Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Luna: Wilcza pełnia

Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Cykl: Luna (tom 2) | Seria: Uczta Wyobraźni
Wydawnictwo: Mag
7,55 (29 ocen i 3 opinie) Zobacz oceny
10
2
9
5
8
8
7
7
6
6
5
1
4
0
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Luna: Wolf Moon
data wydania
ISBN
9788374807395
liczba stron
368
słowa kluczowe
Uczta Wyobraźni
język
polski
dodał
Mariusz

Zabito Smoka. Corta Hélio, jedna z pięciu rządzących Księżycem rodzinnych korporacji, została zniszczona. Rodzina się rozproszyła, wrogowie podzielili majątek między sobą. Minęło osiemnaście miesięcy. Ocalałe dzieci Cortów, Lucasinho i Luna, uzyskały ochronę potężnego rodu Asamoah, a Robson, który nie doszedł do siebie po gwałtownej śmierci rodziców, jest teraz podopiecznym – a w istocie...

Zabito Smoka.
Corta Hélio, jedna z pięciu rządzących Księżycem rodzinnych korporacji, została zniszczona. Rodzina się rozproszyła, wrogowie podzielili majątek między sobą. Minęło osiemnaście miesięcy.
Ocalałe dzieci Cortów, Lucasinho i Luna, uzyskały ochronę potężnego rodu Asamoah, a Robson, który nie doszedł do siebie po gwałtownej śmierci rodziców, jest teraz podopiecznym – a w istocie zakładnikiem – rodu Mackenziech. Natomiast mianowany następca tronu, Lucas Corta, zniknął z powierzchni Księżyca.
Jedynie lady Sun, głowa rodu Sunów i korporacji Taiyang, podejrzewa, że Lucas jednak żyje i wciąż jest liczącym się graczem. Przecież zawsze był królem intrygi – i nie zawahałby się zaryzykować nawet życia, by zbudować nowe Corta Hélio, jeszcze potężniejsze niż przedtem. Potrzebuje jednak sojuszników – aby ich zyskać, porywa się na podróż na Ziemię, wyprawę niewykonalną dla urodzonego na Księżycu człowieka.
W niestabilnym księżycowym klimacie zwieńczeniem intryg, zmieniających się sojuszy i politycznych machinacji wielkich rodów staje się otwarta, krwawa wojna.
Luna: Wilcza pełnia jest kontynuacją sagi o pięciu księżycowych Smokach.

 

źródło opisu: www.mag.com.pl

źródło okładki: www.mag.com.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 383
Agnieszka | 2017-05-24
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 24 maja 2017

Jest to właściwie recenzja obu tomów.

Znałam dotąd (przed Luną) 3 książki Iana McDonalda, każdą czytałam z przyjemnością na tyle dużą żeby sięgać do następnych. Ale żadna z tych powieści nie kupiła mnie w pełni, w Brasyl nie pasowało mi tempo, było za szybkie, nie pozwoliło rozwinąć się opowieści, czytanie przypominało bieg na czas, w Domu Derwiszy -skądinąd chwilami zachwycającym - nie udało się stworzyć McDonaldowi wystarczającej więzi miedzy mną a bohaterami, Dni Cyberabadu -zestaw opowiadań, odrobinę mnie znużył, mimo charakterystycznej dla McDonalda obfitości pomysłów, ciążyła mi jednorodność atmosfery.

Nie był więc McDonald moim ulubionym pisarzem i nie czekałam niecierpliwie na kolejne jego książki. Aż do Luny. Pierwszy tom Luna: Nów ukazał się rok temu. W kwietniu tego roku drugi Luna: Wilcza Pełnia. Wiem, że kiedyś w zamierzeniach autora miała to być dylogia. Ale mam ogromną nadzieję, że nie spełni tej groźby i będzie jeszcze Lunę pisał. Furtek w drugim tomie zostawił sobie wiele.

Dlaczego to podoba mi się tak bardzo?

Muszę przyznać że już na dobę utknęłam z tym pytaniem. Kiedy książka (film, płyta, spektakl) staje się tym ulubionym, człowiek ma ogromną potrzebę zarażenia swoją fascynacją innych. Przez rok wetknęłam Lunę w ręce połowy rodziny, na drugą połowę też się czaję. Teraz wychwalam ją tutaj. A odpowiedź wcale nie jest prosta. Właściwie myślę, że to trochę jak z zakochaniem, tysiąc i jeden czynników decyduje w nas i za nas, i teraz weź to człowieku przełóż na język recenzji.

Po pierwsze to wyborna książka przygodowa. Jak Diuna, Trzej muszkieterowie, cykl o Tomaszu Cromwellu Hilary Mantell, Władca Pierścieni albo Harry Potter. Losy bohaterów śledzimy z wypiekami na twarzy, biegniemy przez książkę, zmuszeni trwogą o ich życie, ja wróciłam do zwyczaju z lat szczenięcych i sprawdzałam kilkadziesiąt stron do przodu czy nadal są tam imiona bohaterów, żeby wiedzieć już kto przetrwał zawieruchę. Dawno nie miałam takiej frajdy i nie było mi tak smutno.

Z tą cechą wiąże się druga, czyli znakomite tempo obu powieści. Pisze McDonald zgodnie z hitchcockowską zasadą budowania napięcia: najpierw trzęsienie ziemi, a potem naprawdę będzie się działo. Przy czym w Lunie jednocześnie znajduje przestrzeń dla opowieści, autor rozwija przed nami świat i bohaterów. Napisał książkę bez zbędnych słów i scen, ale z miejscem dla dwóch stron opisu wypieku ciasta. Myślę, że to co prezentuje McDonald w konstrukcji powieści w obu Lunach, to właśnie jest mistrzostwo.

Świat przedstawiony. W moim przypadku trafia McDonald w środek jakiejś głębokiej tęsknoty. Dwa lata i będziemy świętować 50-lecie pierwszego lądowania na Księżycu. 50 lat i wydarzyło sie tak niewiele. Gdy byłam dzieckiem sądziłam, że na Księżycu już wkrótce zamieszkają ludzie. Dziś mamy pięcioro kosmonautów w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Znamy nazwiska żon piłkarzy, nie ich. A McDonald osadza swoją sagę na Księżycu, w nie tak odległej przyszłości, umie pokazać dlaczego i jak doszło jednak do tego, że ludzie w Kosmos ruszyli. Wychodzi na przeciw, chyba nie tylko mojemu, marzeniu.

Natknęłam się w sieci na wypowiedź McDonalda, w której nazywa on Lunę Dallas w kosmosie (stary amerykański serial o pięknych i bogatych). Była to zapewne i skromność, i żart. Bo Luna to nie Dallas, to raczej Ojciec chrzestny, albo znakomity serial-western Deadwood. Na Księżycu przyszłości rządzi pięć rodów, swą pozycję zawdzięczają morderczej harówce, szczęściu, bezwzględności w dążeniu do celu. Nie ma tu państwa, jest terytorium pogranicza. Napięcia między rodzinami kształtują świat. Od razu w pierwszym tomie wprowadza McDonald całą plejadę bohaterów (na razie są to głównie Cortowie -jedna z rodzin; w drugim tomie poszerzy pole). Postacie to kolejny mistrzowski element fabuły. Bohaterowie są wyraziści, zróżnicowani, wiarygodni; kobiety, mężczyźni, nastolatki i ludzie dojrzali. Każdy znajdzie tu coś dla siebie i myślę że wielu czytelników, jak ja, będzie miało problem z wybraniem, czyje losy śledzić z największą uwagą.

Recenzując rok temu pierwszy tom zwracałam uwagę na to, że McDonald kroczy w Lunie znanymi ścieżkami, rewelacyjnie wykorzystuje schematy, Luna ma wiele wspólnego z Diuną, można się licytować w wyszukiwaniu podobieństw (rywalizujące arystokratyczne rody, planety będące zabójczo niebezpiecznymi pustyniami, fizyczne i psychiczne podobieństwa miedzy baronem Harkonnenem a Robertem Mackenzim, żeńskie zakony o niezwykłych ambicjach - naprawdę długo da się tak bawić). Tom drugi udowodnił mi natomiast jak spójną i wypracowaną wizję świata ma McDonald (w Wilczej Pełni zjedziemy nawet na chwilę na Ziemię), doceniłam innowacyjność tej powieści.

Do tego wybrnął McDonald (chociaż wybrnął to złe słowo, sugeruje, że zabrnął, a to tylko ja się bałam, że zabrnął) z pułapek wątku wilkołaczego. Bałam się jakiejś bzdury, kompletnie nie pasującej do książki mistyki dla nastolatków, a tymczasem autor nie tylko całkiem nieźle wszystko zracjonalizował, lecz i przekonał mnie, że subkultura wilków jest przejawem bardzo przemyślanego obrazu całkiem nowego społeczeństwa, nowej cywilizacji, ewolucji gatunku homo.

Społeczeństwo, które powstaje od zera, na całkiem innych zasadach (pełno tu drobnych pomysłów, które zmieniają wszystko - na przykład, na Księżycu nie gromadzi się rzeczy, recykluje się je w drukarkach 3D, powszechność drukarek sprawia że rzeczy nie są problemem, problemem jest dodatni bilans węglowy, on często decyduje o przeżyciu, nie marnuje się go na bibeloty na półkach) pokazał McDonald niezwykle wnikliwie. Ten aspekt powieści, niespodziewanie, świetnie wpisuje się w tak modny -również w fantastyce, i tak trudny, przez co często przedstawiany do bólu nieudolnie, temat gender. McDonaldowi udaje się pokazać społeczeństwo, w którym nastąpiło kompletne przewartościowanie ról płciowych, i nie mam tu na myśli odwrócenia biegunów, bo taka zmiana, pozornie drastyczna, byłaby tylko wariacją na temat tego co jest; w społeczeństwie księżycowym role determinuje potrzeba chwili nie płeć. Jest to zakorzenione tak w życiu społecznym (kontraktach małżeńskich) jak i w indywidualnym hedonizmie. Wszystkim, którym temat gender wydaje się wymysłem, polecam tę lekturę w ramach poszerzania horyzontów.

Ian McDonald stworzył książkę o doskonałych proporcjach, klasyczną w warstwie fabularnej, fenomenalną w narracji, znakomitą w kreacji świata. Polecam gorąco.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Uncanny X-Force: Sposób na Apocalypse'a

Przyjemny fast food. Ekipa mutantów to nie jest grupka kumpli, a zadania, jakich się podejmują, wymagają urządzania krwawej jatki i podjęcia trudnych...

zgłoś błąd zgłoś błąd