Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Krivoklat

Wydawnictwo: Znak Literanova
6,1 (225 ocen i 66 opinii) Zobacz oceny
10
3
9
5
8
27
7
67
6
69
5
23
4
9
3
10
2
6
1
6
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788324036288
liczba stron
272
słowa kluczowe
literatura polska
język
polski
dodała
Ag2S

Najnowsza powieść Jacka Dehnela. Krivoklat, wieloletni pacjent zakładów dla psychicznie chorych, obwołany przez austriacką prasę „kwasowym wandalem”, ma za sobą historię niszczenia dzieł sztuki w najsłynniejszych muzeach Europy. I nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Powieść Jacka Dehnela, pastisz antymieszczańskiej twórczości Thomasa Bernharda, to przepojona czarnym humorem, wyrzucona na...

Najnowsza powieść Jacka Dehnela.

Krivoklat, wieloletni pacjent zakładów dla psychicznie chorych, obwołany przez austriacką prasę „kwasowym wandalem”, ma za sobą historię niszczenia dzieł sztuki w najsłynniejszych muzeach Europy.
I nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Powieść Jacka Dehnela, pastisz antymieszczańskiej twórczości Thomasa Bernharda, to przepojona czarnym humorem, wyrzucona na jednym oddechu opowieść o sztuce, miłości i człowieku, który nie boi się sprzeciwić społeczeństwu.

 

źródło opisu: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,7598,Krivoklat

źródło okładki: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,7598,Krivoklat

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 33
Pe_Wu | 2017-06-24
Na półkach: Posiadam, Przeczytane
Przeczytana: 02 czerwca 2017

Lektura najnowszej powieści Jacka Dehnela to obcowanie z dziełem szczególnym, dającym osobliwą, perwersyjną satysfakcję, a także - nie waham się tu użyć dość pompatycznego zwrotu – przynajmniej ocierającym się o wybitność bez maniery przeintelektualizowania i patetycznego zadęcia.
Niby z góry wszystko jasne.
Autor od początku pozostawia wyrażne tropy interpretacyjne.
Tylko czy celowo nas nie zwodzi?
Żart to, kpina, groteska czy intertekstualne przekomarzanie się, zabawa w metaliterackie przebieranki, postmodernistyczna gra aluzyjnym sztafażem, zamierzony dekoracyjny pastisz?
Dwuznaczny, prowokacyjny podtytuł „Österreichisches Kunstidyll”, który z przymrużeniem oka suponuje przeniesienie czytelnika w świat podskórnych, drobnomieszczańskich wynaturzeń i skrywanych perwersji zachodniego, oleodrukowego na zewnątrz, a gnijącego od środka wizerunku sytego społeczeństwa Zachodu - tej słynnej piwnicy Fritzla, austriackiej ciemnicy z dokumentalnego projektu czy uniwersum znanego z fabularnej filmowej "Trylogii o cnotach" Ulricha Seidla.
Dalej robi się jeszcze jaśniej.
Motto książki stanowią trzy cytaty z pierwowzoru - kultowego „Kalkwerku” i nieco mniej znanych „Korekty” oraz „Partyjki” - bezlitośnie chłoszczącego austriackie kołtuństwo postbeckettowskiego nadpisarza Thomasa Bernharda (tak, tak - tego, którego na teatralny afisz i do scenicznego laboratorium wziął był sam Krystian Lupa).
Więc jakże tak można?
Kultowego w Polsce, elitarnego i hermetycznego wieszcza razić humorem?
Zdejmować z piedestału komiksowym pastiszem, odzierać z należnego decorum?
Toż to świętokradztwo!
Nic więc dziwnego, że cała rzesza oburzonych „miszczów” pióra, od pióra i spod pióra rozpoczęła krucjatę, wymierzająca autorowi „Lali” solidne i siarczyste, rytmicznie kląskające, za to umoralniające klapsy.
Z zapałem prawdziwie zgorszonych dyskalceatów poczęli chłostać chłystka, który poważył się zgorszyć mistrza zgorszenia. Sam Bernhard nie powstydziłby się takiego przewrotnego wykoncypowania i jednocześnie potwierdzenia własnego tryumfu, tyle że w tym przypadku sprokurowanego zupełnie à rebours.
Ale dość już tych logiczno – interpretacyjnych meandrów, hermeneutycznych wygibasów, uogólniających podejrzeń i pseudointelektualnych nadużyć.
Oddajmy głos Dehnelowi – Krivoklatowi, bo w temacie nad-, niedo- i przeinterpretowujących insynuacji też będzie miał wiele gorzkiego do powiedzenia.
Drżyjcie więc muzea sztuki w całej Europie. „Kwasowy Wandal”, który ma na swoim koncie zniszczenie wielu drogocennych (oczywiście drogocennością mierzoną po mieszczańsku, w setkach tysięcy i milionach marek, euro itp.) dzieł powrócił i szykuje kolejne ataki. Pierwszy pacjent psychiatryczny Austrii, wynaturzony celebryta i postrach kustoszy, wożnych i portierów obmyśla następny skok. Jednakże przepustka z Centrum Medycznego Zamek Immersdorf udzielona mu na pogrzeb bratowej wcale nie mobilizuje obrońców sztuki, gotowych własnymi rękoma wyrwać złoczyńcy jak zwykle chowaną w kieszeni płaszcza butelkę dziewięćdziesięciosześcioprocentowego kwasu siarkowego. Twarz sprawcy, zupełnie nijaka zatarła się już w pamięci stróżów porządku, a i zapał do ochrony artystycznego dorobku ludzkości zwiędł, przygasł, osłabł, roztopił się i zwietrzał od nieustannego obcowania z niekłamaną, ale spowszedniałą wielkością zgromadzoną na ciasnych kilkudziesięciu metrach kwadratowych.
Kto dziś zresztą ceni sztukę samą w sobie, zachwyca artyzmem, ekscytuje dotknięciem niewyrażalnego?
Co innego konkretne wyceny marszandów. Krzyczące z mediów czerwonymi, czarnymi i żółtymi, niekończącymi się ciągami kolejnych zer.
To jest dopiero coś.
Jak może ów barbarzyńca, chemiczny profan ograbiać ludzkość z dzieł takiej „wartości”?
Bardzo ma przecież nie po kolei…
Tylko czy to aby na pewno z Krivoklatem jest nie halo?
Jest oczywiście zupełnie odwrotnie.
To społeczeństwo jest zepsute, zwyrodniałe, leniwe, bierne i tępe. Nie dostrzega realnej, właściwej, bezcennej wartości dzieł. Artystycznej wielkości. Samej w sobie.
To dlatego Krivoklat prowadzi tę dydaktyczną w swoim ostatecznym i niestrudzonym zamiarze krucjatę.
Przypomina. Edukuje.
Nie jest to więc postawa manifestująca pustą i agresywną społeczną idiosynkrazję.
To honorowa, skazana na porażkę misja odmaterializowania i uwrażliwienia austriackich zjadaczy sznycla i jednocześnie odruch dojrzałego (Krivoklat skończył siedemdziesiątkę, więc żaden z niego pryszczaty Raskolnikow) buntu przeciwko przyziemnej wegetacji kołtuństwa o tylko i wyłącznie merkantylnych ciągotach.
Przeciw wszechobecnemu konsumeryzmowi kradnącemu sztukę i dostosowującemu ją do własnego, ohydnie kalekiego materialistycznego paradygmatu.
Dlatego właśnie obiektami „ataków” protagonisty są dzieła najwybitniejsze: Rembrandta, Vermeera, Dürera, Bruegla, ze wstrętem zaś omija przecenianych pacykarzy w typie obsesjonata „mdłej pastelowej słoniny” – Renoira.
W ten sposób książka staje się też fascynaującym esejem -podróżą do krainy obrazów, połączoną z próbą dyskusji o ich konesersko realnej, a z drugiej strony niezasłużenie przydanej przez legiony ignorantów wartości artystycznej.
Tyle wątek nadrzędny. Osobliwie ciekawszy jest jednak wątek analizy, a właściwie pseudoanalizy osobowości Krivoklata, który w szpitalu psychiatrycznym spędził większość zycia. I w tej kwestii niestety Dehnel, oczywiście znowu za Bernhardem, nie ma nam nic krzepiącego do powiedzenia. Lekarze, piszarze, krytycy, sędziowie, nauczyciele i naukowcy obrywają po równo i na równi z resztą pożal się boże społeczeństwa, którego są tak samo nieudaną i niekompetentną, tyle że wyżej usadowioną emanacją.
„Kariera” pacjenta Krivoklata pokazuje, że lekarz – zwolennik psychoanalizy doszukiwał się będzie urazu w patologii relacji seksualnych z dzieciństwa, lekarz – fanatyk religijny ukierunkuje terapię na zintensyfikowanym udziale pacjenta w praktykach modlitwenych, a sam prowadzący - prof. Immervoll – motywowany egoizmem będzie się zgadzał na przepustki ze zwykłej próżności, bo to przecież on „odkrył” istotę choroby „Kwasowego Wandala”, habilitował się na niej i pomimo ewidentnego fiaska leczenia nie zaprzepaści swojego nadmuchanego pseudomedycznego dorobku i będzie z uśmiechem grał ze społeczenstwem w „durnia”, że jego terapia działa. Tak jak z nim w „durnia” gra pierwszy pacjent Austrii.
Podobnie rzecz się ma z resztą sportretowanych, tzw. „wykształconych idiotów” - zamkniętych w ciasnych klitkach, wręcz karcerach własnych umysłów.
Ich domena to pseudointelektualna hermeneutyka podejrzeń: jeśli Krivoklat oblał „Zdjęcie z krzyża”, to ma traumę religijnej natury.
Jeśli „Trzy Gracje”, na pewno miał zaburzone relacje erotyczne z matką, a w przypadku zniszczenia „Wieży Babel” „diagnozują” u niego kłopoty natury adaptacyjnej i akomunikacyjny autyzm.
Na ten pseudointeligencki, bełkot „wandal” ma jedną odpowiedź.
Jeszcze więcej kwasu!
Na pohybel tym wszystkim nieukom, którzy chcą roztopić go i jego „czyn” w cudzej, z gruntu fałszywej pseudotożsamości.
Powieść Dehnela jest też ciekawa formalnie, ze względu na narrację, którą stanowi wypowiedziany niemal na jednym wydechu monolog bohatera.
Do tego absolutnie nie jest to często występujący w innych utworach z zastosowaniem tej poetyki, tracący ostrość znaczeniową i zmierzający ku niezborności potok składniowy, a starannie i logicznie wyłożony przekaz zbudowany z ciągu wypowiedzeń aż nadto wielokrotnie złożonych.
Mamy zatem metajęzyk oparty na przekształconej składniowo, celowo wydłużanej, ale precyzyjnie wycyzelowanej frazie, dzięki której intymnej konfesyjności towarzyszy zborna semantycznie i spójna składniowo argumentacja (za tę pseudointelektualną łatwość kategoryzowania kwantyfikatorami Krivoklat sam, czy do spółki z przyjacielem, kalkwerkowskim alter ego Konrada – Zeyetmayerem - niechybnie by mnie, kolejno kwasem i nożem zlinczowali).
Autorowi „Matki Makryny” udała się rzecz niebagatelna.
„Krivoklatem”, niejako antycypując nieprzychylną recepcję, uczynił swoim „wszystkoniewiedzącym”, acz głośnym krytykantom to, co wcześniej sprezentował był Berhard tępym kołtuńskim krajanom zaludniającym wnętrza cuchnące gotowaną kapustą w pleśnią i kopciem pełznących kątach ścian.
Fimfę prosto w zadarty nos.
Trudno o lepszy hołd dla autora „Kalkwerku”.
Świetna powtórna diagnoza, mądra, choć arcypesymistyczna.
A że wyrażona przewrotnie i z humorem?
To tylko lepiej.
Śmiech to zdrowie.
Byle nie to „serwowane” pacjentom Centrum Medycznego Zamek Immendorf.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Buntownicza młodość

bookpani.blogspot.ch Tej książki nie polecam następującym osobom: ponurakom, sztywniakom i… będącym na diecie. A także tym, którym wydaje się, że nat...

zgłoś błąd zgłoś błąd