Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Skorpion

Wydawnictwo: RW2010
1 (1 ocen i 1 opinia) Zobacz oceny
10
0
9
0
8
0
7
0
6
0
5
0
4
0
3
0
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788393525355
liczba stron
257
język
polski
dodał
Winky

Pełna niebezpiecznych przygód powieść, której akcja osadzona została w jednym z Trzech Królestw, to połączenie widowiskowych opisów starć, morderczych spotkań i kalkulacji szans. To wypełniona nieprzewidywalnymi zdarzeniami opowieść, w której zaskakuje zarówno bohater, jak i otaczająca go rzeczywistość. „Skorpion” to historia człowieka, który po wyrwaniu się z mrocznej przeszłości i odcięciu...

Pełna niebezpiecznych przygód powieść, której akcja osadzona została w jednym z Trzech Królestw, to połączenie widowiskowych opisów starć, morderczych spotkań i kalkulacji szans. To wypełniona nieprzewidywalnymi zdarzeniami opowieść, w której zaskakuje zarówno bohater, jak i otaczająca go rzeczywistość. „Skorpion” to historia człowieka, który po wyrwaniu się z mrocznej przeszłości i odcięciu od niej powoli wraca na dawne tory, kierując się w stronę własnej zguby. Zguby, której nie jest w stanie odwrócić.

 

źródło opisu: http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/...(?)

źródło okładki: http://www.rw2010.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 518
Winky | 2015-08-17

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

Jakoś nie potrafię się tu wysilić na żaden sensowny wstęp. Co tu napisać? To jedna z najgorszych książek, jakie miałam w rękach. Cytując Mietka Mietczyńskiego, to nie jest rzecz z kategorii tak złych, że aż dobrych, to jest tak złe, że aż chu**we. To nie jest żadna inspiracja, jak próbuje nas przekonać autor w przedmowie, to jest perfidna zrzynka z „Wiedźmina” i gdyby Sapkowski miał czas i ochotę na bawienie się w takie pierdoły, to mógłby chłopaka sprocesować do ostatniej złotówki. Tym bardziej, że autor nie umie nawet umiejętnie zrzynać, to znaczy tak, by mimo ewidentnej zrzyny dało się to lubić. Nie da się, no nie i wuj. Nie pozwala na to konstrukcja bohaterów, nie pozwala na to kreacja świata, nie pozwalają na to błędy tak rażące, że przeciętny gramatyczny nazista wybuchłby nad tym tekstem ze wściekłości. Płacić za to „dzieło” 5zł – a tyle kosztuje – to granda.

A poza tym to jestem podłym hejterem, właśnie przez laga zginęłam w grze MMO i muszę się na kimś wyżyć, a gdybym była facetem, to miałabym małego.

Każde opowiadanie ze zbioru zaczyna się naprawdę szkaradnym rysunkiem – czegoś, co chyba miało być żywiołakiem błota, koślawego Saurona, ludzika z patyczków wspinającego się na budynek... I nie potrafię się nadziwić, dlaczego autor, któremu udało się załatwić tak ładną okładkę (tu bez złośliwości – okładka mi się podoba), zlecił wykonanie wewnętrznych ilustracji komuś, kto najwyraźniej kompletnie nie potrafi rysować albo jest na wczesnych etapach nauki. Ale nie to jest najgorsze: obrazki nawet nie są zeskanowane i wtopione w stronę, zostało im na chama zrobione zdjęcie aparatem i wklejono je w niezmienionej formie do książki. Ewidentnie składem zajmował się jakiś prof. S. Jonalista.

Główny bohater jest renegatem, ale tak naprawdę to łowcą potworów. Wygląda wypisz-wymaluj jak Geralt, tylko ma czarne włosy. Gdy po raz pierwszy dostajemy jego opis, tak naprawdę jest to opis ekwipunku i znajduje się w nim wszystko, co posiadał Geralt: hak na trofea, pas na fiolki z miksturami (o nazwach tak oryginalnych jak Kocie Oko), dwa miecze... W ogóle to warto nadmienić, że na moje oko to jest bardziej zrzynka z gier komputerowych niż sagi Sapkowskiego. Wszystko jest opisywane dokładnie tak, jak było w grach, włącznie z efektami wizualnymi (po zażyciu eliksiru oczy na chwilę dziwnieją, żyły występują wyraźnie pod skórą, bohater się rzuca, a potem wszystko wraca do normy; brzmi znajomo?).

Z różnych innych podobieństw do „Wiedźmina”: Skorpion wychował się w „zakonie”, gdzie był szkolony na wojownika, ma bardzo cenny medalion, posługuje się magią bliźniaczo podobną do wiedźmińskich znaków, w walce wspomaga się eliksirami i mutagenami i ma wiernego przyjaciela – chudego alchemika Adama, który, w przeciwieństwie do Jaskra, jest całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek charakteru.

Już od samego początku nasz bohater, Skorpion, renegat-łowca potworów-najemnik, nijak nie pozwala się polubić. Naszą znajomość z nim zaczynamy od tego, że się na kogoś po chamsku wydziera. Na czarodzieja, bo teleportował całą drużynę na bagna. No to tepnij nas z powrotem! – wrzeszczy Skorpion. Nie mogę, bo Imperatyw Narracyjny mi nie pozwala! – odpowiada czarodziej. A tu bum! Gówniak, znaczy żywiołak błota. Skorpion się focha i angstuje, że gdyby nie czarodzieje i koniunkcja sfer, na świecie nie pojawiłyby się potwory. Brzmi znajomo?

Zdaje się, że Skorpion miał być takim typowym burkliwym badassem, jakich ostatnio pełno w popkulturze. Zamiast tego otrzymaliśmy starego chłopa o mentalności nastolatka, który na wszystkich warczy, wrzeszczy, jest chamski, arogancki i głupi. Jak coś mu się nie spodoba, natychmiast strzela focha i wdaje się w bójkę. Taka sytuacja: zwiadowca ściąga do obozu ogromną armię trolli, bohaterowie są otoczeni ze wszystkich stron, setki potworów rzucają się do ataku... a Skorpion wdaje się w długą przepychankę z czarodziejem na temat tego, jacy magowie są głupi i śmierdzą im stopy. Zawierzylibyście komuś takiemu swoje życie? Zleceniodawca z tego opowiadania przekonał się bardzo szybko, że nie było warto.

Aha, taka ciekawostka: czarodziej (o imieniu Artur) przez całe opko marudził, że nie, nie może ich z powrotem teleportować w bezpieczne miejsce, bo nie i nie będzie tłumaczył, bo i tak wszyscy są za głupi, by zrozumieli. Na samym końcu Artur ze Skorpionem oglądają z klifu, jak cały burdel fabularny rozwiązuje się sam. Skorpion pyta: no i jak, możemy się teraz tepnąć? A mag na to: ta, spoko. I się teleportują. Kurtyna.

Zatrzymam się na chwilę przy imionach, bo widzę, że postaci tutaj cierpią na tą samą przypadłość, co w „Warszawie 2048” tegoż autora. Ich imiona są KIJOWE. Nikt poza głównym bohaterem nie ma pseudonimów (bo nie wierzę, by mamusia nazwała go Skorpion), nazwisk ani wyszukanych tytułów, są niemal same Adamy, Artury i Alany. I jeden Bromir, którego ustawicznie czytałam jako Boromir. To miało nadać światu swojskości? Nie wyszło. Sprawia to bardzo amatorskie wrażenie, zwłaszcza w porównaniu z imionami, jakie pojawiały się u Sapkowskiego, z którego twórczości Kołodziejczyk beztrosko zrzyna. Jak się ma taki Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach do Alana-koniec? I ja wiele rzeczy czaję: imię Cahira to akurat przegięcie w drugą stronę, ale kaman... zero tu wyobraźni, zero wpasowania w świat przedstawiony. Całą lekturę czekałam na bohatera o imieniu Pszemek – w fantastycznym świecie pełnym łuków, mieczy, zamków i potworów.

Dialogi przyprawiają o ból głowy. Wszyscy, niezależnie od charakteru czy sytuacji, w której się znajdują, wypowiadają długie, kwieciste zdania. Monologują jak najęci, nieważne czy znajdują się w sytuacji zagrażającej życiu. Zupełnie, jakby ich nadrzędnym celem w życiu było pieprzyć – i to nie w zamtuzie. Nikt nie potrafi przekazać żadnej treści w sposób krótki i treściwy, wszyscy się rozgadują jak przekupy na targu. Wygląda to tak, jakby autor uważał czytelników za idiotów i poprzez słowa bohaterów wyjaśniał wszystkie ich poczynania i pobudki. To doprowadza do szału bardziej niż dwadzieścia błędów na każdej stronie (liczyłam).

Błędy! Już na Facebooku pisałam, jak to na jednej stronie natknęłam się na: „cofnął się do tyłu”, „przyjrzał się (...) otartym spodnią” oraz „skurzany” (I TO SIĘ POJAWIA W KSIĄŻCE JESZCZE WIELE RAZY!). Na wypisanie wszystkich błędów interpunkcyjnych, gramatycznych i literówek nie starczyłoby mi życia. Z nielogicznościami i brakiem konsekwencji – to samo. W skrócie: ta książka nie przeszła ŻADNEGO procesu korekcyjno-redakcyjnego. Takie błędy jest w stanie wyłapać przeciętny uczeń szkoły podstawowej, więc nawet najbardziej niekompetentna osoba byłaby w stanie je podkreślić i poprawić. Nie wierzę, by osoba, która pojawia się w stopce jako „redakcja i korekta” w ogóle palcem tknęła ten tekst.

Podsumowując... walić to. 0/10. Nie tykać kijem. Szkoda pieniędzy. Szkoda nerwów. Tu nawet beki nie ma. Jest tylko żal i zerowy warsztat.

www.winifreda-recenzuje.blogspot.com

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Bitwa na Wrzosowiskach

Dalszy ciąg prequela „Turniej w Gorlanie”. Wszystkie moje uwagi przy „Turnieju” pozostają aktualne. Czyta się, jak przygodówkę w konwencji „Zwiadowców...

zgłoś błąd zgłoś błąd