Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Wojna Francusko-Pruska. Niemieckie zwycięstwo nad Francją w latach 1870-1871

Tłumaczenie: Juliusz Tomczak
Wydawnictwo: Napoleon V
7,75 (4 ocen i 2 opinie) Zobacz oceny
10
1
9
0
8
0
7
3
6
0
5
0
4
0
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Franco-Prussian War: The German Conquest of France in 1870-1871
data wydania
ISBN
9788378892854
liczba stron
355
kategoria
historyczna
język
polski

Wojna Francusko-Pruska z lat 1870-1871 brutalnie zmieniła bieg historii Europy. Zaniepokojony ambicjami terytorialnymi Bismarcka oraz miażdżącymi zwycięstwami armii pruskiej nad Danią w 1864 i nad Austrią w 1866 roku, francuski cesarz Napoleon III poprzysiągł zmusić Prusy do uległości. Oparta na wielu archiwalnych materiałach z Europy i Stanów Zjednoczonych, wykorzystanych tu po raz pierwszy,...

Wojna Francusko-Pruska z lat 1870-1871 brutalnie zmieniła bieg historii Europy. Zaniepokojony ambicjami terytorialnymi Bismarcka oraz miażdżącymi zwycięstwami armii pruskiej nad Danią w 1864 i nad Austrią w 1866 roku, francuski cesarz Napoleon III poprzysiągł zmusić Prusy do uległości. Oparta na wielu archiwalnych materiałach z Europy i Stanów Zjednoczonych, wykorzystanych tu po raz pierwszy, Wojna francusko-pruska Geoffreya Wawro opisuję wynikłą wskutek tego wojnę w porywający i szczegółowy sposób. Kiedy w lipcu 1870 roku mobilizowały się armię, wynik konfliktu jawił się jako niemożliwy do przewidzenia. Prusy i ich niemieccy sojusznicy mieli dwukrotnie więcej żołnierzy, niż Francuzi. Lecz grognards ("stare zrzędy") marszałka Achille'a Bazaine'a owiani byli legendarną sławą najbardziej przedsiębiorczych, zaprawionych w bojach i najcelniej strzelających żołnierzy w Europie, uzbrojonych w dodatku w Chassepoty - najlepsze karabiny świata. Od intryg politycznych, którymi rozpoczęła się i zakończyła wojna, po krwawe bitwy pod Gravelotte i pod Sedanem, oraz ostatnie, mordercze zmagania nad Loarą i pod Paryżem, jest to olśniewająca, solidna historia wojny francusko-pruskiej.

 

źródło opisu: Wydawnictwo Napoleon V, 2015

źródło okładki: http://napoleonv.pl/index/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 8
historyk | 2017-05-16
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 16 maja 2017

"Prusy rozstrzygająco zademonstrowały, że siła wojska leży w jego gotowości. Wojny wybuchają teraz tak szybko, że to co nie będzie gotowe w momencie wybuchu, nie uda się przygotować na czas (...) a gotowa armia jest dwakroć silniejsza od na wpółgotowej" - to ocena austriackiego feldmarszałka Heinricha Hessa po klęsce, jaka zadane jego państwu w pamiętnym 1866 r. Nie przesadzę, że od wielu (bardzo wielu) lat czekałem na książkę, która zaspokoiłaby moją ciekawość na temat jednej z najważniejszych wojen w nowożytnych dziejach Europy. Kiedy tłumaczę swoim uczniom, że bez wydarzeń z 1870 r. nie zrozumieją czym była... II wojna światowa, to się uśmiechają pod nosem. No to zaczynam pewną wyliczankę: "W 1870/71 Francja przegrywa wojnę a Prusami! Prusy zabierają Alzację i Lotaryngię. W 1918 r. Niemcy przegrywają I wojnę Światową! Francja odzyskuje Alzację i Lotaryngię. W 1940 r. Niemcy najeżdżają Francję! Hitler odłącza Alzację i Lotaryngię.W 1945 r. III Rzesza przegrywa i Francja przyłącza... I klasa dokańcza to zdanie: Alzację i Lotaryngię". I w tym momencie wojna francusko-pruska wcale nie jest tak odległa, jak pierwotnie się uważało. Wydawnictwo Napoleon V po raz pierwszy w moich "Przeczytaniach...". Debiutuje książką autorstwa Geoffreya Wawro "Wojna francusko-pruska. Niemiecki podbój Francji w latach 1870-1871", w tłumaczeniu Juliusza Tomczaka.
Walorem książki, niezaprzeczalnym, jest jego język. Pewnie, że w podobnych chwilach, kiedy mamy do czynienia z tłumaczeniem nie wiadomo komu zaliczamy ten fakt na "+": Autorowi czy Tłumaczowi? Jedno nie ulega wątpliwości: "Wojnę francusko-pruską..." czyta się doskonale! Od pierwszego do ostatniego zdania. Tym bardziej, że chronologia zdarzeń jest obfita, a jednak nie nudna. To nie jest akademicki popis profesorski! A mogłoby tak być. Z krótkiej notki biograficznej Geoffreya Wawro dowiadujemy się m. in. że: "...jest profesorem Badań Strategicznych w U.S. Naval War College w Newport w stanie Rhode Island". Zgrzyta mi w uszach, kiedy czytam o pokrewieństwie Napoleona III (nie wiedzieć czemu z uporem nazywanym Ludwikiem Napoleonem?) z Napoleonem I, że ten drugi wobec tego pierwszego był... wujem. Nie wiem czy w języku Autora nie ma rozróżnienia między bratem ojca (stryjem), a bratem matki (wujem)? Widzę, że Wydawnictwo poważnie traktuje swoich czytelników, skoro zatrudnia "korektę językową". To samo dotyczy tytulatury trzeciego Bonapartego: to jednak cesarz Francuzów. Wartością dodaną jest ikonografia. 18 rycin i zdjęć. 13 mapek. Aha! na stronie 32 wdarł się błąd dotyczący kardynała Armanda-Jeana du Plessis de Richelieu: "...dyktował granice Świętego Cesarstwa Rzymskiego w 1648 r.?". Jak ktoś, kto zmarł 4 XII 1642 r. mógł podpisywać dokument w 1648 r.? Raczej chodziło o kardynała Giulio Mazzariniego, następcę i ucznia Richelieu.
"Umieścił lufę swojego Chassepota naprzeciw lewego oka i pociągnął za spust palcem u stopy. Kula urwała prawą stronę jego twarzy. To było straszne" - to jest straszne. Relacja sprzed blisko stu pięćdziesięciu laty robi wciąż wrażenie. Samobójstwo francuskiego żołnierza, z użyciem karabinu, to wcale nie odosobniony epizod. Klęska? Kapitulacja Sedanu? Też bym tak myślał. Nic bardziej mylnego. Ten epizod wprawdzie wydarzył się w twierdzy Metz, aliści jeszcze nie padł żaden strzał ze strony wroga. Że był telegram z Ems, upadek Sedanu, obrona Metz, von Moltke i von Bismarck, to niemal alfabet podstawowych faktów. I podejrzewam do nich ogranicza się nasza wiedza o wojnie z przełomu lat 1870 i 1871. Tym bardziej musimy sięgnąć po książkę Geoffreya Wawro, bo tylko ona zaspakaja naszą ciekawość w temacie.
Tak, nawet w takiej monografii szukam człowieka, uwikłania. I Geoffrey Wawro, i w tej materii nie zostawia nas samych sobie. Kreśli nie tylko wnikliwą analizę, jak TO się stało, ze Francja porwała się na wojnę z Prusami, dlaczego Napoleon III był tak bardzo chętny machać szablą, ale widzimy od podszewki wnikliwe dochodzenie do wybuchu i ludzi, którzy do tego dążyli. Nic nowego? A ja mam wrażenie, że często umykają nam ty rysy, jak jeden panem z drugim panem planował, przewidywał, stawiał wszystko na jedna kartę. Otwierając książkę o tytule "Wojna francusko-pruska..." raczej spodziewamy się natknąć na suchą faktografię, wykazy, tabele, zestawienia pułków, analizę strat i zysków. Nie twierdzę, że odbiera się nam i takie przyjemności, ale Autor naprawdę patrzy szerzej. Nim znajdziemy się pod murami Wissembourga i przemówią miast argumentów armaty, umiejętnie wprowadza nas do gabinetu cesarza Francuzów. Ale nie tylko, jak bratanek chciał iść drogą wielkiego stryja, ale jaki wpływ miała na bieg zdarzeń cesarska małżonka. G. Wawro widział to tak: "...Napoleon III był osłabiony atakiem podagry, który zbiegł się z hiszpańską aferą, małżonka skupiła uwagę na pruskim zagrożeniu i przechwalała się w szczytowym momencie kryzysu: «c'est ma guerre» («To jest moja wojna»). Adolphe Thiers, który zastał cesarz rozdartego «wahaniem typowym dla jego charakteru», oświadczył, że w roku 1870 do wojny parła tak naprawdę cesarzowa Eugenia, Gramont, Ollivier, oraz wojsko - «generałowie, w nadziei zostania marszałkami, oraz marszałkowie, ponieważ chcieli zostać diukami i książętami»". Postawa cesarzowej zaskakuje. Przyznajmy się: raczej nie widzieliśmy w tym wszystkim "kobiecej ręki". A tu taka niespodzianka. Dalej jest jeszcze ciekawiej: "Postawa Eugenii wynikała z nienawiści wobec Bismarcka i Prus, oraz obawy, że Francja «Francja traci swoją pozycję wśród państw i musi ją odzyskać lub zginąć»". No to piękne rączki pchnęły Mariannę ku wojnie z berlińskim niedźwiedziem?Pewnie, że wielu z nas fascynują główni bohaterowie tego dramatu, jaki rozegrał się na oczach Europy i na dziesięciolecia wytyczył kształt kontynentu. Napoleon III, cesarz Francuzów w latach 1852-1870, nie tryskał tryumfalizmem? Stan ducha i ciała z końca lipca 1870 r. nie rokował nazbyt optymistycznie. Geoffrey Wawro nie bez podstaw przytacza taką oto sytuację: "Napoleon III zdawał się tak słabowity, że kiedy 29 lipca w otwartym powozie udał się przez St. Avold na inspekcję, jego adiutanci pochylali się nad nim, by osłonić go przed rzucanymi z balkonów kwiatami". W końcu okrzyk "àbas la famille imperiale!" ("Precz z rodziną cesarską!") wznosił szeregowiec armii francuskiej Louis Germain, a nie pruski czy bawarski rekrut. Te dwa przykłady (jest tu ich znacznie więcej) uświadamiają nam, że nie najlepiej było z nastrojami pośród mieszkańców II Cesarstwa. Czy zatem nie wznoszono okrzyków typu "Na Berlin!"? Też były. Ale wyobrazi sobie armię, która idąc do punktów zbornych porzuca... sprzęt wojskowy? Oczom samego Cesarz, pod Saarbrücken, objawił się taki widok: "...na przestrzeni 3 mil teren usłany był porzuconymi tornistrami, kocami, ładownicami, niezbędnikami i nabojami. Zmęczeni drogą na front, żołnierze Frossarda [gen. Charles Auguste Frossard (1807-1875), uczestnik wojny krymskiej i kampanii włoskiej - przyp. KN], po prostu porzucili po drodze wszystko oprócz karabinów". Ten stan rzeczy tłumaczono m. in. skutkiem agitacji rewolucyjnej. Ale i strona pruska nie grzeszyła stuprocentowym entuzjazmem. To pozwoliło Autorowi przypomnieć i taki epizod: "Wielu pruskich jeńców było zdemoralizowanych jeszcze zanim rozpoczęła się bitwa. Byli żonatymi mężczyznami, którzy mieli na utrzymaniu rodziny. Niektórzy «rzucali broń» bez walki;uważali Francuzów za «zbyt groźnych» [...]". Chwilami dziw bierze, że w ogóle ktoś te wojnę wygrał.
Od statystyki nie uciekniemy. Zresztą, co bardziej uświadamia ogrom dysproporcji walczących stron, jak liczby. Nie, nie znajdziemy tu najdrobniejszej tabelki, ale stosowne liczby znajdziemy. Dzięki nim chyba doskonale zrozumiemy czym były Francja i Prusy w 1870 r.: "Znacznie większą część niemieckiej sieci klejowej była dwutorowa, co oznaczało, że Niemcy przemieszczali się w 1870 roku nad francuska granicę średnio 50 pociągów dziennie, Francuzi zaś tylko 12". Kiedy Francuzom tygodni trzeba było, aby przemieścić swe wojska ("...żaden francuski pociąg nie mógł przewieźć na raz więcej, niż jeden batalion piechoty, szwadron kawalerii, baterię artylerii lub kolumnę zaopatrzeniową"), to Prusakom zajmowało to kilka dni. "Nic dziwnego - konkluduje G. Wawro - że francuskie dywizji, które miały liczyć po 9100 ludzi, siódmego dnia mobilizacji miały tylko 65000". Zaskakujące są informacje o... morale wojskowym pośród Francuzów: "Już w toku mobilizacji armii żołnierze regularni wykazywali znikomy entuzjazm wobec zadania, jakie przed nimi stało, i wymagali ustawicznego egzekwowania dyscypliny. [...] 28 lipca «Journal de Marseille» donosił, że batalion skierowany tego dnia do Metzu wyruszył w drogę koleją bez 200 ludzi, którzy rozeszli się w celu delektowania się «rozkoszami miasta»". Jak to się miało do nastrojów strony przeciwnej, skoro dwa tygodnie wcześniej, kiedy król Prus Wilhelm I Hohenzollern przejeżdżał przez Marburg wznoszono okrzyki: "Krieg, wir wollen Krieg Majestät!" ("Wojny, chcemy wojny, Wasza Wysokość!")? Musiało być niezwykłym zjawiskiem, to co opisywała paryska prasa o ty, s co dostrzegli korespondenci z Prus, że masowo znikali "...wszyscy mężczyźni w wieku od 20 do 38 lat. (...) Wszyscy pod bronią (...). Okolica jest opuszczona. Kłosy pszenicy czekają na nieobecne kosy, a wszędzie, gdzie nie spojrzeć, są żołnierze!". Aż dziw, że mego wielkopolskiego prapradziada Antoniego (rocznik 1846) pominął pobór. Chyba, że ja o czymś nie wiem.
"Wielu francuskich generałów ignorowało przewagę siły ludzkiej po stronie pruskiej, pocieszając się myślą, że francuscy grognards («stare zrzędy») - posiwiali weterani wojny krymskiej, włoskiej i kampanii meksykańskich - spiszą się znacznie lepiej niż zieloni rekruci czy naprędce powołani rezerwiści pruscy" - proszę doczytać, jak wyglądał system rekrutacji we Francji,a jak w Prusach. Nas może tylko śmieszyć lub z goła oburzać beztroska Francuzów. Kiedy czyta się stosowne fragmenty zachodzimy w głowę czy naprawdę nad Sekwaną nie brano pod uwagę skutki tego, że wróg prowadził zwycięskie wojny w 1864 i 1866 r.? A do tego musiała być chyba znana wykładnia wbijana pruskim rekrutom do głów: "Der Soldat soll das Vaterland gegen äussere Feinde verteidigen, und die Ordung im Innern beschützen" ("Żołnierz musi bronić ojczyzny przeciwko nieprzyjaciołom zewnętrznym, jak również stać na straży porządku wewnętrznego"). I raz jeszcze liczby: "W roku tym [tj. 1870 - przyp. KN] w pełni zmobilizowana armia pruska osiągnęłaby liczebność ponad miliona ludzi. Przeciwko tej zbrojnej rzeszy Francuzi mieliby szczęście, jeśli zdołaliby zgromadzić 400 000 żołnierzy". Tego sztab Napoleona III też nie wiedział?
"Francja ma pieniądze i żołnierzy. Prusy już wkrótce nie będą miały ani jednego, ani drugiego. Zachowajcie spokój; nagroda czeka cierpliwych" - to w 1869 r., słowa Otto von Bismarcka. Wielokrotnie wraca do mnie problematyczne dla mnie pytanie: czy jako Polak, potomek Wielkopolan (gniazdo rodowe leży pod samą Wrześnią), mogę się fascynować "żelaznym kanclerzem"? Trudno, aby był mi obojętny. Trzeba oddać sprawiedliwość: kanclerz był cierpliwy. Kuł żelazo bardzo starannie i skutecznie. Intryga z osławioną emską depeszą, to prawdziwy majstersztyk! Kilkaset metrów od miejsca, w którym teraz piszę znajdowało się jeszcze sto lat temu... Bismarckhöhe und Bismarckturm. Warto chyba przytoczyć kilka wypowiedzi tego polityka:

Wielkie kryzysy sprzyjają wzrostowi Prus.
Jest tylko jeden sojusznik dla Prus: lud niemiecki.
Drzewa znaczą dla mnie więcej niż ludzie.
Jeśli Prusy znów ruszą, Francja uderzy.
Zwróciłem uwagę [Gramonotowi], że pruskie zrzeczenie się całkowicie zmienia położenie Francji. Gdyby doszło do wojny, cała Europa powie, że to wina Francji, że Francja to rozpętała z dumy i urazy.
Błędem jest liczyć na "wdzięczność", szczególnie zaś "wdzięczność" narodu.

Nie było obiecywanej "drugiej Jeny"! Ale i Napoleonowi III ni jak się nie miało do Napoleona I! Samo noszenie nazwiska "Bonaparte" nie czyniło z nikogo bogiem wojny! Sromotnie się o tym przekonał ostatni panujący dziedzic tego nazwiska. I o tym tez jest książka Geoffreya Wawro.
Trudno, bym zatrzymywał się przed każdą bitwą i analizował jej przebieg. Szukam smaczków, jakie niesie z sobą taka monografia. I znajduję je: "Większość niemieckich żołnierzy był pochłonięta pierwszym zetknięciem z mieszkańcami Afryki i zaciekawieniem przyglądali się zabitym oraz wziętym do niewoli turkosom «jakby byli zwierzętami w zoo», z wahaniem dotykali ich «włosów jak u pudli ». [...] Prusacy i Bawarczycy tłoczyli się wokół turkosów, strojąc dziwne miny, bełkocząc do nich niezrozumiale i gestykulując żywiołowo, a nawet częstując cygarami i w nadziei, że przemówią". Wśród tych zdziwionych byli m. in. Ślązacy. Jak to ówczesna propaganda zwielokrotniała owoce zwycięstwa i podkreślała znaczenie bitew! Nic się nie zmieniło przez ostatnie blisko 150-ąt lat: "Bawarczycy w rozstrzygający sposób pokonali wrogów Niemiec (...) pole bitwy stanowi świadectwo ich niezachwianej wierności". Prawdę mówiąc, to pod Wissembourgiem nie wszystko było tak różowe... Ale ten problem do rozstrzygnięcia pozostawiam każdemu czytającemu.
Pewnie, że obie walczące strony odróżniała taktyka. Raz po raz Geoffrey Wawro powraca do tej kwestii, albo jeszcze lepiej: samo przypomina się, kiedy przychodzi do opisywania walk. Swoją droga ciekawe, jak bardzo podobnie myślano w czasie wojny, która nadeszła w 1914 r.: okopać się, czekać na wroga, zadać mu starty i wygrać. Tylko, że takie myślenie okazało się mało efektywne już w 1870 r.! W "Wojnie francusko-pruskiej..." czytamy m. in. to: "Kontrast pomiędzy stylami dowodzenia obu stron był uderzający: podczas gdy francuscy generałowie wykazywali niewiele inicjatywy i rzadko opuszczali ustalone pozycje i linie komunikacyjne, pruscy generałowie natychmiast wchodzili do bitwy, nawet jeśli oznaczało to możliwość użycia tylko ułamka sił i to bez zaopatrzenia". Zaskakuje, jak mało mobilni strategicznie i... umysłowo byli Francuzi. Prusacy zaś: "Potrafili zgrupować przypadkowe bataliony i podzielić się zaopatrzeniem oraz amunicją. Celem nadrzędnym było zwiększenie liczebności w miejscu ataku i naciskanie przeciwnika". Skutkiem takiego prowadzenie wojny będzie upadek jednego cesarstwa i narodziny kolejnego. Proponuje kilka uwag Helmuta von Moltke (1800-1891), zwanego przez Niemców „der große Schweiger":

Tajemnica naszego sukcesu leży w nogach; zwycięstwo wynika z maszerowania i manewrowania.
Minął czas, kiedy [Francuzi] mogli wykorzystać swoją nazbyt pospieszną mobilizację.
Odszukać główne siły nieprzyjaciela i zaatakować je, gdziekolwiek będą.
Teraz mamy ich w pułapce na myszy.
...musimy walczyć z tym narodem kłamców [tj. Francuzami - przyp. KN] do gorzkiego końca.

Opowieści o skuteczności ówczesnej broni mogą zaskoczyć nie jednego czytającego: "...mniej niż jedna na każde 75 kul trafiała w cel". W ciągu jednego dnia walki pod Spicheren dywizja generała Vergé zużyła 146 tys. nabojów, co stanowiło 1/3 "całej wojennej produkcji karabinowej francuskiego przemysłu". Trzeba jednak podziwiać pruskiego jegra, który zdobywał wskazane mu pozycje: "...Prusacy zmierzający ku Spicheren nacierali pod krzyżowym ogniem na ukształtowane w półksiężyc pozycje dwóch francuskich pułków liniowych i batalionu szaserów, parli zacięcie naprzód. [...] Maszerując i strzelając, Prusacy niepowstrzymanie parli naprzód, najpierw przez lasy, później przez kartofliska wreszcie żwir zbocza Rote Berg". Oto, co zanotował jeden z francuskich oficerów: "Nasi żołnierze strzelali z karabinów przez cały dzień nie wywierając żadnego widocznego wpływu na nieprzyjaciela, który ustawicznie zwiększał swoją liczebność i zwinął nasze skrzydła". Tak, uznanie w oczach wroga! Bezcenny głos! "Nous sommes tournées!" ("Jesteśmy oskrzydlani!") - ten okrzyk wniosło wielu dowódców w tym języku. Jaka szkoda, że nie miejsce, aby każda, że wspomnianych bitew może znaleźć swoje miejsce w tym "Przeczytaniu...". W końcu stawiam sobie za cel rozbudzenie tematyką, książką, a nie przekazanie w 100% odczuć i jej sekretów.
"Troski cesarza Napoleona III były znacznie poważniejsze. Prusacy zdawali się rozbijać jeden korpus armijny za drugim" - uzupełnia nam sumiennie wojenną biografię JCM Geoffrey Wawro. Ciekaw jestem z jakimi uczuciami obecni Francuzi czytają dziś treść listu, jaką synowiec Napoleona wielkiego pisał do króla Prus, który był na tyle stary, że pamiętał upokorzenie czasu Jeny i Tylży: "Nie zdoławszy polec wśród swoich żołnierzy, nie pozostało mi nic innego, jak tylko oddać moją szpadę w ręce Waszej Wysokości". A prości żołnierze krzyczeli: "Ne tires pas! On pose les armes!" ("Nie strzelajcie! Składamy broń!"). Wiele bym dał, aby przenieść się w czasie i być 2 IX 1870 r. w Donchéry. To tam doszło do spotkania złamanego Napoleona III i triumfującego O. von Bismarcka, Geoffrey Wawro tak to opisuje: "Bismarck przechwycił francuskiego cesarza, pokierował go na dziedziniec karczmy, usiadł z nim na ławce i gromił go przez całą godzinę. Prusacy nie okażą żadnej łaski oprócz zwyczajowych formalności towarzyszących kapitulacji. świadkowie, którzy obserwowali ich ze stosownej odległości, zwrócili uwagę, że Bismarck gorączkowo gestykulował, podczas gdy cesarz osuwał się coraz bardziej na swoim krześle". Wielka szkoda, że Autor nie wtrącił do swej narracji pamiętnego okrzyku radości samego Helmuta von Moltke: "Der Kaiser ist da! Der Kaiser ist da!". Czy to nie paradoks dziejów, że w spotkaniu cesarza i króla wzięli również udział Achille Murat oraz Egar Ney, synowie słynnych marszałków napoleońskich (obaj rozstrzelani w 1815 r.)?
Wraz z Cesarzem do niewoli dostało się 83 000 żołnierzy! Prusacy nie byli na to przygotowani. O techniczny rozwiązaniu tej sprawy taki pisze Geoffrey Wawro: "Zamiast wybudować obóz jeniecki, Niemcy po prostu zagonili wszystkich jeńców z Armii Châlons na «półwysep Iges» - skrawek ziemi na zachód od Sedanu, z trzech stron otoczony Mozą". Warunki, jakie tam panowały jeszcze dziś robią szokujące wrażenie: "Był to obraz nędzy: przygnębieni francuscy żołnierze, przemienienie przez los w «szumowiny, hałastrę i włóczęgów». Smród dziesiątek tysięcy brudnych ludzi był niczym w porównaniu z odorem umierających koni. Wiele z nich padło z głodu lub ran; 3000 zabili żołnierze bawarskiego batalionu, którym rozkazano zlikwidować wszystkie, które wyglądały na chore. Zamiast pogrzebać zwłoki, Bawarczycy stoczyli je do Mozy". Bagatela! zagarniętych koni było 10 000. Rzeka szybko zamieniła się w zwierzęcą trupiarnię! W tym samym czasie w Paryżu gniew ludu skierował się przeciwko wszystkiemu, co napoleońskie i cesarskie. Place de la Concorde wypełnił tłum 60 000 zrewoltowanych ludzi! Po stronie ludu stawało wojsko, a po ulicach niósł się okrzyk: "Vive la République, pas de Commune!". III republika stawała się faktem.
"Bismarck spodziewał się, że Napoleon III podpisze szybko zawieszenie broni po Sedanie, lecz jego nadzieje upadły z powodu rewolucji w Paryżu i apatyczności samego cesarza" - kreśli G. Wawro sytuację, w jakiej znalazł się pruski najeźdźca. Czas grał na korzyść Francuzów. Przed Prusakami stała stolica z dwoma milionami mieszkańców i czterysta tysięczną armią. To sam Bismarck usłyszał pytanie: "Czy powinniśmy uznać wojnę za zakończoną wraz z wzięciem do niewoli francuskiego cesarza?". Na Sedanie wojna nie wygasła. Niespodzianką w tej książce dla mnie jest ten choćby zapis (dlaczego? zaraz wyjaśnię): "Niemal każda stopa drogi usłana była kawałkami szkła z butelek po winie, opróżnionych i rozbitych przez żołnierzy (...) droga dosłownie wybrukowana szkłem, a ilość wypitego (nic nie zmarnowano) wina musiały być olbrzymie (...) Przez całą drogę z Sedanu na poboczach ciągnęły się dwie niemal ciągłe linie rozbitych butelek". To o opilstwie zwycięskich pruskich wojaków! Autorem tego zapisu był... generał Philip Sheridan (1831-1888). Tak, chodzi o t e g o Sheridana z wojny secesyjnej. Obok niego, u boku armii pruskiej, znalazł się również inny jankeski dowódca: Ambrose Burnside (1824-1881)! Nie spodziewałem się spotkać obu tych panów w tym miejscu. Oczywiście Prusacy walczyli nie tylko z korkami od butelek. Bilans, na niekorzyść Francuzów, był przytłaczający: w niewoli znalazło się oprócz Cesarza ćwierć miliona żołnierzy, czterech marszałków, stu czterdziestu generałów i dziesięć tysięcy oficerów! Sama mapka oblężonego przez pruskie korpusy Paryża już przeraża. Geoffrey Wawro przypomina do jakiej brutalizacji chciał posunąć się Bismarck: "...nalegał, by nie okazywano «lenistwa w zabijaniu», dopóki Francja kontynuować będzie swój daremny opór. Jeśli francuska wioska odmówiła pokrycia nałożonych zobowiązań, Bismarck chciał, by powieszono wszystkich jej mieszkańców płci męskiej. Jeśli francuscy chłopcy pluli na niemieckich żołnierzy z mostów czy okien, Bismarck chciał, by żołnierze ich zastrzelili. [...] Żołnierze. którzy wzdrygali się przed wykonaniem tych rozkazów, mieli zostać straceni". Proszę zwrócić uwagę, co się stało z wsią Fontenoy-sur-Moselle. Nie ukrywam, że zaskoczyło mnie to bezprzykładne rozpalanie nienawiści i chęci mordu na pokonanych. Geoffrey Wawro wyciąga dalej wnioski: "...pruska armia, która - o! ironio! - potępiała okrucieństwa i wielkie starty wojny secesyjnej, rozpoczęła teraz z determinacją całkowita amerykanizację wojny francusko-pruskiej, Bismarck zaś czynił wszystko, co było w jego mocy, aby - jak mógłby to ująć generał William T. Sherman - «sprawić, że Francja zawyła»". Smutne. "zastrzelić i zadźgać wszystkich Francuzów, łącznie z małymi dziećmi" - takie radykalno-bandyckie żądania wnosiła sama Frau Johanna von Bismarck, geboren von Puttkamer (1824-1894). Swoją drogą ciekawe w jakim stopniu spokrewniona z Marylą Puttkamerową urodzoną Wereszczakówną (1799-1863)?
Morale, dyscyplina opuszczała nie tylko przegranych Francuzów. Geoffrey Wawro rozszerza nam horyzonty spojrzenia na rok 1871: "Wraz ze spadkiem temperatury ramia niemiecka skupiała się coraz bardziej na jedzeniu, seksie i występkach. Hanowerski szeregowy wspominał, że «humor stawał się coraz bardziej paskudny»; żołnierze wkraczali do francuskich miasteczek krzycząc: «Mademoiselle, voulezvouz baiser?» ("Panienko, chciałabyś się pier...lić?). Śpiewali na cały głos Deutschland, Deutschland über alles, by rozzłościć słyszących to Francuzów".
Książka Geoffrey Wawro, to kolejne moje czytelnicze doczekanie! Nie mam skali porównawczej. Po prostu nie znam (nigdy nie wyszła?) drugiej tak obszernej publikacji na temat wojna francusko-pruskiej. Zapewne miłośnik epoki nie powinien być rozczarowany. Książka ma wszelkie znamiona literatury popularnej, ale przy tym rzetelnej roboty historycznej. Pewnie, że nie mając dostępu do proponowanej literatury na niewiele się nam zda trud Autora. Rozumiem, że polski tytuł jest wierną kalką angielskiego oryginału ("The Franco-Prussian War: The German Conquest of France in 1870-1871"), ale proszę uważnie wczytać w niego. Mamy zgrzyt. Bo niby: "kto z kim walczył? kto kogo najeżdżał?". Osobiście nie oglądałbym się na oryginał i wpisał podtytuł: "Pruskie zwycięstwo nad Francją". Nie ukrywam, że z chęcią i ciekawością sięgnąłbym po "Wojnę austriacko-pruską..." autorstwa G. Wawro, jaką też wydało Wydawnictwo Napoleon V. Może w niedalekiej przyszłości będzie mi dane napisać kilka zdań i o tej pozycji, i o tej wojnie?


* * *

Bydgoszcz, to osobliwe miejsce, aby pisać o wojnie francusko-pruskiej. Stoi tu po dziś dzień kilka gmachów użyteczności publicznej, które wzniesiono z onej sławetnej kontrybucji wojennej, jaką musiała zapłacić pokonana Francja. Na Cmentarzu Starofarnym przy ul. Grunwaldzkiej jest wspólna mogiła żołnierzy-jeńców francuskich z wojny francusko-pruskiej. Mego ucznia przodek eskortował nad Brdę owych wziętych do niewoli razem ze swym przyjacielem, niejakim Hansem von Beselerem (1850-1921), którego adiutantem w czasie wielkiej wojny był zięć tegoż przyjaciela. Niemożliwe? Ale, to fakt. Historyczny - dodajmy.

PS: Kiedy skończyłem to pisanie jeden z moich kolegów zdradził się, ze jego prapradziadek brał udział w wojnie francusko-pruskiej, ba! walczył m. in pod Gravelotte (18.08.1870). Kawaler Ehrenkreuz za wojnę z Austrią w 1866 r. i Kriegsdenkmünze za kampanię z Francją 1870/71.
Źródło:
http://historiaija.blogspot.com/2017/04/przeczytania-209-geoffrey-wawro-wojna.html

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Zmiany

Moja ulubiona książka D.Steel. Fajnie do niej wrócić po latach. Miłość i rodzina Mel i Petera zostanie wystawiona na ciężkie próby. Czy przetrwa? Teg...

zgłoś błąd zgłoś błąd