Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Wyjątkowo wredna ceremonia

Wydawnictwo: Fabryka Słów
6,01 (120 ocen i 10 opinii) Zobacz oceny
10
2
9
2
8
19
7
29
6
27
5
21
4
7
3
9
2
2
1
2
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
83-89011-78-6
liczba stron
368
język
polski

Grabarstwo to zajęcie nudne i niemiłe; robota brudna i niewdzięczna. Grabarz jest osobnikiem prostackim, ciągle w dym pijanym, o wątpliwej moralności... Liczyć na takiego nie sposób. Co jednak czynić, jeżeli umarli nie chcą leżeć spokojnie w wygodnych mogiłach i wracają do świata żywych pod postacią wampirów, upiorów i ghuli? Do kogo udać się z prośbą o pomoc, gdy na cichych z pozoru...

Grabarstwo to zajęcie nudne i niemiłe; robota brudna i niewdzięczna. Grabarz jest osobnikiem prostackim, ciągle w dym pijanym, o wątpliwej moralności... Liczyć na takiego nie sposób. Co jednak czynić, jeżeli umarli nie chcą leżeć spokojnie w wygodnych mogiłach i wracają do świata żywych pod postacią wampirów, upiorów i ghuli? Do kogo udać się z prośbą o pomoc, gdy na cichych z pozoru cmentarzykach szaleją bandy hien cmentarnych, a nekromanci knują złowieszcze plany? Nie ma najmniejszej wątpliwości — tylko Elizabediath Monck, perła grabarskiej konfraterni, człek do bólu uczciwy, godny zaufania, znawca tajemnych, rytuałów może stawić czoła takim wyzwaniom.

Pełne magii, mrocznych tajemnic, ale i specyficznego humoru opowiadania Tomasza Bochińskiego zadają kłam obiegowym opiniom o przedstawicielach grabarskiego fachu.

W księstwie Gadrin cieszą się oni szczególną estymą. Cech z pokolenia na pokolenie przekazuje sobie Tajemnicę, a Ocaloną Krainę od zagłady dzieli często jedynie długość szpadla trzymanego w silnych dłoniach mistrza cechu grabarskiego...

 

źródło opisu: www.fabryka.pl

źródło okładki: www.fabryka.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 146
Blanche | 2011-09-20
Na półkach: Przeczytane

[Recenzja została opublikowana na stronie zielonawieza.pl.]

Elizabediath Mnock jest grabarzem. W błędzie są jednak Ci, którzy na naszego bohatera patrzą przez pryzmat stereotypów, wyobrażając go sobie, jako człeka prostackiego w obyciu, co to w jednej ręce dzierży łopatę, zaś w drugiej – flaszkę wódki.

Elizabediath Mnock jest osobnikiem, któremu daleko do zwykłego kopidoła. Prawdę mówiąc, od bardzo dawna nie miał szpadla w dłoni. Tak się składa, że szczyci się on tytułem mistrza grabarskiego, toteż wszystkie przyziemne zajęcia wykonują zań czeladnicy.
Cóż jednak robi, jeżeli kopanie grobów nie należy do jego obowiązków? Złośliwi pomyślą zapewne, że jedynie pogania swoich podwładnych. Pragnę zapewnić, że to stwierdzenie ma bardzo niewiele wspólnego z rzeczywistością i spieszę z wyjaśnieniami. Otóż grabarski mistrz podczas ceremonii pogrzebowych pełni rolę kapłana – odprowadza zmarłych na „drugą stronę”, odprawiając nad nimi skomplikowane rytuały, właściwie kultom poszczególnych bóstw. Ponadto, odpowiedzialny jest za utrzymanie porządku na cmentarzu, który ma pod opieką, a więc dba o konserwację nagrobków.

To wszystko, jeżeli mowa o jego oficjalnych powinnościach. Oczywiście, każdy zwykły człowiek poprzestałby na nich; sęk w tym, że opisywany tu heros nie jest zwykłym człowiekiem. W jakiś sposób przecież na miano herosa musiał sobie zasłużyć.
Cóż w nim takiego nadzwyczajnego? To mąż nad wyraz uczciwy, szczery i godzien zaufania, swoją pracę traktujący wyjątkowo poważnie. Krótko mówiąc – profesjonalista pełną gębą, który chce, by na jego cmentarzu niepodzielnie panowały ład i porządek. W związku z tym, nader często zdarza mu się tępić nieumarłych, którzy zamiast spać grzecznie pod kołderką z wilgotnej ziemi, niepokoją żywych. Bywa również, że zmuszony jest obić jakąś hienę cmentarną, wygrzebującą świeże ciałka, by móc wykorzystać je do plugawych eksperymentów. Czasem nawet przychodzi mu ratować damy z opresji!

Elizabediath Mnock to prawdziwa perła grabarskiej konfraterni.

Rycerz niczym jest bez wiernego giermka – podobnie grabarz: nawet najdzielniejszy niewiele zdziała bez pomocy oddanych towarzyszy. Mnockowi asystuje grupka dość oryginalnych postaci, które w równym stopniu służą mu radą, jak wpędzają w kłopoty. Matheus Dalambert to medykus, alchemik i mag, a na domiar złego hiena cmentarna, moczymorda i posiadacz niezwykłej rodziny. Ostatnia z wymienionych cech – być może wbrew pozorom – jest najgorsza. Z żoną – niewiastą wielu talentów, która chwytała się już bodaj wszystkich możliwych zajęć – spłodzić zdołał dwie córki: wielbiącą ponad życie dzieci pierworodną oraz pracującą w miejscowym lunaparze, temperamentną Francine. W szczególnych sytuacjach do drużyny dołączają także wierszokleta, występujący pod pseudonimem Vito Fnito oraz jego bajecznie piękna połowica, medyczka Annika.

Bez wątpienia Wyjątkowo wredna ceremonia – zbiór opowiadań autorstwa Tomasza Bochińskiego – to pozycja, której najmocniejszą stroną są ciekawi bohaterowie. Niestety, niewiele więcej dobrego można o tej książce powiedzieć.

Czytelnik zostaje uraczony sześcioma opowieściami, z czego cztery dotyczą bezpośrednio Elizabediatha. Kolejne dwie historie z pozostałymi łączy jedynie świat, w którym rozgrywa się akcja. Ponadto, wspólnym mianownikiem wszystkich tekstów jest kulejąca mocno fabuła – w dużej mierze ogranicza się ona do tradycyjnego wykonania „questa”. Można rzec, że opowiadania bardziej, niż cokolwiek innego, przypominają scenariusze do sesji RPG. Dodatkowo, odnosiłam czasem niemiłe wrażenie, że pewne epizody zostały w tekst wciśnięte na siłę, ze względu na konieczność zwiększenia objętości książki (spotkanie z kotem grakh). Na domiar złego bohaterowie, choć sami w sobie interesujący, pozbawieni są umiejętności prowadzenia ciekawych rozmów, czy też raczej – autor nie zdołał skonstruować dobrych dialogów, a i styl prowadzenia narracji wiele pozostawia do życzenia.
Jedyny utwór, który choć odrobinę wychodzi poza powyższy schemat to Czapka dla miasta.

Miłym dodatkiem są ilustracje Przemysława Surmy dobrane z wyjątkową celnością, jednak nijak nie łagodzą one kiepskiego wrażenia, jakie sprawia całość.

Osoby, które szanują swój czas, a mimo wszystko zdecydowały się sięgnąć po tę książkę powinny ograniczyć się li tylko do przeczytania wspomnianej wyżej Czapki dla miasta, bowiem pozostałe opowiadania trzymają równy, to jest nienajlepszy, poziom.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Przeżyć dzień jak tygrys. Alex MacIntyre i narodziny stylu alpejskiego w Himalajach

Doskonała książka. Dla wszystkich, którzy interesują się wspianiem. I nie tylko. O życiu i o pasji. Świetny przekład. Tylko okładka ohydna. Z człowiek...

zgłoś błąd zgłoś błąd