Byłam po drugiej stronie lustra. Wygrana walka ze schizofrenią

Tłumaczenie: Ewa M. Bilińska
Wydawnictwo: Smak Słowa
7,34 (427 ocen i 55 opinii) Zobacz oceny
10
37
9
59
8
89
7
133
6
70
5
24
4
7
3
6
2
1
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
I morgen var jeg alltid en løve
data wydania
ISBN
9788364846441
liczba stron
240
język
polski
dodała
Ag2S

Jest to książka o nadziei. O tym, że nawet wtedy, gdy nie ma już żadnego wyjścia, kiedy jesteś pod ścianą, warto wierzyć zarówno w siebie samego, jak i w dary ślepego losu. Arnhild Lauveng pokazuje, że czasem (bynajmniej nie zawsze) niemożliwe staje się możliwe. To wiadomość szczególnie cenna dla bliskiego otoczenia ludzi chorych. prof. Wiesław Łukaszewski, Uniwersytet SWPS Takiej książki w...

Jest to książka o nadziei. O tym, że nawet wtedy, gdy nie ma już żadnego wyjścia, kiedy jesteś pod ścianą, warto wierzyć zarówno w siebie samego, jak i w dary ślepego losu. Arnhild Lauveng pokazuje, że czasem (bynajmniej nie zawsze) niemożliwe staje się możliwe. To wiadomość szczególnie cenna dla bliskiego otoczenia ludzi chorych.

prof. Wiesław Łukaszewski, Uniwersytet SWPS

Takiej książki w polskich (i nie tylko) księgarniach jeszcze nie było. Jej wyjątkowość polega przede wszystkim na tym, że jest ona autobiograficzną relacją autorki pisaną z podwójnej perspektywy - jej przeżyć z czasu chorowania na schizofrenię skonfrontowanych z uzyskanym później profesjonalnym wykształceniem i obecną praktyką w zakresie psychologii klinicznej i psychoterapii. Pierwszym z tych układów odniesienia jest opowieść zagubionej nastolatki, a potem młodej kobiety, pogrążającej się stopniowo w stanie rozpadu osobowości i desperacko walczącej z chorobą oraz jej konsekwencjami w różnych obszarach życia. Drugi zaś, to przemyślenia profesjonalistki próbującej spojrzeć na swe przeżycia z dystansu i zobiektywizować je ku pożytkowi czytelnika.

Piotr Kurzac, „Psychiatria.pl”

„Doświadczenia Arnhild Lauveng pozwalają zrozumieć i nadać sens przeżyciom towarzyszącym chorobie, co czyni lekturę książki pasjonującą i wiarygodną. Autorka z subiektywnej perspektywy ogląda zachowania otoczenia, z pozycji eksperta podpowiada, co dodawało jej sił, a co osłabiało w walce ze schizofrenią”.

dr Andrzej Cechnicki

Krajowy Koordynator Programu „Schizofrenia – Otwórzcie Drzwi”



„…wulkan tryskający energią, zdrowym rozsądkiem oraz radością pisania (…) tak wciągająca książka, że nie daje się jej odłożyć, mimo świadomości, że skończy się dobrze – autorka sama przecież napisała tę opowieść”.

Liv Riiser, Vårt Land

 

źródło opisu: http://www.smakslowa.pl/

źródło okładki: http://www.smakslowa.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 784
vicky222 | 2017-06-16
Przeczytana: 17 marca 2017

„Ważne jest, aby czuć, czego chcemy, bo to doskonała wskazówka, w jaki sposób możemy nadać naszemu życiu znaczenie i radość.„

Jako psycholog nie są mi obce choroby psychiczne. Oprócz teorii, miałam zawodowo do czynienia z osobami mierzącymi się na co dzień z różnymi zaburzeniami. Także jako praktyk mogę się wypowiedzieć na temat książki, którą planowałam przeczytać od czasu studiów i dopiero teraz mi się udało (7 lat po skończeniu – Brawo Ja!). Byłam po drugiej stronie lustra pióra Arnhild Lauveng to pozycja o walce z sobą, otoczeniem a przede wszystkim z trudną chorobą, jaką jest schizofrenia.

W tej autobiografii poznajemy historię autorki, która w kilkunastu rozdziałach przeprowadza nas od początku zagubienia, przez ostre fazy chorobowe do zmiany i wyzdrowienia.

Schizofrenia to choroba duszy a jej objawy są uciążliwe i powodują ogromny strach i cierpienie. Jednocześnie skazuje osobę na osamotnienie, niezrozumienie oraz ostracyzm. Arnhild Lauveng stara się pokazać jak diagnoza wpływa na postrzeganie człowieka przez aspekt jego zaburzenia.

„Bo tak naprawdę nie wiesz ani co, ani dlaczego się zdarzyło, ani jak długo będzie trwać. Rozumiesz jedynie, że zostałeś sam i że zaraz zabłądzisz, i potwornie się boisz, że już nigdy nie odnajdziesz drogi do domu.”

W psychologii mówi się, że czasami choroba pozwala ludziom przetrwać najgorsze chwile. Samotność i prześladowanie wywołało u Arnhild zaburzenia, które z czasem przybrało formę schizofrenii. Nastolatka szybko pogrążała się w przepaść i nie wiedziała jak prosić o pomoc.



„Głęboko we mnie coś zadawało sobie pytanie, czy „ona” to „ja”, ale zaraz przychodziła odpowiedź, że coś tu się nie zgadza, bo „ona” była przynajmniej smutna, natomiast ja – byłam niczym. Tylko szarością.”

Ta szarość nie pozwalała jej wydostać się ze szpon choroby. Chciała być zauważana i nie potrzebna, natomiast większą część życia przebywała w szpitalach, gdzie dla opieki zdrowotnej była po prostu przypadkiem medycznym. Wiele razy chciała prosić o pomoc, jednak nie potrafiła ubrać w słowa tego, co się z nią dzieje. A jedyną metodą, aby ją zauważano było samookaleczenie.

„I często, bardzo często, okaleczanie się odnosiło doskonały skutek. Nie działało oczywiście zawsze tak samo, było jednak o wiele bardziej skuteczne niż próby rozmowy, które nie skutkowały prawie nigdy. Moje słowa w ogóle nie miały wtedy dla nikogo znaczenia, pozostały mi w zasadzie tylko zachowania.”

Cierpienie i ból pozostawało z nią przez wiele lat. Jednak nie potrafiła zrozumieć braku empatii osób w jej otoczeniu, zwłaszcza pielęgniarek i sanitariuszy. Musimy pamiętać, że czasy, w których chorowała Lauveng to lata 80. XX w., a więc powszechnej znieczulicy wobec swoich pacjentów. Dziś to powinno wyglądać inaczej, ale nie potrafię się wypowiedzieć, gdyż nie mam takich doświadczeń.

Sama pacjentka przeżyła dużo. Leczenie środkami farmakologicznymi (psychotropowymi), które w tamtych czasach było powszechne a leki niezbyt sprzyjające było powodem wyłączenia się z życia czy powrotami chorobowymi. W konsekwencji Arnhild niejednokrotnie poznała przymus bezpośredni (możliwości postępowania wobec pacjentów psychiatrycznych, którzy m.in.: dopuszczają się zamachu przeciwko życiu lub zdrowiu własnemu lub innej osoby) czy nawet ubezwłasnowolnienie.

Na szczęście dziewczyna miała oparcie wśród najbliższych, szczególnie mamy, która swoim zachowaniem mówiła:

„Nigdy nie będziesz aż tak szalona, aby niszczyć rzeczy piękne i wartościowe i nigdy nie będziesz również tak chora, aby przestać być naszą dziewczynką. Tutaj, w domu, nie jesteś żadną schizofreniczką, dla nas jesteś nadal Arnhild.”

Walka ze sobą i chorobą była ciężka. Głównie z powodu wyuczonej roli pacjenta. Powodowała ona wejście w osobę bierną, potrzebującą pomocy.

„Przez wiele lat codziennie byłam otoczona płatnymi pomocnikami. Przez co najmniej sześc, siedem lat nikt w moim otoczeniu – oprócz najbliższej rodziny – nie przebywał ze mną dobrowolnie i bez płacenia. Fakt ten uczynił coś z obrazem mojej własnej osoby.”

Ale przyszedł taki czas w życiu autorki, w którym po wielu latach cierpienia, chciała odnaleźć siebie. Arnhild Lauveng wygrała walkę ze schozofrenią – tak przynajmniej twierdzi. A dziś jest psychologiem i terapeutą a jej doświadczenia nauczyły ją empatii i patrzenia na klienta – przede wszystkim – jak na człowieka.

Problem jaki miałam z tą autobiografią to narracja i chronologia. Historia nie jest ułożona chronologicznie, ale według tematów. To sprawiało, że się chwilami gubiłam w tym, co było najpierw a co później. Poza tym pisarka opisywała zdarzenia już z perspektywy wiedzy psychologicznej i od razu interpretowała swoje zachowania, myśli i uczucia. Nie szczególnie przypadło mi to do gusty, gdyż nie miałam szansy samodzielnego myślenia na temat objawów. Być może – rozumiem – to tylko moja uwaga, jako psychologa. Nie będę również się wymądrzać, ale faktycznie do niektórych analiz nie byłam przekonana.

A końcówka mnie dość zawiodła. Tak, wiem, że autorka wygrała z poważnym zaburzeniem. I to wielki sukces, ale jak wygrała, co się stało, nie wiemy.

Na koniec przytoczę słowa mojego guru psychoterapii, który powiedział, że: „różnica między schizofrenikiem a osobą chorą na schizofrenię jest taka, jak być długopisem i mieć długopis.” Jak jesteś długopisem to nic z tym nie zrobisz, jak masz długopis to masz wiele możliwości. Arnhild Lauveng miała szczęście, wsparcie i odwagę, aby stanąć do najcięższej walki – walki o swoje życie.

Byłam po drugiej stronie lustra to opowieść dająca nadzieję, że człowiek może wszystko. To też pozycja obowiązkowa dla wszystkich z branży pomagaczy, którzy na co dzień stykają się z osobami pogrążonymi we własnym świecie. Jako psycholog mogłam wiele zaczerpnąć z tej książki.

* bardzo chciałabym napisać dużo więcej na temat przypadków tej choroby z własnego doświadczenia zawodowego i prywatnego (znam kogoś kto zmaga się z tą chorobą), ale przez wzgląd na tajemnice zawodową musiałam odpuścić. Zaufanie w moim zawodzie jest najważniejsze.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
41 dni nadziei

Bardzo ciekawa historia na faktach. W pewnym momencie było zbyt dużo opisów żaglówki tego całego "osprzętowania" węzłów, lin i tych innych...

zgłoś błąd zgłoś błąd