Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Delta Dietla

Wydawnictwo: EMG
7,47 (94 ocen i 15 opinii) Zobacz oceny
10
6
9
14
8
23
7
31
6
17
5
1
4
2
3
0
2
0
1
0
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788363464028
liczba stron
96
kategoria
poezja
język
polski
dodał
Krzysiek

Jedenasta książka poetycka Marcina Świetlickiego. Jedenascie razy po pięć wierszy. Pięćdziesiąt pięć. Szaleństwo.

 

źródło opisu: wydawnictwoemg.pl

źródło okładki: wydawnictwoemg.pl

Brak materiałów.
książek: 115
pangrochu | 2015-11-29
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 30 listopada 2015

Jedenasta książka poetycka Marcina Świetlickiego. Jedenaście razy po pięć wierszy. Pięćdziesiąt pięć. Szaleństwo. Taką informację znajdujemy na skrzydełku okładki i zaprawdę trudno się z nią nie zgodzić. Faktycznie bowiem jest to 11. tomik w bibliografii poety, wierszy, pisanych w latach 2013 – 2015, jest rzeczywiście aż tyle i pogrupowane są w coś w rodzaju bloków tematycznych po pięć w każdym. Najpierw więc mamy „Pięć wierszy na początek”, w których poeta przedstawia się nam, a właściwie przypomina, że będziemy mieli tu do czynienia z tym, co zwykle podmiotem lirycznym.

„Bo nie stąd jestem. I gdziekolwiek byłem,
Byłem nie stamtąd. Przyszedłem przebadać (…)”
Znowu więc trochę nieprzysiadalny, chodzący po mieście, które być może będzie kiedyś (bo z pewnością raczej nie teraz) należeć do niego, nie przychodzący się kłócić, rozmawiać, swój nóż ostrzący. I znowu w tych samych dekoracjach, w papierosowym dymie, w oparach wódki, słowem w spleenie krakowskim, być może nawet w smogu, który na czasie bardzie, w zimnych krajach pamiętnych z fioletowego debiutu, bo „kto powiedział, że zawsze ma być ciepło i tanio?”

Im głębiej i dalej w materię tego świata, tym bardziej ciekawie, bo niby to znamy, ale jakby nie do końca, bo wciąż coś nowego, coś czego nie było tu wcześniej, nie wiedzieć czemu, bo przecież do obrazu pasuje idealnie. Przypomina się „Trzecia połowa”, książka poetycka wydana dokładnie przed dekadą, w której osobność podmiotu lirycznego i jego niebezpieczne związki grane pod melodię olifantu wdziera się nieoczekiwanie jakieś „ono”, które w jakiś tam sposób redefiniuje jego wcześniejszą nieprzysiadalność, osobność. Tutaj zaś w kolejnym bloku mamy pięć wierszy, w których mierzy się podmiot z synostwem. Mierzy się w chwili ostatecznej, po śmierci ojca. Ze ściśniętym gardłem, ogranicza formę do minimum, do czterech zaledwie wersów na wiersz, do pięciu dniu. W poetyce bliskiej haiku, dotyka absolutu, medytuje niemal i dzięki słownej wstrzemięźliwości tworzy niesamowicie bogaty diapazon emocji. Jeszcze głębiej, jeszcze bardziej wstrzemięźliwiej formalnie i być może dosadniej metafizycznie wybrzmi głos poety w pięciowierszu o księżycu.

A potem jest jeszcze lepiej, bo o Polsce i o wierszach. Tutaj już znać klasycznego, rzec można Świetlickiego. Ironicznego, trafiającego w punkt, jeśli chodzi o dialog z rzeczywistością przewalającą się właśnie za oknem. I choć kilka z fraz odnosi się do wydarzeń bieżących, zahaczając o osoby i fakty, o których być może nie będziemy pamiętać za kilka lat, to jednak podane są w taki sposób, że nawet po kilku dekadach i innej rzeczywistości ostrze ironii w nich zawarte będzie potrafiło wybrzmieć należycie. To zresztą zawsze było charakterystyczne nie tylko dla Świetlickiego, ale dla większości poetów, z tak zwanego pokolenia brulionu, poetów zaliczanych do O’Haryzmu. Nazywano ich także barbarzyńcami (w opozycji do klasycystów, silnie osadzonych w polskiej i europejskiej tradycji literacko-kulturowej) czy bardziej łagodnie nowymi Skamandrytami. I to wciąż jest ten barbarzyński nieco podmiot liryczny, który mówi co chce i jak chce, którego beszta Grażyna Torbicka, krytyczki literackie w telewizji twierdzą, że się skończył, który z psem włóczy się po Plantach Dietlowskich i z psem swoim odszczekuje się. Krytykom, propagatorom literatury, małym psom, światu.
To zatem wciąż ten sam Marcin Świetlicki, a nawet jeszcze lepszy. Z uwagi na dorobek i niemal kompulsywną ostatnio płodność (prócz niniejszego zbioru, dostajemy w tym roku kompilację wszystkich utworów poety, które prezentował w wersjach muzycznych „Zło, te przeboje”), chciało by się poetę z Krakowa traktować jako pewnego rodzaju klasyka. Być może dla wszystkich tych, którzy pamiętają co zrobiły im i ich wrażliwości debiutanckie „Zimne kraje” jest nim w istocie, wciąż jednak z silną nutą barbarzyństwa, które objawia się w potoczności i celebracji codziennego doświadczenia ludzkiego, które używa bezpośrednich i obcesowych środków wyrazu.
Kapitalny zbiór, do wielokrotnego obcowania.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Tajemna historia

Moje wyobrażenie o tej książce nieco minęło się z rzeczywistością. Spodziewałam się elitarnego grona, które zagłębiając się w historię, sztukę, z cza...

zgłoś błąd zgłoś błąd