z nowszych historii oczywiście "Harry Potter" (m.in. dworzec kolejowy), czy "Coralina" (tytułowe "tajemnicze drzwi").

Krótka powieść Doris Lessing opublikowana w 1974 roku to właśnie synteza brytyjskiej "małej apokalipsy" (rozpatrywanej z wąskiej perspektywy jednostki, której przytulny świat rozpada się nieubłaganie) oraz historii o przechodzeniu do innego, magicznego uniwersum. W tym sensie można uznać, że jest to powieść arcybrytyjska. Od razu należy zaznaczyć, że sama apokalipsa jest dość poczciwa, kameralna, w leniwym i raczej dystyngowanym, brytyjskim stylu. Jej przypieczętowaniem jest sytuacja, w której bohaterka wstaje rano i stwierdza, że w kranach nie ma wody, a po wielu miesiącach od załamania się znanych nam struktur społecznych wciąż można znaleźć stary sklep z winem, który będzie jedynie "na wpół rozgrabiony".

Mamy tu zatem dwa przeplatające się wątki - załamujący się z nieznanego powodu porządek społeczny, który ulega powolnej, lecz nieuchronnej erozji oraz tajemniczy świat za ścianą mieszkania bohaterki.

Nie jest to powieść genialna, ale momentami widać w niej przebłyski geniuszu. Raczej oszczędny styl, chłodny i zazwyczaj pozbawiony sentymentalizmu. Lessing potrafi uderzyć w samo sedno człowieczeństwa jednym, prostym zdaniem, jak wtedy gdy pisze: "Czuję się teraz tak opuszczona i samotna, jak jeszcze nikt (z wyjątkiem każdego) się nie czuł (...)".
Absolutne mistrzostwo. Dla takiego zdania warto przebrnąć przez całą powieść.

Poza tym zdarzają się tu mętne tropy, trywialne rozważania i dziwaczne sytuacje (konie przetrzymywane na najwyższym piętrze budynku?). Wciąż czekamy bezskutecznie na "coś", jakieś radykalne przełamanie, lecz dostajemy "tylko" monotonną relację z końca znanego nam świata, obserwowanego z wciąż tego samego okna.
Mam wrażenie, że Lessing przygląda się (oczami swojej bohaterki) tej pełzającej katastrofie z dużą dozą fascynacji i (perwersyjnej?) satysfakcji. Jest tu jednak także widoczna ambiwalencja. Z jednej strony rodzaj ulgi, że nieznośny ciężar cywilizacji został ostatecznie zrzucony z barków ludzkości oraz nadzieja, iż jest to szansa na powrót do form prostszych, bardziej naturalnych i radosnych, z dala od krępujących konwenansów i opresji zorganizowanej władzy. Z drugiej strony wynikająca z doświadczenia i wieku świadomość, że rewolta i anarchia nigdy nie trwają długo, a gdy nowy porządek okrzepnie, wszystkie dawne grzechy i przekleństwa powrócą, być może ze zdwojoną siłą.

Apokalipsa ma nad wyraz znajome i standardowe oblicze: załamywanie się usług publicznych i instytucji, powrót do pierwotniejszych form współżycia (czy to seksualnego, czy społecznego), rządy plemion i gangów, barter zamiast gospodarki pieniężnej, przemoc, problemy z zaopatrzeniem w żywność, wodę i opał, niszczejące i wyludniające się miasto, katastrofa ekologiczna (zanieczyszczenie powietrza), zdziczałe bandy dzieci zamieszkujące metro, wyłaniająca się nowa moralność. Słowem, klasyczne obrazki z końca cywilizacji, jakich w literaturze znaleźć możemy mnóstwo:

"Wiedzieliśmy, że na południu i na wschodzie służby komunalne przestały funkcjonować i że rozszerza się to w naszym kierunku.
Wiedzieliśmy, że ową część kraju opuścili wszyscy z wyjątkiem band, głównie młodocianych, którzy żywili się tym, co udało im się znaleźć: niezebranym zbożem na polach, zwierzętami, które uniknęły zabicia, zanim wszystko się załamało. Bandy te, czy raczej gangi, nie były, trzeba przyznać, szczególnie brutalne, czy szkodliwe dla ludzi, którzy nie opuścili tamtych stron. Nawet "współpracowały z siłami prawa i porządku", jak to ujmowały komunikaty. Potem, gdy zaczęło ubywać żywności i zagrożenie, jakiekolwiek ono było, które po raz pierwszy zmusiło ludzi do ucieczki przed nim, zbliżyło się, gangi stały się niebezpieczne i gdy przeciągały przez przeddmieścia naszego miasta, ludzie schodzili im z drogi i kryli się w domach".

"Horda około dwustu chuliganów przeszła przez nasze osiedle, zostawiając zwłoki na chodniku po drugiej stronie ulicy, naprzeciw moich okien, zostawiając rozbite szyby, ograbione sklepy i tlące się ogniska".

"Gangi, które (...) nie składały się już tylko z "dzieciaków" czy "małolatów", ale z ludzi w najrozmaitszym wieku, stawały się jakby plemionami, nowymi jednostkami społecznymi".

"Farsa. Plucie pod wiatr; oglądanie swojej twarzy w lustrze lub zawiązywanie krawatu, gdy wokół dom się wali, wyciąganie życzliwej, beztroskiej dłoni gestem powitania do dzikusa, który z całą pewnością pochyli się i ugryzie ją..."

"Większość szkół zaprzestała prób nauczania; stały się one, przynajmniej dla uboższych ludzi, przedłużeniem armii, aparatu utrzymywania społeczeństwa pod kontrolą".

"Zastanawiałam się jak długo to miasto jeszcze postoi, pod każdym względem toczone erozją; gdy zamierały jego funkcje, ludzie uciekali, topniały zapasy żywności, prawo i porządek w coraz większym stopniu zależały od własnej inicjatywy mieszkańców".

"Nikogo zbytnio nie obchodziło, że trzynasto-, czy czternastoletnie dziewczęta uprawiają seks. Powróciliśmy do dawnych etapów rozwoju człowieka".

"Po całym mieście rozsiane były te wyspy życia cofającego się do prymitywnych form, do życia czym się da. Część domu... potem cały dom... grupa domów... ulica... zespół ulic. Ludzie spoglądający w dół jakiegoś wysokiego budynku obserwowali, jak te zarodki barbarzyństwa krzepną i rozrastają się.
Najpierw obserwatorzy czuli silną wrogość i lęk. Wydawali okrzyki dezaprobaty, świętego oburzenia, ale w gruncie rzeczy uczyli się, gdy tak ciągle jeszcze uprzywilejowani przez los, patrzyli na tych dzikusów, których każdy palec tryskał nowymi umiejętnościami i zdolnościami. W niektórych rejonach miasta cofały się całe suburbia. Rozległe obszary miejskie uprawiały ziemniaki, cebulę, marchew i kapustę, pilnując swych upraw dzień i noc, hodowały kury i kaczki, ich odchody zużywając na kompost, kupowały lub sprzedawały wodę, wykorzystywały puste mieszkania lub puste domy do hodowli królików lub nawet świń - nie byli to już ludzie w przytulnych małych rodzinach; tłoczyli się teraz w grupach i klanach, których struktura zmieniała się zależnie od presji rzeczywistości".

"Rzeczywiste, konieczne decyzje, na przykład że trzeba w ogóle zrezygnować z elektryczności, podejmowało się prawie bez dyskusji, były one na nas wymuszane".

"Gerald, który obnosił się z nożami u pasa, bokobrodami, silnymi opalonymi ramionami. Dobry Boże, ileż stuleci odrzuciliśmy, ile długich powolnych kroków ludzkiej wspinaczki Emily unieważniła, gdy z mojego mieszkania przeniosła się w życie trotuaru! I jakież perspektywy, możliwości, eksperymenty, wariacje na temat człowieka zostały unicestwione".

"Infekcje pochodzące najwyraźniej ze wspólnego wszystkim źródła, gdyż ogarniały społeczeństwo niczym epidemia".

"Żyli w podziemiach metra, wychodząc na górę w celu zdobycia jedzenia i innych artykułów (...) A więc te "dzieciaki" żyły w ziemi jak krety lub szczury".
"Wypełzały z dziur, zza rogów, z tuneli, zdawało się, że widzą prawie bez pomocy światła..."
"Piekły szczury: w pobliżu domu było wejście do kanału. Nic, co pod ziemią, nie mogło być obce tym dzieciom; wpełzły tam z swymi procami, łukami i strzałami".

"Przerażające. Ta stara dziecięca piosenka była pieśnią wojenną, taką pieśń z niej robiły, przeżywały ją. Ponadto jednak widzieliśmy na własne oczy, jak znane słowa wymykają się z kodu - jak szybko wszystko może się zmienić, my możemy się zmienić... Już się zmieniliśmy: te dzieci były sobą".

"Przywykliśmy uważać wszystkie dzieci za budzące lęk".

"Gdy odchodziłyśmy, dzieci kroiły psa za pomocą ostrych kawałków stali, przykucnąwszy po obu stronach padliny".

"Można było obserwować, jak przykucają nad kupką kart pozdrowieniowych, różowym rowkowanym abażurem z nylonu, karzełkiem ogrodowym z polistyrenu, książką lub płytą i obracają je na wszystkie strony: Do czego to było? Co oni z tym robili?"

"Zebrało się około pięćdziesięciu osób, wszystkie ciasno owinięte w skóry. Na czele stało dwóch młodych mężczyzn dzierżących ostentacyjnie pistolety. Dalej jeszcze czterech z łukami, strzałami, kijami, nożami. Za nimi wóz przerobiony z samochodu: wszystko aż po podwozie zdjęte, a w zamian ułożone deski tworzące równą powierzchnię. Wóz ciągnięty był przez konia i załadowany stertą tobołów z odzieżą i sprzętem; siedziało tam także troje małych dzieci i leżało siano dla konia".

Ten ostatni fragment jako żywo przypomina mi scenę z filmu "Things to Come" ze scenariuszem (i według powieści) H.G.Wellsa, gdy w postapokaliptycznym mieście Everyville pojawia się rolls royce przerobiony na bryczkę. Oto zatem zestaw doskonale wdrukowanych w kulturę masową (aczkolwiek trzeba pamiętać, że powieść opublikowano w 1974 roku) scenek rodzajowych ze świata po Wielkim Upadku.

Bohaterka powieści sprawia jednak wrażenie rozdartej wewnętrznie, gdy obserwuje owe procesy. Z jednej strony życie staje się coraz trudniejsze i bardziej niebezpieczne, z drugiej jednak w pewnym sensie coraz prostsze i pełne tłumionej dotąd przez "system" energii. Poza tym Anglicy są twardzi, a zatem niczym w Londynie czasu bombardowań usiłują żyć jakby nic się nie zmieniło:

"Podczas gdy wszystko się załamało, wszelkie formy społecznej organizacji, my żyliśmy nadal, porządkując swoje życie, jakby nic istotnego się nie działo. Zdumiewające, jak zdeterminowane, uparte, ciągle się odradzające były próby prowadzenia zwyczajnego życia".

"Możemy przywyknąć do wszystkiego; to oczywiście banał, ale jeśli się przeżyło takie czasy, widać, jak straszliwie jest on prawdziwy. Nie ma nic, czego ludzie nie zaadaptowaliby do "zwyczajnego życia". Ten właśnie fakt nadawał owemu okresowi kego szczególny posmak: połączenie tego, co osobliwe, gorączkowe, przerażające, groźne, atmosfera oblężenia lub wojny - z tym, co znajome, zwyczajne, nawet przyzwoite".

Ludzie są gatunkiem o bardzo wysokich zdolnościach adaptacyjnych, przystosowują się błyskawicznie do każdej sytuacji. Życie po upadku wydaje się zatem nie tylko znośne, ale momentami wręcz sprawia wrażenie jakiegoś radosnego zjednoczenia w braterskiej utopii, czegoś na kształt anarchistycznej komuny, czy izraelskiego kibucu z okresu świeżości syjonistycznego marzenia:

"Miejsce owo stanowiło zbiorowisko małych warsztatów: wyrabiali mydło i świece, tkali materiały i farbowali je, wyprawiali skórę, suszyli i przechowywali żywność, przerabiali i wytwarzali meble".

"Byli tu wszyscy - człowiek naprawiający krzesła, człowiek naprawiający koszyki (...) szlifierz noży - dawni fachowcy, każdy ze strażnikiem, każdy obserwowany przez zachwyconych barbarzyńców".

"Był to wielojęzyczny tłum, tłum poczciwy, który szanował polecenia i instrukcje licznych strażników, zdyscyplinowany tłum, który w nowy sposób potrafił sam rozstrzygać swoje spory i godzić stanowiska szybko i w sposób nie pozwalający wkradać się negatywnym uczuciom".

"Jakże pociągające było to miejsce pełne ożywionych ludzi, wszyscy tacy pomysłowi w tym świecie życia czym się da, tak swobodni, tak odkrywczy we wszystkim, co robili. Jakąż ulgę przyniesie odrzucenie - jednym ruchem, jak wzruszenie ramionami - wszystkich tych dawnych sposobów życia, dawnych problemów, które gdy się już przekroczyło jezdnię, by dołączyć do plemienia, znikają, tracą ważność".

Trwa zatem przez pewien czas coś w rodzaju porewolucyjnego karnawału. Wiemy, że sielanka musi się kiedyś skończyć, niemniej na razie trwa. Pewne fragmenty czyta się jak relacje współczesnych komentatorów z wieców "Oburzonych":

"Odpowiedzialność i różne funkcje będą musiały się pojawić; skostnieją i staną się nieefektywne zapewne bardzo szybko. Na razie jednak, przez tygodnie, miesiące, a może nawet szczęśliwie i przez rok, panował będzie sposób życia wczesnego człowieka: zdyscyplinowany, ale demokratyczny. W swym najlepszym okresie ci ludzie nawet głosu dziecka słuchali z szacunkiem, nie trapiły ich problemy posiadania, brak było wszelkich tabu seksualnych - z wyjątkiem nowych, ale nowe zawsze łatwiej znosić niż stare; wszystkie problemy były wspólne i wspólnie rozwiązywane. Wolni. Wolni przynajmniej od tego, co zostało z "cywilizacji" i jej ciężarów".


Niektóre obrazki miasta przywodzą na myśl biopunk w stylu Bacigalupiego:

"Popiół drzewny, nawóz koński, kompost będą sprzedawane pod starą autostradą na Smith Street w niedzielę (...) Kurs robienia generatorów wietrznych, płatny w żywności i opale... filtry powietrza i puryfikatory, filtry wody, sterylizatory ziemi... kury nioski i klatki dla nich, szlifowanie noży... człowiek, który zna plan podziemnego układu kanalizacyjnego i rzek do niego wpadających, ciągnie wodę na powierzchnię w... Ulica między ulicą X a aleją Y uprawia wspaniałą grykę i lucernę, a na rogu Piltdown Way jest mały zagonek ziemniaków (...)".

"Patrząc wzwyż na wysoką wieżę budynku, rysującą się dziś na przegrzanym i poszarzałym niebie, widziało się ją podartą i podziurawioną niczym koronka: szyby były powybijane lub framugi powyrywane. Górna część jednak jeżyła się rozmaitymi przyrządami".

Ostatecznie jednak ciemność zbliża się nieuchronnie, robi się coraz zimniej, miasto jest coraz bardziej puste, okna ciemne i pozbawione szyb, przemoc coraz bardziej powszechna i drastyczna. Jak przyznaje bohaterka:

"Wszystkie nasze sposoby życia, nasze kompromisy, nasze adaptowanie się były przejściowe, wszystkie, nic nie mogło przetrwać".

Nic nie mogło przetrwać. Oto zdanie - klucz. Na najgłębszym bowiem poziomie czai się nienazwane "to", czyli jeden z najbardziej intrygujących motywów w powieści. Owa przestrzeń poezji w tej prozie, którą każdy czytelnik musi wypełnić sobie własnym znaczeniem, otrzymując jedynie garść enigmatycznych wskazówek:

"Być może "to" stanowi ukryty temat wszelkiej literatury i historii, niczym zapis atramentem sympatycznym między wierszami, który wyłania się nagle ostrą czernią, przyćmiewając stary druk tak dobrze nam znany, gdy życie, osobiste lub publiczne, rozwija się w nieoczekiwany sposób, a my dostrzegamy coś tam, gdzie nigdy byśmy nie przypuszczali, że nam się to uda - dostrzegamy "to" jako podstawę zdarzeń, przeżyć... No dobrze, ale czym "to" jest? (...) "To" jest siłą, mocą przybierającą postać trzęsienia ziemi, nadchodzącej komety, której fatalny wpływ narasta noc za nocą, wszelką myśl unicestwiając strachem - "to" może być, bywa zarazą, wojną, zmianą klimatu, tyranią miażdżącą ludzkie umysły, dzikością religii.
Krótko mówiąc, słowo "to" służy do oznaczania bezradnej niewiedzy lub bezradnej świadomości. Może oznacza ułomność człowieka?
(...) To. Tylko to, słowo o wiele gorsze niż "oni", bo "oni" to przynajmniej też ludzie, bywają poruszeni, bezradni jak my sami.
Zapewne "to" było w ciągu dziejów przede wszystkim świadomością, że coś się kończy".

"To" było wszędzie, we wszystkim, w naszej krwi, naszych umysłach. Nie dawało się opisać raz na zawsze, przygwoździć, unieruchomić; było chorobą, zmęczeniem, obrzmieniami, było cierpieniem w spojrzeniu Emily, czternastoletniej dziewczyny, zamkniętej wewnątrz swej nieusuwalnej potrzeby... zamiatania suchych liści, było ceną lub zawodnością dostawy prądu, tym, że telefony nie działały, wędrującymi plemionami kanibali, było "nimi" i ich swawolami, było wreszcie tym, czego się doświadczało..."

Dla mnie, w ostatecznym wymiarze "to" jest nie tylko "ukrytym tematem" literatury i historii, ale także źródłem refleksji filozoficznej i odruchu religijnego. To konstatacja, że rzeczywistość jest w pewien zasadniczy sposób skażona, a wraz z nią skażona jest ludzka egzystencja. Świat napiętnowany jest heideggerowskim byciem ku śmierci, chaosem i rozkładem. "To" zawsze czai się niewypowiedziane w mroku - paraliżujący strach, pewność końca, zmiany na gorsze, przegranej walki, przerwanej wędrówki donikąd. "To" jest entropią, pierwotnym złem wbudowanym w świat.
Przynajmniej tak sądzę.

Zanim przejdę do kwestii portalu, warto zwrócić uwagę jeszcze na ważną warstwę powieści Lessing: komentarz społeczno-polityczny.

Nawet nie znając politycznych poglądów pisarki łatwo można wyrobić sobie na ten temat opinię czytając "Pamiętnik przetrwania". Jest, powiedzmy, "antyestablishmentowo", z nutką hipisowskiej, anarchistycznej dezynwoltury, krytyką wymierzoną w drobnomieszczańską hipokryzję i społeczeństwo klasowe i nieco naiwną apologetyką lumpenproletariatu oraz zwierząt (ten pierwszy ma wykazywać moralną wyższość nad "dostosowanymi społecznie", a te drugie nad całym ludzkim gatunkiem). Przede wszystkim jednak Lessing nie ufa władzy - jest ona w jej oczach zbiorowiskiem groźnych darmozjadów. Co interesujące, w jej świecie rozpadu instytucjonalnego, struktury represyjne akurat jako jedyne trzymają się mocno, nawet gdy nie ma już prądu ani wody w kranach:

"Czy był w naszym kraju okres, kiedy klasa panująca nie żyła wewnątrz swego szklanego dzwonu bogactwa lub poszanowania, zamykając oczy na wszystko, co działo się na zewnątrz? Czy robiłoby jakąkolwiek różnicę, gdyby ta "klasa Panująca" używała słów w rodzaju: sprawiedliwość, uczciwość, porządek czy nawet socjalizm? Gdyby ich używała, może nawet w nie wierzyła przez pewien czas? Tymczasem jednak wszystko się rozpadało, choć rządzący jak zawsze nie cierpieli najgorszego, usiłując to najgorsze zagadać, zatopić w ustawach, odegnać pobożnymi życzeniami - bowiem przyjąć, że naprawdę się ono dzieje, oznaczałoby przyznanie, że oni sami są bezużyteczni, przyznanie, że specjalne zabezpieczenie, które mają zapewnione, jest wynikiem kradzieży, a nie zapłatą za pełnioną służbę..."

"Przez cały ten czas, gdy życie codzienne po prostu zamierało albo przybierało nowe kształty, struktura władzy trwała, choć była ciężka, niezdarna o stawała się coraz bardziej rozbudowana. Prawie każdy, kto w ogóle miał pracę, był w administracji - my, zwykli ludzie, żartowaliśmy sobie, że machinę władzy podtrzymuje się, by uprzywilejowani mieli pracę i pensję. Było w tym trochę prawdy. Rzeczywiste działania rządu polegały na dostosowywaniu się do wydarzeń przy zachowaniu pozorów, że te działania inicjuje. Sądy pracowały (...) więzienia były jak zawsze pełne".

"Szkoły poprawcze, ośrodki resocjalizacji, sierocińce, domy starców - wszystkiego przybywało i były to miejsca barbarzyńskie i budzące grozę".

Lessing jest jednak świadoma, że zło nie ma przygodnego, czysto politycznego charakteru, lecz wpisane jest w naturę ludzką i przeniknięte bolesnymi aporiami relacje społeczne:

"Czy wszystko nie bierze się z pędu do naśladownictwa, który żywi się pragnieniem upodobnienia do innych? Wszystkie procesy społeczne na tym się opierają, rozwój każdej jednostki. Z pewnych powodów jakbyśmy się umówili co do ignorowania tego faktu (...) Panowało swego rodzaju ciche porozumienie co do wiary, że ludzie - dzieci, dorośli, wszyscy - rozwijają się przez nabywanie własnych zwyczajów i uzyskiwanie własnych porcji wiedzy, tak jak przy wybieraniu rzeczy zza lady: "Tak, wezmę tę", albo "Nie, tej nie chcę". W rzeczywistości jednak ludzie rozwijają się na dobre lub na złe przez połykanie w całości innych ludzi, atmosfery, wydarzeń, miejsc - rozwijają się przez podziw. Często oczywiście nieświadomie. Jesteśmy tym, z kim trzymamy".

Utopia równości musi ponieść klęskę, a od stosunków władzy (a zatem i samej polityki) nie ma ucieczki. Ta gorzka, choć trywialna refleksja w 1974 roku - gdy powoli dogorywało kontrkulturowe marzenie - musiała brzmieć dobitniej niż dziś:

"Nie sposób uniknąć hierarchii w grupie. Choćby się nie wiem jak chciało".
"To wszystko nie jest tak, jak chcieliśmy, jak planowaliśmy (...) wszystko było omówione, nie miało być niczego z tej dawnej bzdury, że jedni rządzą, mówią innym, co mają robić, całej tej okropności" - słowa młodej podopiecznej bohaterki.
A jednak to nieuniknione:
"Zaczyna się to w momencie narodzin (...) Jaka grzeczna dziewczynka. Co za niedobra dziewczynka. Byłaś dzisiaj grzeczna? Słyszałam, że byłaś niegrzeczna. Och, ona jest taka grzeczna, co za grzeczne dziecko... nie pamiętasz tego? (...) To wszystko fałsz, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale przez całe życie ciągle w tym tkwimy: jesteś grzeczną dziewczynką, jesteś niegrzeczną dziewczynką. "Rób, jak mówię, a powiem ci, że jesteś porządna". To potrzask, w którym wszyscy tkwimy.
- Zdecydowaliśmy, że tak nie będzie - odezwała się.
- Cóż - powiedziałam - nie dochodzi się do demokracji przez ogłaszanie rezolucji lub uważanie jej za atrakcyjną ideę. A to właśnie robiliśmy. Z jednej strony "jaka grzeczna dziewczynka, co za niegrzeczna dziewczynka", instytucje, hierarchie i miejsce w ich strukturze, a z drugiej rezolucje na temat demokracji lub opowiadanie, jacy to jesteśmy demokratyczni. Dlatego nie ma powodu, żeby cię to tak gnębiło. Zawsze dzieje się tak, jak się zdarzyło".

Naiwnie brzmią natomiast, choć zgodnie z duchem swego czasu, fragmenty gloryfikujące "wykluczonych". Oto typowe dla znużonych intelektualistów złudzenie, że ubóstwo (często także umysłowe) wytwarza cnotę, albo wręcz jest cnotą. Złudzenie równie niszczycielskie w skutkach jak przekonanie, że cierpienie uszlachetnia. W rzeczywistości zarówno ubóstwo, jak i cierpienie odczłowiecza i okalecza. Lessing widzi to inaczej: jej patologiczna (wedle, powiedzmy, drobnomieszczańskich standardów) wielodzietna rodzina Ryanów to alkoholicy nie stroniący od drobnych (i mniej drobnych) kradzieży, niezdolni do myślenia w kategoriach przyczyn i skutków ani planowania, lecz zarazem cnotliwsza od "dostosowanych":

"Szanować bliźniego swego jak siebie samego? Tą łaską bardzo ubogich i oni byli obdarzeni: w klanie Ryanów i ich przyjaciół, białych, czarnych i brązowych, którzy dzień i noc odwiedzali i opuszczali ich dom, panowały pełne wzajemne oddanie i tolerancja, wyrozumiałość osądów, subtelność w rozumieniu innych obca wielu lepiej urządzonym ludziom, a przynajmniej dostępna im nie bez twardej walki z wydarzeniami i warunkami życia.
Należy odrzucić wartości pozorne? Ten luksus Ryanowie osiągnęli już dawno".

"Kiedy nadeszły złe czasy, albo raczej stało się widoczne, że nadchodzą, bardzo istotna różnica, Ryanowie i wszyscy im podobni ukazali się nagle w zupełnie innym świetle. Przede wszystkim - to oczywiście socjologiczna klisza - niektórzy chłopcy znaleźli miejsce w szeregach policji lub licznych szybko powstających organizacji militarnych i paramilitarnych. A po drugie to właśnie tym ludziom najłatwiej było prowadzić prymitywne życie w wędrujących plemionach; dla nich niewiele się zmieniło, bo kiedyż nie byli w ciągłej podróży: z pokoju do zrujnowanego domu, do kwaterunkowego mieszkania, do przytułku na ulicy nielegalnych imigrantów. Że źle się odżywiali? Teraz jedli lepiej i zdrowiej, niż gdy żywiła ich cywilizacja. Nieuctwo i analfabetyzm? Potrafili przeżyć umiejętnie i radośnie, czego nie bardzo można powiedzieć o wielu członkach klasy średniej, którzy albo żyli tak, jakby nic się naprawdę nie działo prócz reorganizacji społeczeństwa, albo udawali, że tak żyją, i którzy często przepadali, niezdolni udźwignąć ciężar egzystencji; w niej szacunek otoczenia i dochody przestały stanowić miarę wartości danej osoby".

A jednak boohaterka powieści, mimo szacunku, jeśli nie podziwu dla ludzi prostych i wykluczonych dostrzega barierę klasową, której niemal nie sposób przekroczyć, i która objawia się na poziomie komunikacji:

"My (to znaczy wykształceni) nie znajdowaliśmy sposobu dzielenia tej obfitości z niższymi warstwami społeczeństwa. Nawet u dwóch kobiet stojących na rogu ulicy i wymieniających ubogimi zdaniami plotki uwidaczniała się ta eksplozja frustracji: zdegenerowana, zmarniała mowa ubogich zawsze niosła w sobie energię resentymentu (może i bezwiednie, ale jednak), rozbudzanego świadomością nieosiągalnej dla nich sprawności i swobody, której miejsce zajęło w ich mowie ciągłe powtarzanie zwrotów - będących niczym kule chromego - "rozumiesz, co?", "rozumiesz, o co mi chodzi?", "no nie?", i tak dalej, zwrotów, które wypełniają pokaźną część każdej ich wypowiedzi. Słowa w ich ustach (...) nosiły piętno znojnego trudu - straszne, skoro biegłość jest taka łatwa, ale dla innych".

Wykluczone to także kobiety, ofiary patriarchalnej opresji (piszę to niekoniecznie z przekąsem). Stąd natkniemy się w powieści na wtręt feministyczny, dość konwencjonalny. Mężczyźni to tyrani, dążący do zdominowania i uprzedmiotowienia kobiet. Kobiety oddają się masochistycznym fantazjom, aż wreszcie, gdy życie pozbawi je złudzeń, nabiorą dystansu:

"Był to strój krzycząco wulgarny, w pewien perwersyjny sposób bezpłciowy, pomimo aż takiego podkreślenia ciała, i urzeczywistniał fantazje pewnego typu mężczyzny, który ubrawszy tak kobietę, zrobił z niej lalkę, zabawną, wyzywającą i zarazem bezradną, rozbroił ją, uczynił przedmiotem nienawiści, litości, lęku - groteską. Wewnątrz tej monstrualnej sukni, konwencjonalnego stroju, który w ciągu mojego życia wkładało setki tysięcy kobiet, który kobiety pragnęły mieć, podziwiały w niezliczonych lustrach, przyoblekały weń swe masochistyczne fantazje..."

"Znużona kobieta naszej martwej cywilizacji widziała miłość jako gorączkę, którą trzeba przejść, przetrwać: "zakochanie" to choroba, którą trzeba przetrzymać, pułapka, która może ją doprowadzić do zdrady własnej natury, własnego zdrowego rozsądku, własnych prawdziwych celów. Nie wiedzie do niczego prócz samego siebie, nie jest kluczem do życia. Jest stanem, kondycją, starcza samemu sobie, niemal niezależnie od swego przedmiotu".

I wreszcie zwierzęta, "bracia mniejsi":

"Kiedy tak tkwimy tu wśród ruin tego bogactwa inteligencji, trudno przyznawać jej wielką wartość; przypuszczam, że dziś tak samo nie doceniamy jej, jak kiedyś ją przecenialiśmy. Będzie musiała znaleźć swoje miejsce: sądzę, że niezbyt wysokie.
Moim zdaniem przez cały ten czas istoty ludzkie były obserwowane przez stworzenia, których postrzeganie i pojmowanie tak dalece wyprzedza wszystko, co z racji swej próżności byliśmy zdolni uznać, że gdybyśmy o tym wiedzieli, bylibyśmy przerażeni i upokorzeni. Żyliśmy z nimi w błędzie, ślepi, nieczuli, okrutni mordercy i oprawcy, a one obserwowały i poznawały nas. I to jest powód, dla którego nie chcieliśmy uznać inteligencji otaczających nas stworzeń: wstrząs naszej amour-propre byłby zbyt wielki, sąd, jaki musielibyśmy wydać o sobie, zbyt straszny".

Zresztą nasz status nie jest w istotny sposób odmienny, choć wydaje nam się inaczej:

"Zawsze byliśmy zabawnymi, małymi, zarozumiałymi zwierzątkami, gdyśmy odgrywali swe role i występowali w swych sztukach".


Jeśli chodzi o drugi istotny wątek powieści, czyli świat(y) za magicznym portalem ("pod niebem innego świata"), nie należy się chyba zbytnio rozpisywać. Tutaj więcej jest niedopowiedzenia, mniej doktrynerstwa, więcej poezji, mniej dosłowności. Świat za ścianą ma wiele oblicz i pokojów, znajduje się w ciągłym ruchu, wydaje się odzwierciedlać "przestrzeń wewnętrzną" dziewczynki (a potem młodej kobiety), którą opiekuje się bohaterka i bardzo kojarzy mi się z szalonymi wizjami wnętrza umysłu Johna Malkovicia z filmu Spike'a Jonze'a. Dzieciństwo jest tu koszmarem pełnym tortur i upokorzeń, przymusu, wrogości, braku empatii i poczucia winy. Pokoje zmieniają swój rozkład, przemieszczają się, znikają sufity, zasypują je jesienne liście, jakby i tutaj zbliżała się zima. Czasem dzieją się tu rzeczy, które każdy czytelnik musi sam sobie wyjaśnić, jak w takiej oto sugestywnej, podatnej na rozmaite interpretacje, scenie:

"Sześciokątny (chyba) niewielki pokój z dywanem na podłodze, ze skomplikowanym wzorem, "choć barwy miały tylko możliwe, potencjalne istnienie, nic więcej". Ludzie wydobywają z kłębowiska na stole kawałki materiału i zestawiają go z dywanem. "Kawałek został nałożony dokładnie na wzór dywanu i tchnął weń życie". "Przypominało to dziecięcą grę, tylko że to nie była gra, lecz poważna sprawa, istotna nie tylko dla ludzi zajętych tą pracą, ale i dla wszystkich".
"Uświadomiłam sobie, że wszędzie wokół, we wszystkich innych pokojach znajdują się ludzie, którzy po kolei wnikają tutaj, oglądają to centrum prac i zaczynają wyszukiwać brakujące kawałki - przykładają je i odpływają do innych zajęć".


Ostatecznie, świat "na zewnątrz" zdaje się dopalać (choć bez spektakularnych pożarów), pożerany przez entropię. Nie z hukiem, nie ze skomleniem, lecz w ciszy. Wszystko zwalnia, maszynerie cichną i zatrzymują się. Najważniejsi bohaterowie odchodzą do świata za ścianą, jedynego, choć chyba niepewnego schronienia przed "tym". Wszystko kończy się w ciepłym tonie pożegnania/przejścia do innej rzeczywistości. Może to rodzaj łagodnej elegii, osłodzenia ostatecznej podróży, próby zaczarowania, oszukania "tego". Jak ten nieodparcie smutny fragment "Kubusia Puchatka", autorstwa kolejnego Brytyjczyka:

"A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy? - Nic wielkiego. - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.”

A zatem oto zdanie ostatnie:
"A potem, w ostatniej chwili, nadeszły, nadbiegły jego dzieci, uczepiły się jego rąk i ubrania i wszyscy pospieszyli za tamtymi, gdy rozmywały się ostatnie mury".

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Czarownica

Camilla trzyma poziom, ale ponieważ jestem fanką jej książek, przyzwyczaiłam się już do bohaterów z Fjallbacki, dlatego pewnie trudni mi o obiekty...

zgłoś błąd zgłoś błąd