Córka krwawych

Tłumaczenie: Barbara Jarząb
Cykl: Czarne Kamienie (tom 1)
Wydawnictwo: Initium
7,03 (2398 ocen i 251 opinii) Zobacz oceny
10
316
9
370
8
390
7
532
6
300
5
188
4
74
3
107
2
55
1
66
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Black Jewels Trilogy: Daughter of the Blood
data wydania
ISBN
9788362577446
liczba stron
448
język
polski
dodał
LubimyCzytać

Siedemset lat temu Czarna Wdowa dostrzegła w sieci marzeń i wizji, jak spełnia się starożytna przepowiednia. Dziś Mroczne Królestwo szykuje się na przybycie swojej Królowej, Czarownicy, która posiadać będzie moc większą nawet niż sam Wielki Lord Piekła. Ale Królowa jest jeszcze bardzo młoda i podatna na wpływy. Łatwo ją zdemoralizować. Ten, kto zyska kontrolę nad Królową, władać będzie...

Siedemset lat temu Czarna Wdowa dostrzegła w sieci marzeń i wizji, jak
spełnia się starożytna przepowiednia.

Dziś Mroczne Królestwo szykuje się na przybycie swojej Królowej, Czarownicy,
która posiadać będzie moc większą nawet niż sam Wielki Lord Piekła. Ale
Królowa jest jeszcze bardzo młoda i podatna na wpływy. Łatwo ją
zdemoralizować.

Ten, kto zyska kontrolę nad Królową, władać będzie Ciemnością. Wie o tym
dobrze trzech mężczyzn, zaprzysięgłych wrogów. Wszyscy trzej zdają sobie
sprawę, jak wielka moc kryje się za błękitnymi oczami niewinnej młodej
dziewczyny.

I tak rozpoczyna się bezwzględna rozgrywka, pełna intryg, magii i zdrady,
walka toczona za pomocą miłości i nienawiści, wygrana w której może się
okazać straszliwsza niż klęska.

 

źródło opisu: materiały wydawnictwa

źródło okładki: materiały wydawnictwa

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 40

Zdenerwowałam się.
Naprawdę się zdenerwowałam.
Są takie momenty, kiedy, osłabiona nagłym przypływem litości, chciałabym, żeby książka miała zdolność ruchu i mogła uciec przede mną gdzie pieprz rośnie. Ale zaraz potem przychodzi otrzeźwienie i rechoczę diabolicznie, wiedząc, że nie ucieknie.

Tak, Anne Bishop chciała napisać książkę brutalną i epatującą okrucieństwem. Nie udało się jej mnie tym poruszyć, aczkolwiek okrucieństwo rzeczywiście rozpleniło się w moim umyśle. Nie wątpię już, że jest słuszne, piękne i potrzebne - o ile tylko jest kierowane przeciwko takim… produktom książkopodobnym jak „Córka krwawych”. A zatem do dzieła.

Zacznijmy od początku. Zacznijmy od tego, czym „Córka krwawych” być miała, na co wyglądała. Otóż „Córka krwawych” wyglądała na porządna fantastykę, z ciekawym systemem magicznym, przemyślanym światem, polityką, społeczeństwem, z nieoczywistym podziałem na dobro i zło i nietrywialną fabułą. Przyznaję, dałam się na to nabrać. Ciężko mi było poruszać się po świecie Krwawych, wiele rzeczy nie rozumiałam bądź też nie umiałam sobie plastycznie wyobrazić… na przykład jakieś trzy królestwa/światy: piekło, niepiekło i coś innego, mimo starań nie zdołałam ustalić, co. Wprowadzone to było w taki sposób, że nie dało się pojąć, o co chodzi - ale w tym jeszcze nie ma nic złego! Początkowe zagubienie uznałam za wielce obiecujące. Świat fantasy powinien być skomplikowany, powinien być czymś więcej niż zbieraniną trudnych fonetycznie nazw i długouchych stworzonek rodem z wyobraźni pięciolatka. Nie lubię dostawać wszystkiego na tacy, wolę, by autor moje intelektualne możliwości przecenił, niż nie docenił. Tymczasem jednak, mimo szczerych chęci, nie zdołałam wytropić żadnych wskazówek, które rozjaśniłyby nieco sprawę.
I gdyby dotyczyło to tylko jednego aspektu - ot, tych królestwoświatów, dajmy na to - naprawdę, przełknęłabym bez marudzenia. Może to ja czegoś nie zauważyłam? W końcu żaden tam ze mnie Czytelnik z wielkiej litery.
Ale niestety - nic w książce pani Bishop nie doczekuje się solidnego wyjaśnienia. Na początku jesteśmy zarzuceni nowymi nazwami, krajami, nazwiskami i czarami. Potem albo tego robi się mniej, albo swoje robi przyzwyczajenie - w każdym razie, choć znika uczucie zagubienia, dalej nic nie wiemy o świecie. Już przełknęłabym nawet niezręczne wyjaśnienie „jest tak, a tak, a tak”, o sprawnym wplecieniu tego, co czytelnik musi wiedzieć w akcję nawet nie wspomnę.
Ale próżne me nadzieje. Nie ma wyjaśnienia, jak działa magia. Nie ma praktycznie nic o polityce. Społeczeństwo to jakaś groteska.
A najgorsze w tym wszystkim jest to… że o tym co najgorsze w ogóle jeszcze nie wspomniałam.

Zostawmy to jeszcze na chwilę. Pomówmy o braku fabuły.
Jest sobie świat(światy), generalnie jest źle i okrutnie. Jest sobie mała dziewczynka, która jest niesłychanie potężną magiczką i pobiera nauki od Wielkiego Lorda Piekieł, jednocześnie raz za razem pokazując mu, że właściwie to ona wszystko umie, a jeśli czegoś nie umie, to tylko dlatego, że to za proste jest. Są jakieś epizody, jakieś osoby spotykające się od czasu do czasu, ale największą intrygą jest wysłanie pewnej postaci do tej dziewczynki, aby się jej pozbyć, co kończy się opisami na połowę książki życia na wsi, to jest przechadzek i wizyt towarzyskich.

Dobrze, przeciwnik został osłabiony, teraz szykuję się do zadania mu śmiertelnej rany. Wszystko to, o czym mówiłam wcześniej, nie przekreśliłoby jeszcze książki. Fabularne dłużyzny i nie dość plastyczne opisy świata dałoby się pewnie przełknąć i powstałoby coś słabego, ale nie tragicznego. Niestety, ciężko tu pochylać się nad światem i systemem magicznym, ciężko coś tam naciągać na korzyść autorki i dopowiadać sobie niedomówienia… ponieważ to nie o tym ta książka jest.
„Córka krwawych” nie opowiada o brutalnym, przepełnionym magią świecie. Nie snuje historii walki o wolność albo zdobywania magicznej edukacji. Nie zajmuje się cudownym dzieckiem z trudną przyszłością dorastającym do roli zbawcy świata.
„Córka krwawych” jest o tym, jak dobry w łóżku jest Daemon Sadi.
Jeśli ktoś uważa, że przesadziłam, jeśli kogoś zbulwersowałam - zaznaczę, że to nie ja. To autorka przesadzała oraz bulwersowała… czy raczej nazwijmy rzecz po imieniu, wzbudzała obrzydzenie.
Sceny erotyczne sypią się gęsto z kart książki Bishop. Gdyby tak choć połowę uwagi, jaka została poświęcona seksualnym perypetiom, przekierować na inne elementy, otrzymalibyśmy arcydzieło zadbane w najmniejszych szczegółach.
Ten, zdawałoby się, jeden błąd, ciągnie za sobą wszystkie inne. Burzy kreację postaci. Burzy szansę na jakąkolwiek wiarygodną kreację społeczeństwa.
Ponieważ nie wiadomo, na czym stoimy. Strzępki informacji napływające z powieści są sprzeczne. Bo po co przykładać się do kreacji czegokolwiek, jak mamy seks i przemoc, ale fajnie, co nie, autorko?
Mamy świat rządzony przez kobiety. Mamy mężczyzn zniewolonych i traktowanych okrutnie. W zasadzie nie wiadomo, czemu to kobiety rządzą, są takimi głupimi gąskami, którym tylko faceci w głowie. Paradoksalnie, ciężko tu o ważną dla fabuły i potężną kobietę… jest ta była kobieta Saetana (ot, kolejny dowód na to, jak udało się Bishop odwrócenie ról, nie pamiętam szczegółów, więc definiuję babę przez jej faceta, zresztą, powieść na lepszą definicję by nie pozwoliła). Ale zaraz dowiadujemy się, że ona, nawet z tymi czarnymi kamieniami to w zasadzie nic przy Daemonie. Tak, do garów, babo. Albo do torturowania. Do niczego innego się nie nadajecie. Gdybyś jeszcze była śliczna i miała dwanaście lat, mogłabyś zostać Maryśką Zuzanną.
Zresztą sama ta opozycja na linii kobiety/mężczyźni jest straszliwie sztuczna. Okej, zrozumiałabym jeszcze zamianę płci rolami… tymczasem mężczyźni pozostają, jak się zdaje, silniejsi od kobiet, zajmują się administracją i biznesem (np. w rodzinie Jaenelle). Wątek Surreal wyjaśnia, że burdele także oferują głównie usługi kobiet. Więc jakim cudem na wysokim szczeblu jest inaczej? I po co? Żeby Daemon mógł uprawiać seks co pięć stron, pozostając nieszczęśliwym i zgnębionym?
Tak samo położony jest wątek niewolnictwa. Bo co to ma być, przepraszam, za niewolnik, który zabija przyjaciółkę swojej pani - i nie spotykają go żadne konsekwencje? Owszem, Daemonowi czasem się zgarnie, czasem jakieś baty dostanie… ale tylko wtedy, kiedy autorce tak wygodnie. Więc jest taki zniewolony, i taki potężny, bo autorka nie mogła się zdecydować, która z tych cech jest fajniejsza. Jest tam jednym z najpotężniejszych magów i niekontrolowany przez nikogo sobie zabija, ale i tak uważa się go za idealne towarzystwo dla czternastolatki, która jest nieśmiała wobec mężczyzn, więc potrzebuje niegroźnego towarzysza rozmów. Cudowna logika.

Podobnym nonsensem jest fakt, że Daemon podobał się każdej kobiecie. Dosłownie każdej. I to nie tylko stwierdzały obiektywnie, że przystojny, tylko nie mogły wytrzymać, by się na niego nie rzucić. Cud, że biedaka nie stratowały, niewyżyte samice (Tak, autorce udało się tą płeć przedstawić gorzej niż wszystkie zmierzchy i greye razem wzięte).

Wolę stronić od wycieczek osobistych w kierunku autorów, choćby dlatego, że święcie wierzę w odrębność twórcy od dzieła, a przede wszystkim od bohaterów. Kto pisze mocne, brutalne sceny nie jest przecież sadystą. Jednak cały czas podczas lekturze odnosiłam wrażenie, że „Córka krwawych” to efekt wstydliwych marzeń autorki, które, zamiast schować w głąb umysłu opisała, poklejone bez ładu i składu motywami fantastycznymi.

To nie jest tak, że nie dopuszczam w książce erotyki. Nie przepadam za nią, to fakt, na ogół mnie denerwuje - ale umiem też docenić, gdy porządnie przekłada się na psychologię bohaterów, jest osadzona w treści i coś do niej wnosi. Taki „Futu.re” na przykład, choć wymienianie tego tytułu w recenzji poświęconej pisaninie Bishop zdaje mi się bezczeszczeniem relikwii.
Erotyka ma służyć książce, nie książka erotyce.

Tak samo jest z okrucieństwem. Okrucieństwo odwrotnie, bardzo sobie cenię; im świat bohaterów jest bardziej nieprzyjazny, ponury i przesiąknięty złem, tym bardziej szczerzę zęby, siedząc na mięciutkiej kanapie z kubkiem kakao. Ale okrucieństwo w literaturze ma czemuś służyć. Ma być potrzebne. I potraktowane poważnie.

Tymczasem momentami miałam wrażenie, że autorka pisała satyrę. Czy raczej nie tyle satyrę w starym, dobrym pratchettowskim stylu, ile raczej bloga-prowokację. Bo jak inaczej ocenić fakt, że w całym tym świecie, gdzie się dzieją okrucieństwa wszelakie, ostoja dobra i spokoju znajduje się w piekle? A jego wielki lord, Saetan, okazuje się dobrotliwym starszym panem. Rzekomo jest potężny i groźny, tak, autorka napisała coś takiego. I faktycznie, okazał się niezwykle niebezpieczny, gdy urządzał dziecięcą sypialnię.

A teraz uwaga, od tego momentu zaczną pojawiać się spoilery. Jeśli sądzisz, że sięgniesz po „Córkę krwawych” i liczysz na przyjemność z lektury, radziłabym pożegnać się z tą recenzją. Jeśli czytasz, by utwierdzić się w przekonaniu, że od papieru sygnowanego nazwiskiem Bishop lepiej trzymać się z daleka; ewentualnie jeśli wciąż nie masz pewności, co o „Córce…” myśleć, ale też nie załamiesz się, jeśli będziesz z góry znał pewne wydarzenia … w takim wypadku zapraszam dalej.

Wątek Jaenelle na ogół czytało mi się najsprawniej. To postać wyidealizowana, ale nie pozbawiona pewnego wdzięku, na dodatek wprowadza trochę atmosfery tajemniczości i generalnie stanowi obietnicę, że coś się zacznie dziać. Pogodna, życzliwa dziewczynka została może trochę przerysowana, ale przynajmniej stanowi spójną kreację. Tym niemniej nawet ucieszyłam się z wątku jej cierpienia i psychicznych ran, w końcu była to okazja nie tylko do wprowadzenia kolejnych klisz, ale i do pogłębienia postaci.
I co się okazało? Jaenelle jest gwałcona. Jakżeby inaczej. I ten jeden wątek, który normalnie zaangażowałby czytelnika emocjonalnie, tutaj wzbudził niesmak i uczucie politowania. Czy autorka naprawdę nie jest już w stanie pisać o niczym innym niż seks? Nie ma innego cierpienia, niż gwałt?

To, co mnie dobiło ostatecznie, to, co mnie wkurzyło (bo zirytowanie czy zdenerwowanie byłoby tu co najmniej nietaktowne) - to końcowa scena.
Już nawet nie chodzi mi o to, że Demona pociągała dwunastolatka. Wszyscy tak dziwnie reagowali na tę smarkulę, że może to efekt jakiejś magii, bo ja wiem… Zresztą w ogóle w światach fantastycznych szybsze dorastanie nikogo by nie zdziwiło. Nastoletnia żona osiemdziesięcioletniego Freya nie razi (to znaczy: znaczeniowo może razić i szokować, zależy, jak kto myśli o realiach historycznych; literacko natomiast jest jak najbardziej uzasadniona, realia świata są tak dobrze przedstawione, że nikt Freya nie oskarży o molestowanie dziecka). Inna sprawa, że u Bishop innego podejścia do wieku dorosłości nie widać (czternastoletnia Wilhelmina mieszka w skrzydle przedszkolnym). Co jest dziwne w świecie wzorowanym na średniowieczu - autorka wiele tu nie wyjaśniła, ale jeżdżą konno, jak w średniowiecznym fantasy, więc założyłam, że to średniowiecze, bo coś założyć musiałam - ale czego się nawet nie przyczepię, a co mi tam. Jak oni tam żyli po tysiąc lat (w sumie to też nie wiadomo po co), to faktycznie mogło to wyglądać inaczej.

Wątek z duszą, która oddala się od ciała, by nie doznawać cierpienia, i którą przyjaciel próbuje sprowadzić z powrotem, posuwając się do kłamstwa uważam za jak najbardziej sensowny, ciekawy, obiecujący. Ale wykonanie! Co to ma być za pocieszenie dla wielokrotnie brutalnie gwałconej dziewczynki… deklaracja miłości, i to bynajmniej nie platonicznej? Autorka wykazuje rażący brak znajomości psychologii i brak szacunku dla uczuć ofiar gwałtu, jeśli myśli, że ta gwałcona dziewczynka o niczym innym nie marzy, tylko o kochanku. Dla mnie to jest oburzające, już nawet nie niesmaczne czy nieprzyzwoite, ale zwyczajnie złe.

Pisarz może pisać, co mu ślina na język przyniesie. Ale jest odpowiedzialny za swoje słowa. W jego powieści wszyscy mogą się mordować bez opamiętania - i nie czyni to go wcale gorszym człowiekiem od pisarzy przepisujących na nowo żywoty świętych. Jeśli ma wprawne pióro, zna się na psychologii i potrafi mierzyć się z trudnym, wielowarstwowym zagadnieniem, może pójść dalej, opisać inną mentalność, według której morderstwo nie jest uważane za złe, lub świat, w którym takie ono nie jest. Tak, pisarz może zmienić zasady gry. Może w swojej powieści zmienić prawa fizyki i tak samo system wartości - ale powinien być świadomy tego, co robi, czym się bawi, powinien brać za to odpowiedzialność. Mówić czytelnikowi: ja wiem, że to jest inaczej, ale oszukam cię tak, że uwierzysz w coś innego, tak się pobawimy, tutaj, w mojej książce. Jeśli jednak będzie opisywał morderstwa w realiach zbliżonych do naszych, lub tworzył nowe, ale zbyt nieudolnie, by można było w nie uwierzyć, i napisze, że rodzina ofiary (kochająca, zdrowa psychicznie, itd., by nie psuć analogii) z łzami w oczach będzie dziękować mordercy - otrzyma twór obrzydliwy. Bo można w książce udawać, ale nie można twierdzić, że to udawanie jest prawdą. A by autor mógł stwierdzić „udaję, nie piszę o naszej rzeczywistości, to eksperyment” musi wiarygodnie opisać świat. Swój własny świat. Zmienić moralność. I gdy mu się to nie uda (bo zabawy moralnością są niesłychanie trudne), popełni obrzydliwą zbrodnię przeciwko logice i moralności.

I taka właśnie jest ta książka. Obrzydliwa. Na przemian obrzydliwa i nudna. Nie wiem, co gorsze.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Wilt

Cytując jednego z głównych bohaterów – Wilt to cholerny rajfur słów, werbalny akrobata, pieprzony zabójca logiki, lingwistyczny Houdini oraz encyklop...

zgłoś błąd zgłoś błąd