Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Wężowy język. Tom 1

Cykl: Skald (tom 3.1)
Wydawnictwo: Erica
7,06 (17 ocen i 3 opinie) Zobacz oceny
10
3
9
2
8
1
7
7
6
1
5
0
4
1
3
1
2
1
1
0
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788365310545
język
polski
dodał
DonSzabla

 

źródło okładki: google

Brak materiałów.
książek: 884

Tematyka wikińska wciąż modna, a autor ma zarówno ciekawe pomysły, jak i wiedzę badacza. Niestety – jest to potencjał niewykorzystany (bądź, może paradoksalnie, nadużyty), który całkowicie pogrążają seksistowskie fantazje lub niedostatki wyobraźni.

Wzięłam się za czytanie tomu pierwszego „Wężowego języka” dopiero wtedy, gdy wyszedł drugi, aby czytać ciągiem. I po drugi teraz nie sięgnę.
Już przy poprzednich częściach „Skalda” miałam do książek szereg zarzutów, jednak odstawiłam je na bok, uznając pewne kwestie za elementy licentia poetica. Teraz nie umiem już stosować taryfy ulgowej i zadaję sobie pytanie: do kogo w zasadzie kierowany jest ten cykl?

Sam pomysł jest bardzo dobry – rzeczywistość połowy X wieku ukazuje przez pryzmat skandynawski, dlatego większość nazw używanych w narracji oraz przez bohaterów może wydać się czytelnikowi autorskim wymysłem. Odnieść można wrażenie, że to typowe przygodowe fantasy inspirowane historią, dopiero umieszczony na końcu słowniczek – przesadnie wręcz potężnej objętości – demaskuje kamuflaż. Z początku Irlandia, później być może nie całkiem fikcyjne królestwa znane ze skandynawskich sag oraz eurazjatyckie stepy z bogactwem kulturowym, a teraz – Bizancjum.

Problem w tym, że autor chce obdarzyć nas tym za bardzo. Jakby przy każdej okazji popisywał się własną wiedzą, jak oryginalnie nazywano a to ubranie, a to potrawę, a to typ statku i jego części, i tak dalej… Narracja zasypuje nas obcymi słowami bez umiaru, niektóre tylko stosując później ponownie. Przy takim założeniu można by całą powieść napisać w języku obcym. Czytelnik oczekujący akcji przygodowej nie przyswoi przecież tej szczegółowej wiedzy, a ktoś takiej wiedzy łaknący nie będzie sięgał po przygodową powieść w przebraniu fantastycznym. Potoki wiedzy, często przypominające wykład, spowalniają tylko akcję.

Ale nie tylko ta maniera wprowadza zgrzyty. Autor lubuje się w używaniu wymyślnych synonimów, przeważnie dla podmiotów. Podejrzewam, że jest to zabieg celowy, który naśladować ma staroskandynawską poezję z jej metaforami, ale niestety – stosowany bez umiaru kłóci się ze strukturą naszego polskiego języka. I tak w kolejnych zdaniach jednego akapitu Ainar zmieni się w Pieśniarza, Skalda, Poetę, Vaeringa, Saekonunga, Kowala Słów, Wężowego Języka, Konunga Kłopotliwego, i tym podobne… I każdy tak – począwszy od innych głównych postaci aż po epizodycznych oberżystów. Brak umiaru skutkuje tu wrażeniem stylistycznej nieporadności i zakłóceniem płynności tekstu. Proszę wyobrazić sobie tę manierę dla opisania fragmentu porywającej akcji – pościgu albo walki… Zabieg naprawdę przesadzony, zwłaszcza że autor ma sprawne pióro.

W części bizantyńskiej wydaje się też, że poprzednie dobre pomysły autor uznał za tak atrakcyjne, że postanowił eksploatować je bez umiaru. Bardzo ciekawa kreacja bractwa hamramirów – zmiennokształtnych – nie ograniczającego się do „wilkołaka” i „niedźwiedziołaka” ale zawierającego też dzika, tura i rysia – była nowatorska w części poprzedniej. W tej – wszelkie działania grupy są tylko powieleniem stworzonego dla niej schematu. Czyli okrutnych mordów, bryzgającej juchy i wymyślnych śmierci. Ileż można? Zwłaszcza że bohaterowie całkowicie ludzcy również na takiej aktywności się skupiają. Powtarzalność scen – znowu poprzez brak umiaru – skutkuje wręcz nudą. Z kolei ciekawe scenki obyczajowe, jak np. wizyta na dworze basileusa Konstantyna Porfirogenety czy spotkania z bizantyńskimi osobistościami np. podczas wyścigów konnych, mordowane są wspomnianym już fachowym słownictwem i wymyślną podmiotozą.

Największym jednak brakiem umiaru jest wylewająca się z tekstu chęć, aby ukazać, jak bardzo męskie – a nawet: MĘSKIE!!! – były to czasy. Środkiem do osiągnięcia tego celu jest nieustanne wtrącane seksistowskich fraz w odniesieniu do kobiet. Gdyby wynikało to z budowy konkretnej postaci, byłoby jeszcze do przełknięcia, choć w takim natężeniu nadal z trudem (naprawdę wystarczyłoby ograniczyć się do paru wtrąceń, miałyby większą siłę rażenia). Jest jednak wszechobecne, niezależnie od stosowanej narracji, nawet w wypadku Alego – bohatera moim zdaniem od tytułowego Skalda znacznie ciekawszego, przybliżającego m.in. wierzenia afrykańskie, arabskie i perskie – który teoretycznie daleki powinien być od takiego spojrzenia na kobiety. Gdyby oczyścić tekst z tych wtrąceń, książka schudłaby o jedną trzecią. Pojawiają się bowiem zupełnie bez powodu (innego niż pragnienie manifestowania męskości w węższym i szerszym rozumieniu nie dostrzegam). Wojownik więc nie tylko nie wzruszył się – ale wzruszyłby się, gdyby był babą. Albo stanął dzielnie do walki – nie po prostu, ale dlatego, że nie był tchórzliwy jak kobieta.
Kobiety pojawiające się w tekście to tylko i wyłącznie obiekty seksualne, służące do zaspokajania chutliwych wojów i same garnące się do męskich mężczyzn. Żarciki z gwałtu padają co rusz, a jeśli nie mamy do czynienia z walką, tekst uraczy nas nie tyle seksem, co myśleniem o seksie i wdziękach dziewek. Panie odgrywające rolę nieco inną niż jednorazowa zabawka także wystąpić muszą koniecznie nago, w otoczeniu co najmniej łóżkowym – żonę basileusa podczas rozmowy z gościem zaspokajają dwaj eunuchowie. Jednym z większych kuriozów (ale podobne mogłabym cytować długo) było porównanie wyspy do piersi – ponieważ nie skończyło się tak, a zostało (bez umiaru) rozszerzone o błyskotliwe spostrzeżenie: że pierś to „kobiecy przyrząd do zaspokajania męskich potrzeb”. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że pierś można uznać za przyrząd; nie sądziłam też, że piersią karmi się tylko dzieci płci męskiej.

A skoro Bizancjum, to eunuchowie, trzebieńcy, rzezańcy, mężczyźni bez brody, bez miecza, co tam jeszcze – na czele z niewolnikiem ukazanym jak stereotypowy współczesny gej, który nie tylko operuje zestawem standardowych zniewieściałych ruchów, ale w dodatku zdrabnia i zwraca się do innych per „misiaczki”. Serio? (I gdzie podziały się oddziały wykastrowanych wojowników, którzy według źródeł dzięki kastracji zyskiwali właśnie lepsze umiejętności bojowe? Czyżby nie pasowały do wizji autora?) Ponieważ eunuch nosi imię Slavomirus, podejrzewam niestety, że to jakaś zemsta autora na znajomym Sławku. Chichotania przy pisaniu musiało być co niemiara…
Nawet opis wizyty w łaźni zostaje odpowiednio nacechowany: miłe są posągi nagich bab, za to obrzydzenie wzbudzają goli młodzieńcy z przyrodzeniami na wierzchu. Łaźnia jest też miejscem kolejnego elementu „komicznego” z udziałem prawdziwych mężczyzn i eunucha – tam to główny bohater skłania rzezańca do dogodzenia wikińskiemu rywalowi, aby ośmieszyć go w oczach pozostałych. Boki zrywać. W dodatku autor nie uświadomił sobie chyba, że tego typu działanie pokazać mogłoby raczej dominację samca, a nie coś przeciwnego.
No i właśnie, coś tutaj mocno zgrzyta przy kreacji tych męskich mężczyzn. Nawet jeśli tak bipolarnie postrzegaliby świat, grubą krechą oddzielając kobiece od męskiego, to byłoby to dla nich czymś naturalnym i nie musieliby co chwila podkreślać różnic we własnych oczach, aby w czymkolwiek się utwierdzać. Po prostu robiliby swoje. To przeniesienie dzisiejszej mentalności niepewnego swej społecznej roli mężczyzny na czasy dawne; skąd miałby wziąć się kompleks męskości w społecznościach takich, jakimi maluje je autor? Nawet w definicjach słowniczkowych przy każdej możliwej okazji zaakcentowano rzekomą staroskandynawską niechęć do aspektów kobiecych i homoseksualizmu, w nidingach (wyjętych spod prawa) dopatrując się głównie niemęskich panów. Fascynująca interpretacja; zaiste nie było poważniejszych wykroczeń wobec społeczności!

Niestety przez brak umiaru i walenie po oczach MĘSKOŚCIĄ pojawia mi się przy czytaniu pytanie, które przekreśla całą resztę i nie powinno zjawiać się przy lekturze żadnej książki: jaki autor ma problem? Nie potrafi pisać postaci kobiecych, bo sam nie uważa kobiet za ludzi, czy też produkuje chłopięce fantazje o wspaniałych czasach wczesnego średniowiecza, kiedy to się rabowało, się zabijało i się gwałciło, więc było fajnie, a nie jak teraz, kiedy baby nie są tak potulne i same nie rozkładają nóg? Nieco zaskakujące byłoby to podejście jak na kogoś naukowo zajmującego się epoką (zwłaszcza kulturą skandynawską) i świadczy raczej o problemie z wyobraźnią, którą zastępują fantazje. Być może ktoś powinien uświadomić też autora, że większość czytelników beletrystyki jest płci pięknej, więc krąg odbiorców dodatkowo się zawęża. Baby też lubią poczytać o męskich mężczyznach, może nawet bardziej (w zasadzie, zostając przy poetyce dzieła, czy ekscytowanie się nimi nie jest niemęskie?). Kiedyś moja znajoma w odpowiedzi na odwieczne pytanie „gdzie ci mężczyźni?” stwierdziła w żartach, że wyginęli w średniowieczu – tylko że z babskiego punktu widzenia próżno ich w tym cyklu szukać. Jeśli facet co chwila musi akcentować swą męskość i to w dodatku poprzez pogardę do kobiet, to widocznie do męskości mu daleko.

Z lektury zostanie mi głównie wrażenie niesmaku i zaprzepaszczonego potencjału. W dodatku pewna jestem, że wprowadzona do powieści postać córki Skalda będzie kalką rozwiązania z poprzedniej części książki (a przy okazji Mary Sue). Już od momentu zjawienia się w tekście niestandardowej jak na stworzone realia postaci kobiecej widać, jaki ma na nią pomysł autor i niestety, wbrew intencjom, nie jest to pomysł zaskakujący. Potwierdza tylko, że autor w jakimś stopniu ma świadomość wytworzonego obrazu i chciałby go przełamać, ale jedynie go umacnia. Fajna baba w cyklu o Skaldzie to taka, która pociąga za sznurki – oczywiście za sprawą seksu w możliwie jak najbardziej szokujących konfiguracjach, a przy okazji pozwala na rzucenie garści niezwykle błyskotliwych przemyśleń o kobiecości. Ja dziękuję bardzo, chciałam czytać powieść historyczno-przygodową z elementami fantastyki, a nie fantazje o cyckach i tyłkach.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Uciekaj ze mną

Sympatyczne lektura, dobra na bezsenność. Nie jest może, obowiązkową lekturą, ale chętnie mogę ją umieścić na mojej liście "guilty pleasure"

zgłoś błąd zgłoś błąd