Slade House

Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Seria: Uczta Wyobraźni
Wydawnictwo: Mag
7,05 (261 ocen i 44 opinie) Zobacz oceny
10
11
9
15
8
60
7
102
6
52
5
14
4
3
3
1
2
1
1
2
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Slade House
data wydania
ISBN
9788374806596
liczba stron
192
kategoria
horror
język
polski
dodał
Mariusz

W wąskim zaułku nieopodal popularnego wśród robotników brytyjskiego pubu ceglany mur skrywa wejście do Slade House. Drzwi otworzą się wyłącznie w pewnych ściśle określonych warunkach – a wtedy nieznajomy odźwierny powita was po imieniu i zaprosi do środka… Z początku nie będziecie chcieli wyjść. A potem odkryjecie, ze wyjść nie możecie. Co dziewięć lat mieszkańcy Slade House – niezwykłe...

W wąskim zaułku nieopodal popularnego wśród robotników brytyjskiego pubu ceglany mur skrywa wejście do Slade House. Drzwi otworzą się wyłącznie w pewnych ściśle określonych warunkach – a wtedy nieznajomy odźwierny powita was po imieniu i zaprosi do środka… Z początku nie będziecie chcieli wyjść. A potem odkryjecie, ze wyjść nie możecie. Co dziewięć lat mieszkańcy Slade House – niezwykłe rodzeństwo – wystosowują niepowtarzalne zaproszenie dla kogoś, kto jest inny od wszystkich albo po prostu samotny: nad wiek rozwinięty nastolatek, świeżo rozwiedziony policjant, nieśmiała studentka... Co naprawdę dzieje się we wnętrzu Slade House? Dla tych, którzy się tego dowiedzą, będzie już za późno…

 

źródło opisu: www.mag.com.pl

źródło okładki: materiały wydawnictwa

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 671
Bosy_Antek | 2017-04-29
Na półkach: Przeczytane

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bałem się, czytając książkę. O ile oglądanie horrorów przypłacam niemal zawsze stanem przedzawałowym i często odwracam wzrok od ekranu, o tyle obcowanie z literaturą grozy nie grozi mi podobnymi atrakcjami. Słowa nie „wyświetlają” obrazów w głowie, samo czytanie zaś jest czynnością intelektualną, nie emocjonalną. Nie umiem czytać naiwnie, beztrosko taplać się w płytszych lub głębszych kałużach tekstów. Chcąc nie chcąc, analizuję, szukam motywów, umiejscawiam dane dzieło w konkretnych kontekstach, oceniam konstrukcję postaci, sonduję złożoność świata przedstawionego. Nie umiem inaczej i wiem, że na pewno coś z tej racji tracę.

A więc ostatni raz przestraszyłem się w szkole podstawowej, gdy na fali fascynacji pulpowymi horrorami zaczytywałem się między innymi Jamesem Herbertem i Grahamem Mastertonem, którzy potrafili wylać mi na głowę lodowate wiadro strachu. Po latach zacząłem odbierać horror jako mocno skonwencjonalizowany i przewidywalny gatunek, którego ani wyrobnicy (Guy N. Smith), ani uznani mistrzowie (Stephen King), ani klasycy (Lovecraft) nie są w stanie zaaplikować mi solidnej dawki pożądanego przecież strachu. Niespodziewanie ta sztuka udała się Davidowi Mitchellowi, wielokrotnie nagradzanemu brytyjskiemu pisarzowi. Jego „Atlas chmur” lub „Czasomierze” z powodzeniem rozsadzały ramy fantastyki, z którą Mitchell jest najczęściej kojarzony.

Slade House, jego najnowsza powieść, nie zadowoli miłośników tzw. cegieł, opasłych tomiszczy, które na przestrzeni setek stron powoli rozwijają przed czytelnikiem świat przedstawiony zaludniony przez dziesiątki postaci i tętniący od epizodów. Slade House ma mniej niż 200 stron i doprawdy trudno oddać tej znakomitej książce całą sprawiedliwość bez ryzykowania, że zdradzi się w recenzji coś, czego by sobie nie życzył przyszły czytelnik.

Tytułowy budynek to osobliwe miejsce gdzieś w angielskiej metropolii, które jak magnes przyciąga osoby o określonej konstrukcji psychicznej – słabych, skrzywdzonych, zakompleksionych „ludzi o pięknych duszach”, którym świat nie pozwolił rozkwitnąć, nie docenił ich. Ci, którzy miną typowy angielski pub „The Fox and Hounds”, znajdą się w wąskim ceglanym zaułku i przejdą przez niewielkie czarne drzwiczki, trafią do ogrodu otaczającego piękny, majestatyczny wiktoriański dom, którego nie ma prawa tam być…

Powieść składa się z pięciu rozdziałów – poznajemy w nich pięć ofiar tytułowego domu i jego mieszkańców, którzy regularnie co 9 lat pojawiali się w pobliżu „The Fox and Hounds”, by zwabić kolejnych nieszczęśników. Książka rozpoczyna się w roku 1979, a kończy w 2015. Mitchell doskonale oddaje atmosferę poszczególnych dekad – częstuje czytelników albo subtelnymi sygnałami, rozrzucając rekwizyty oddające koloryt czasów, albo jak w rozdziale opisującym lata 90. zanurza odbiorców w muzycznym zgiełku, w którym pulsują britpopowe i triphopowe hymny.

Bohaterowie poszczególnych części to ludzie z krwi i kości, dzieci swoich dekad, są wielowymiarowi i wiarygodni, a fakt, że narracja każdorazowo jest pierwszoosobowa sprawia, że każda z postaci mówi i myśli swoim własnym rozpoznawalnym językiem.

Nie wiem, czy Mitchell chciał napisać typowy horror, chociaż do pewnego momentu książka wzorcowo kontynuuje tradycję wiktoriańskich powieści grozy, których autorzy wyjątkowo często umieszczali mrożącą krew w żyłach akcję w potężnych domostwach, w rezydencjach na korytarzach których równie często można było spotkać usłużnego lokaja, co złośliwego ducha. Problem z tego typu opowieściami za każdym razem jest identyczny – źródłem grozy (a tak naprawdę zjawisk nadprzyrodzonych) jest owa niewidzialna strona rzeczywistości, która nacieka na nasz świat i daje się rozpoznać tylko przy pomocy takich narzędzi jak intuicja lub postrzeganie ponadzmysłowe. Jednak wielbiciele fantastyki rzadko kupują tego typu rozwiązania. Oni chcą czegoś innego, jakiegoś (powiedzmy) logicznego, pomysłu tłumaczącego nie tylko obecność zjawisk nadnaturalnych, ale również motywacje ich działania.

Mitchell zaspokaja tę potrzebę i w wirtuozerski sposób tłumaczy zjawiska mające miejsce w Slade House. Angażuje do tego okultystyczne narzędzia i tworzy imponującą literacką wizję, gdyż rozgałęzia się ona w kierunku budowania całej kosmologii, o której istnieniu mogą mieć szczątkowe pojęcie tylko wtajemniczeni i praktykujący adepci nauk tajemnych. Delikatny zapach prozy Lovecrafta unosi się znad powieści Mitchella, a podobna mroczna i nieludzka atmosfera gęstnieje ze strony na stronę.

Część czytelników kręciła nosami, żałując, że Slade House nie jest dłuższą książką. Ja jednak bronię w sumie odważnej decyzji autora – w czasach, gdy standardem stają się olbrzymich rozmiarów tomy, Mitchell proponuje nam skoncentrowaną i precyzyjną do granic możliwości (prozy) powieść. Każdy z rozdziałów wprowadza odmienną narrację, a usytuowanie miejsca akcji dokładnie w tej samej okolicy pozwala na śledzenie zmian, jakie zachodzą pod wpływem płynącego czasu. Na dodatek pisarz zgrabnie przemyca detale, które powtarzają się w kolejnych odsłonach powieści.

Matematyczna struktura tej książki jest doprawdy imponująca. Jako miłośnik muzyki zaryzykuję porównanie Slade House do utworu jazzowego. Znajdziemy tutaj temat (fatalna w skutkach wizyta w tytułowej nieruchomości), znajdziemy kolejne wariacje na temat usłyszanego na początku motywu, które to różnią się od siebie temperaturą emocjonalną i konkretnymi rozwiązaniami fabularnymi oraz nie powielają już raz zaproponowanego rozwiązania. Całość kończy się zaskakującą kodą, do której Mitchell powoli nas przygotowywał.

W tym momencie muszę powrócić do strachu, o którym wspominałem na początku tej recenzji. Przyjmuje się mówić, że boimy się tego, czego nie znamy. W Slade House dzieje się inaczej – wiedząc, co spotkało bohaterów w pierwszym rozdziale, i spodziewając się tego, co może czekać kolejne ofiary domu, drżałem, obserwując ich bezradność w konfrontacji z przerażającym budynkiem.

Sięgnijcie więc po tę niewielkich rozmiarów książkę. Jeżeli nawet przeczytacie ją (waszym zdaniem) za szybko, zawsze możecie za jakiś czas do niej wrócić. Tak gęstą i wyrafinowaną prozą można cieszyć się po wielokroć.

Recenzja ukazała się najpierw na łamach Fantasta.pl

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Koniec śmierci

Tą część serii można podsumować jednym zdaniem: "Autor odleciał". Przedstawił mnóstwo teorii. Jedne bardziej realistyczne, a inne "z ko...

zgłoś błąd zgłoś błąd