pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!
Bar dobrych ludzi
W sercu Manhasset, siedemnaście mil od Manhattanu, na spokojnym przedmieściu, gdzie mieszkało osiem tysięcy ludzi, stał bar o nazwie "Dickens". Nad drzwiami właściciel powiesił szyld przedstawiający z...
W sercu Manhasset, siedemnaście mil od Manhattanu, na spokojnym przedmieściu, gdzie mieszkało osiem tysięcy ludzi, stał bar o nazwie "Dickens". Nad drzwiami właściciel powiesił szyld przedstawiający zarys postaci Charlesa Dickensa, a pod nim gotyckimi literami wymalował nazwę.
Bardziej niż inni rozumiejąc wagę takich lokali, zbudował bar tak unikalny, sprytnie pomyślany, tętniący miłością i idealnie dostrojony do potrzeb klientów, że jego sława sięgała daleko poza granice Manhasset.
Autobiograficzna powieść J.R. Moehringera, dziennikarza "Los Angeles Times", laureta nagrody Pulitzera, jest opowieścią dorastającego chłopca, który właśnie w "Dickensie" szuka miłości, seksu, kłopotów, rodziny, domu i towarzystwa mężczyzn. Wychowany przez matkę i ekscentrycznego dziadka, wśród klienteli lokalnego baru stara się znaleźć mentorów i bohaterów, to tam przyswaja sobie męskie wzorce postępowania, to tam szuka miłości, martwi się jej brakiem i opłakuje jej stratę.
Fascynująca historia trudnego dorastania, która w 2005 roku znalazła się na prestiżowej liście stu najwybitniejszych książek magazynu "The New York Times".
To hołd dla kultury lokalnych pubów, bo cóż byśmy zrobili bez nich i bez towarzystwa innych pielgrzymów, którzy uważają, że wędrówka przez życie wymaga kilku kieliszków czegoś mocniejszego?
pokaż więcej.
Moja Biblioteczka
Gdzie kupić?
Selkar
Matras
Albertus
Empik
Weltbild
Zinamon Opinie znajomych
-
438
Opinie czytelników
"Bar dobrych ludzi" autorstwa J.R. Moehringer'a mnie zafascynował, zaczarował i zaskoczył szczerością. W czasach kiedy, mam wrażenie coraz mniejszą wartość stanowi człowiek, nie wzbudza on ciekawości i troski, każdy próbuje siebie wybielić, pokazać jaki jest wspaniały i co cudownego w życiu zrobił. Czy często słyszycie jak ktoś przyznaje się do błędów, z czystą świadomością, że nie jest idealny, ale również z poczuciem, że całe życie pragnie dowieść kim na prawdę jest i co powinien zrobić?
Głównym bohaterem, jest autor ksiażki J.R. Moehringer. Książka jest opisem jego życia od najmłoszych lat, kiedy to żyje z matką, w domu dziadków; w domu, który bardziej przypomina ruderę; bez ojca, bez pieniędzy, bez mężczyzny, którego mógłby podziwiać i naśladować.
Żyje w ciągłym strachu. Strachu o siebie, o matkę, która całymi dniami pracuje, żeby jakoś związać koniec z końcem.
Kiedy trafia na lepszą pracę i wyprowadzają się do wynajętego mieszkania/pokoju/kawalerki, on zawsze martwi się i czeka kiedy będzie gorzej, kiedy mama znów po nocach będzie uderzać w szaleńczym tempie w kalkulator, kiedy znów nie będą mieli pieniędzy i wrócą do domu dziadka. Martwi się zdrowiem mamy, martwi się o wszystko.
"-Pani Williams zadzwoniła dzisiaj do mnie do pracy - zaczęłą.
-Powiedziała mi, że na każdej przerwie siedzisz na skraju boiska, patrzysz nieobecnym wzrokiem w dal, a kiedy zapytała, co robisz, odpowiedziałeś jej, że się... martwisz."
Od tej chwili, w każdej ciężkiej i stresującej sytuacji potwarza w myślach mantrę, słowa, które powiedziała jego mama, aby przez chwilę próbować się nie martwić
" Nie warto martwić się o coś, co się nie zdarzy".
Jego jedynym marzeniem i celem na przyszłość jest dostanie się na dobre studia, najlepiej studia prawnicze i oskarżenie ojca o niepłacenie alimentów. Jest to w rzeczywistości chęć jego matki, ale ona zawsze słyszał, że o mame musi dbać i jej pomagać, więc w ten sposób chce jej właśnie pomóc.
J.R. czuje, że potrzebuje ojca, często siedzi na werandzie i słucha radia, słucha swojego ojca, słucha głosu, bo tyle mu po ojcu pozostało.
Mimo braku pieniędzy, mimo pochodzenia z biednej rodziny, ale z dobrymi wynikami w nauce, zdobywa pierwszy cel i dostaje się do Yale.
Przez całe życie spotyka na swojej drodze ludzi, którzy dłużej, bądz krócej, ale towarzyszą w jego życiu.
Pierwsza miłość, pierwsze zranienie, pierwszy interes, wstyd, poniżenie i ludzie, którym zazdrości bycia tym kim są i jak wyglądają, a raczej to co ich obraz przedstawia - lydzi podziwianych i ludzi sukcesu.
W jego już pełnoletnim życiu, pojawia się podziwiany od zawsze bar "Dickens" i alkohol. Bywalcy baru, od których uczy się pasji do ksiażek, do muzyki, dzięki którym uczy się być mężczyzną i zachowywać się jak mężczyzna.
"-Niektórzy nie rozumieją, jak wielu osób trzeba, żeby ukształtować jednego dobrego człowieka. Następnym razem, gdy odwiedzisz Manhattaan i zobaczysz, jak powstają te potężne wieżowce, zwróć uwagę, ilu ludzi jest w to zaangażowanych. Pamiętaj, synu, że w procesie tworzenia silnego mężczyzny bierze udział tylu ludzi, ilu trzeba, by zbudować wieżę."
Pasja do książek i do pisania, jest większa niż chęć spełnienia marzeń mamy, aby został prawnikiem. To miłość do słów, które były w nim zakorzenione od małego. To historie ludzi sprawiły, że zmienił zdanie.
"-Nienawidzę tego pytania - warknąłem. - Nie ciepię, kiedy ludzie pytają, o czym jest książka. Ludzie, którzy czytają tylko dla samej fabuły, ludzie, którzy wysysają fabułę jak kremowe nadzienie z ciastek, powinni ograniczyć się do komiksowych historyjek w gazetach i oper mydlanych. O czym jest ta książka? Każda książka, która jest coś warta, opowiada o ludzkich emocjach, o miłości, śmierci i bólu. Chodzi w nich przede wszystkim o słowa. Opowiadają o zmaganiach bohaterów z życiem. Rozumiesz?"
Książka opowiada tyle lat życia, tyle problemów do przejścia, tyle spraw, z którymi trzeba się zmierzyć, ale dzięki wszystkiemu co przeżył, odkrywa prawdę o odwzorowaniu ojca.
"...każdą z cech, które przypisywałem mężczyzną - twardość, upór, determinację, niezawodność, szczerość, uczciwość, odwagę - mogłem znaleźć u matki. Zawsze podskórnie to czułem, ale teraz pierwszy raz z życiu pod beznamiętną maską dostrzegłem twarz wojownika. Dopiero teraz udało mi się w pełni pojąć i nazwać te uczucia.""Tak długo z utęsknieniem szukałem klucza do tajemnicy, jak być dobrym mężczyzną, a wystarczyło wziąć przykład z jednej dobrej kobiety.""
Książka to w małym stopniu bycie mężczyzną i szukanie autorytetu, przede wszystkim to walka o życie i o wiarę w siebie. Poszukiwania swojego stylu i uczenia się od innych. Brania garściami z nauki w szkole, ale również uczenia się na błędach innych.
Słowa i informację, które przytoczyłam to mimo wszystko mały procent ksiażki. Pasjonujące jest studium rozwoju dziennikarza, pisarza. Obserwowanie jak zabiera się do pisania, jak długo zajmuje nauczenie się poddania własnym słowom i bycia wiernym sobie.
Pokazuje oczywiście walkę z własną słabością, walkę z miłością i zranieniem. Próbę pozbierania się i czy tego chcemy czy nie, pokazuje, ze życie i ludzie się zmieniają, a my musimy się dostosowywać się do świata.
"...bo utrata złudzeń znaczyła, że wreszcie myślę samodzielnie."
Bardzo polecam, ja na pewno do ksiażki wrócę.
Nie powiem by kultura picia mnie fascynowała, choć widzę w niej jakąś magie, jeśli alkohol spożywany jest w ilościach zdrowego rozsądku. Sama czasem lubię iść do baru ze znajomymi i napić się dobrego drinka. Jeszcze bardziej lubię poznawać nowych ludzi, szczególnym uwielbieniem darzę tych dobrych. Zatem sami widzicie, że nie mogłam przejść obojętnie obok książki, która w tytule łączy 2 rzeczy, które bardzo lubię.
Książka jest w dużej mierze autobiograficzna, choć sporo w niej również zdawkowych części biografii bywalców owego baru. Ponieważ pisał ją laureat Pulitzera, jest to dzieło na naprawdę wysokim poziomie, choć nie jestem zwolenniczką kierowania się nagrodami to jednak widać po książce, że nagroda była zasłużona. To piękna historia dorastania, spełniania się jako mężczyzna, czerpania wzorców od innych, bezinteresownej pomocy. Historia chłopca nie posiadającego jednego ojca, lecz całą masę a dokładnie wszystkich bywalców jednego z barów, w którym pracował jego wujek. Autor w piękny sposób pokazuje swoją drogę do zdobycia szacunku wśród mężczyzn. Jeśli myślicie, że bywalcy byli pijakami to się mylicie. Owszem upijali się niekiedy, mieli swoje wady, ale wiele zalet a przede wszystkim mieli serce, które okazali temu chłopcu a potem wspierali go w drodze do stania się pełnoprawnym mężczyzną. J.R pokazuje w małych kroczkach jak ważne jest dla chłopca akceptacja innych mężczyzn, podziw a przede wszystkim to „coś”, czym każdy mężczyzna musi się wykazać by być pełnoprawnym członkiem męskiej społeczności.
To również historia miłości do książek, zaszczepiona przez matkę, podtrzymana przez dziadkową piwnice a w końcu rozkwitająca przez pewnych księgarzy, prawdziwych miłośników literatury. Nie tylko pozwolili wykształcić gust wówczas już młodzieńcowi, ale przede wszystkim wskazali kierunek, którym naprawdę chciał podążać i pomogli mu przemierzyć tą drogę. Drogę z małego miasteczka, domu z wiecznymi problemami finansowymi do studenta jednego z najlepszych uniwersytetów amerykańskich Yale. J.R. nie stroni również od przygód miłosnych, w końcu to też jeden z powodów, dla których ludzie chodzą do baru. Podoba mi się sposób, w jaki opisał zdradzającą go dziewczynę. A zrobił to uwierzcie z dużą klasą. Mógłby ją obsmarować najgorszymi epitetami jednak nie zrobił tego. Pewnie teraz dziewczyna pluje sobie w twarz, że zostawiła takiego faceta. Ja przynajmniej bym to na jej miejscu teraz robiła.
Ta książka jest tak wielowymiarowa, że musiałabym chyba spędzić kilka nocy by wszystko opisać. Każdy w niej znajdzie bez wątpienia wiele dobrego dla siebie i jeszcze obdaruje pozostałych.
Jedną z największych chyba zalet książki jest jej prawdziwość. Ponieważ bywalcy baru odgrywają główną role w książce J.R dawał im swoje maszynopisy. Większość wymienionych w książce miała wpływ na jej formę i bynajmniej nie koloryzowali swoich osobowości i przedstawiają się tak jak się nazywają, nie wymyślają fikcyjnych imion czy przezwisk. Kolejnym miłym akcentem jest fakt, iż bar pełniący tło rozgrywającej się akcji nazywa się „Dickens”. Tak właśnie, od tego Dickens’a.
W książce znajdziecie wszystkie powody, dla których ludzie chodzą do baru.
„ Chodziliśmy tam zawsze, gdy czegoś nam brakowało. Oczywiście chodziliśmy tam, gdy chcieliśmy się napić, gdy byliśmy głodni albo śmiertelnie zmęczeni. Chodziliśmy tam, żeby się cieszyć, kiedy byliśmy szczęśliwi, albo żeby się smucić, gdy byliśmy smutni. Chodziliśmy tam po ślubach i pogrzebach, żeby ukoić nerwy, lub przed uroczystościami, by wypić szybko dla kurażu. Chodziliśmy tam, gdy nie wiedzieliśmy, czego nam trzeba, z nadzieją, że ktoś nam podpowie. Chodziliśmy tam w poszukiwaniu miłości, seksu, kłopotów albo kogoś, kto znikł z naszego życia, bo byliśmy pewni, że prędzej czy później tam wróci. Przede wszystkim chodziliśmy tam wtedy, gdy chcieliśmy żeby ktoś nas znalazł”.*
P.S. Zajrzyjcie również na stronę www książki, gdzie widnieją m.in. zdjęcia autora jako małego JR. Można ściągnąć również prolog książki czytany przez samego autora, bądź po prostu przeczytać go.
To dopiero początek roku, a ja już wiem, że to będzie jedna z najlepszych książek przeze mnie przeczytanych właśnie w tym roku.
Polecam ogromnie. Nie zwlekajcie zbyt długo z pędzeniem do księgarń czy bibliotek. Naprawdę warto to zrobić!
*"Bar dobrych ludzi" J.R. Moehringer, wyd. Sonia Draga, str. 11
Ludzie od wieków zbierali się w karczmach, tawernach, później barach, aby napić się, pogadać, pofilozofować. W tym względzie niemal niczym nie różnimy się od swoich przodków. Szczególnie w kręgu anglosaskim bary zostały podniesione rangą niemal do świątyni. W wielu filmach, serialach, książkach bohaterowie świętują swoje sukcesy, topią smutek przesiadując w mniej lub bardziej przytulnych lokalach. Czy bar może być miejscem, które może wychować i ukształtować charakter? Na to pytanie stara się odpowiedzieć J.R. (lub jak sam autor woli - JR) Moehringer.
"Bar dobrych ludzi" (w oryginale "Tender Bar", co znacznie lepiej oddaje klimat powieści) to opowieść o JR, chłopaka z Manhasset, miasteczka położonego na przedmieściach Nowego Jorku. Wychowuje go matka oraz wujek Charlie - pracujący jako barman w lokalnym sanktuarium, jakim jest bar Dickens (nazwany później Publicanem). Jako dziecko, JR szuka Głosu - jego ojciec jest prezenterem radiowym, często zmieniającym pracodawców, dlatego chłopiec wiele czasu spędza na poszukiwaniu Głosu w eterze. JR większość czasu spędza w barze, w otoczeniu kumpli wujka. Dorasta, udaje się na studia, później rozpoczyna pracę jako goniec w "New York Timesie", ciągle poszukując swojej tożsamości, miejsca na świecie, spokoju na duszy. Brzmi nieco banalnie? Bez obaw, JR Moehringer kreśli swoją osobowość w tak dogłębny i jednocześnie uroczy sposób, że pierwszy raz przeciągałam moment skończenia książka. Tak dogłębnie wkroczyłam w świat Publicana, że naprawdę - nie chciałam z niego uciekać.
Na okładce możemy przeczytać fragment recenzji z "The New York Times Book Review", iż książka, którą trzymamy w rękach to odrobinę szorstki list miłosny. Nie zgodzę się ze słowem "szorstki". Owszem, bohater i autor zarazem wielokrotnie był wobec siebie bardzo krytyczny, jednak historię można uznać za mocno liryczny, nostalgiczny i bardzo ciepły opis dojrzewania. Pozbawiony upiększeń, szczęśliwych zakończeń i dramatycznych przełomów. Pełnego świetnie skreślonych portretów osób, które ukształtowały charakter, bądź po prostu były. "Bar dobrych ludzi" to opowieść mocno męska. Nie obawiajcie się jednak, że jest to radosny i pełen patosu hymn ku czci męskości. Mężczyźni u Moehringera są zagubieni, uczuciowi, emocjonalni, jedyne miejsce, w którym czują się pewnie i dobrze - to bar. Nie jest to zarzut z mojej strony - w barze, przy drinkach prowadzone są rozmowy - różnej maści. Młody JR obsesyjnie spisuje na serwetkach "złote myśli" zasłyszane podczas seansów alkoholowych. Jego ambicją jest napisać książkę o Publicanie.
Klimat, jaki stworzył JR Moehringer mocno mnie urzekł. Tu nie ma wartkiej akcji, przełomowych wydarzeń, wielkich spraw (pomijając epilog, w którym autor opisał swoje przeżycia po 11 września 2011 roku). Zastanawiałam się w jaki sposób przekazać Wam w recenzji moje emocje. "Bar dobrych ludzi" jest jak dobra knajpka, do której chodzicie ze znajomymi, bez okazji. Żeby ze sobą pobyć, porozmawiać, popić, poznać nowych ludzi. Bywa tutaj przyjaźnie, radośnie, ale bywają też dni, kiedy szkło zbija się za często, a i ludzie dookoła za pijani. Pewnego dnia odkrywacie ten lokal, spędzacie w nim świetny wieczór i wiecie, że to już zawsze będzie "wasze" miejsce. I tak jest właśnie z powieścią JR Moehringera. W gruncie rzeczy to gorzka historia o dorastaniu bez podpory w postaci ojca, którego zastępują podchmieleni faceci, którzy każdą noc spędzają w barze. Jej autentyczność, brak koloryzowania, szczerość sprawia, że nie można się od niej oderwać. Męska emocjonalność zaprezentowana w takiej właśnie formie - bardzo mocno do mnie przemawia.
Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie wcześniej czytałam o JR Moehringerze. W połowie książki doznałam olśnienia - to właśnie on opracował "auto"biografię Andre Agassiego, którą czytało się naprawdę świetnie. I nie dziwię się, że otrzymał nagrodę Pulitzera. Jego styl pisania jest po prostu wyśmienity.
Książkę polecam w szczególności panom - odnoszę nieodparte wrażenie, że im szczególnie przypadnie do gustu i odnajdą wiele "swoich" rzeczy i odniesień. Panie jednak nie będą rozczarowane, bo to po prostu bardzo dobra historia. I kobiety są raczej w pozytywnym świetle (matki, ciotki, babcie-superbohaterki, które trafiły na nieodpowiednich facetów kontra destrukcyjne miłostki ze studenckich czasów). Jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam i już wiem, że bardzo chętnie przeczytałabym ją jeszcze raz. Polecam bardzo gorąco!
bazgradelko.pl
Warto przeczytać chociażby dla ostatnich 'paru' stron.
Nie wiem jakie odczucia mają inni czytelnicy, ale poczciwy JR przez dłuuuugie strony nie zyskał u mnie sympatii. Dopiero na zwieńczeniu opowieści o nim i jego życiowych dylematach wydał mi się bardziej ludzki. Chciał znać odpowiedzi na różne pytania, jak każdy z nas. Zastanawiał się ile jest JR Moehringera w JR Moehringerze ? Nie wiem czy dziś może sobie w stu procentach i z satysfakcją odpowiedzieć na to pytanie, ale ja wiem, że na moją sympatię zasługuje... bo nic co ludzkie nie jest mi obce.
Życie i jeszcze raz życie. Dobra książka.
Aż szkoda było ją kończyć... jestem pewna, że jeszcze do niej wrócę.
Wszystko w życiu ma swój cel i sens. Każdy dźwiga piętno dzieciństwa na własnych barkach.
Ciepła, sentymentalna opowieść o życiu małego chłopca, młodzieńca i dorosłego mężczyzny o imieniu JR, któremu w życiu zabrakło ojca i szukał pocieszenia w "ramionach" bliższych i dalszych znajomych płci męskiej (bez podtekstów;)).
Szukał wzoru, ideału, autorytetu do naśladowania. Chciał być idealnym synem dla swojej matki i stawiał sobie w związku z tym coraz wyższe poprzeczki. W konsekwencji takiego "nacisku" znalazł ukojenie w "barze dobrych ludzi". Znalazł tam ciepło domowego ogniska, przyjaciół, na których mógł zawsze liczyć i męskość, której mu zawsze brakowało. Trochę zatracił się w tej idylli, która zaczęła go ciągnąć w swą otchłań alkoholu i marności życia.
Udało mu się wyrwać z letargu dzięki sile woli, zdrowemu rozsądkowi i ambicjom.
Trudno oderwać się od przyzwyczajeń i nałogów.
Trudno być idealnym człowiekiem w nieidealnym świecie.
JR poznajemy, kiedy ma 11 lat. To piekielnie wrażliwy i odpowiedzialny chłopiec, który ma te niezwykłą umiejętność spoglądania na świat z głębszej, bardziej melancholijnej perspektywy. Samotnie wychowywany przez niezaradną matkę i zapomniany przez ojca, stara się znaleźć sobie w świecie mistrza do naśladowania. Przygarnięty pod skrzydła przez wujka barmana-hazardzistę trafia do baru o nazwie Dickens, gdzie na przestrzeni kilkunastu lat spotka wielu niezwykłych i wyjątkowych ludzi, którzy pomogą mu odnaleźć siebie i swoją zagubioną tożsamość.
„Bar dobrych ludzi” to cudownie lekka autobiograficzna powieść, a właściwie pamiętnik JR Moehringera o gorzkim dzieciństwie, niełatwym dojrzewaniu i trudnej dorosłości. O szukaniu brakujących męskich wzorców, miłości, rodziny. O pierwszych błędach, porażkach, zawodach sercowych, jak również o bezinteresownej pomocy, często płynącej od zupełnie obcych ludzi. O bliskości. O człowieczeństwie. O tym, że pozory mylą mocniej niż nam się wydaje. To też historia niezwykle inspirującej wspólnoty ludzi, dla których pobliski bar w Manhasset stał się nie tylko miejscem spotkań i dyskusji na naprawdę wysokim poziomie, ale także schronieniem i domem. Autor opisał swoje losy przez pryzmat twarzy i nazwisk, które kwantowały jego osobowość przez dekadę i oddał im w ten sposób najwyższą cześć i szacunek. Jakby chciał powiedzieć „jestem sumą wszystkich tych, których w życiu spotkałem”. I choć na początku niekończące się historie zdają się męczyć, pod koniec zostawiają w człowieku niepojęte ciepło i magie.
Ta książka, choć mówi o rzeczach wielkich, jest zupełnie pozbawiona patosu. Bezpośrednia, szczera i ludzka. Od i dla ludzi. Rzuca na szale wszystkie nasze stereotypy związane z bywalcami barów i przypomina, że nawet pijana twarz, wciąż ma drugie, bogatsze oblicze.
[…] - O czym to jest? […]
- Nienawidzę tego pytania – warknąłem. – Nie cierpię, kiedy ludzie pytają, o czym jest książka. Ludzie, którzy czytają tylko dla samej fabuły, ludzie, którzy wysysają fabułę jak kremowe nadzienie z ciastek, powinni ograniczyć się do komiksowych historyjek w gazetach i oper mydlanych. O czym jest ta książka? Każda książka, która jest coś warta, opowiada o ludzkich emocjach, o miłości, śmierci i bólu. Chodzi w nich przede wszystkim o słowa. […]
A tych w niej nie brakuje.
Moim zdaniem książka dla facetów. Bardzo motywująca, ukazuje skutki lenistwa i pesymizmu. Zarazem jednak wskazuje co zrobić, by być zadowolonym z życia, a raczej amerykański sposób na spełnienie tego celu.
Jednocześnie rysuje obraz wrażeń dziecka wychowującego się w niepełnej rodzinie- bardzo ciekawe doświadczenie szczególnie dla kogoś kto posiada oboje rodziców. Gorąco polecam!
"Każda książka, która jest coś warta, opowiada o ludzkich emocjach, o miłości, śmierci i bólu. Chodzi w nich przede wszystkim o słowa. Opowiadają o zmaganiach bohaterów z życiem."* - Nic więcej dodawać nie trzeba... Myślę, że prawie każdy odnajdzie w tej książce jakąś cząstkę siebie.
*J.R Moehringer "Bar dobrych ludzi", Wyd.Sonia Draga, str.447.
Pod koniec, trochę zaczynało być nudno
Na półkach
Cytaty z książki
- „Chodziliśmy tam zawsze, gdy czegoś nam brakowało. Oczywiście chodziliśmy tam, gdy chcieliśmy się nap...” - 3 osoby to lubią










