Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Zgłosuj na książki roku 2017

Cztery pory roku

Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Albatros
7,56 (7389 ocen i 481 opinii) Zobacz oceny
10
523
9
1 270
8
1 946
7
2 337
6
867
5
339
4
63
3
38
2
3
1
3
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Different Seasons
data wydania
ISBN
9788379855612
liczba stron
512
słowa kluczowe
Cztery, Pory, Roku, Stephen, King, Minipowieść
kategoria
horror
język
polski
dodała
fruta28

WAŻNA JEST OPOWIEŚĆ, NIE OPOWIADAJĄCY… 4 minipowieści, z których 3 doczekały się ekranizacji. Najsłynniejsza z nich – Skazani na Shawshank z Timem Robbinsem i Morganem Freemanem – otrzymała aż 7 nominacji do Oscarów. Skazani na Shawshank Więzień odsiadujący karę dożywocia za podwójne – niepopełnione! - morderstwo obmyśla plan ucieczki. Tak misterny, że może zwieść nie tylko sadystycznych...

WAŻNA JEST OPOWIEŚĆ, NIE OPOWIADAJĄCY…

4 minipowieści, z których 3 doczekały się ekranizacji. Najsłynniejsza z nich – Skazani na Shawshank z Timem Robbinsem i Morganem Freemanem – otrzymała aż 7 nominacji do Oscarów.

Skazani na Shawshank
Więzień odsiadujący karę dożywocia za podwójne – niepopełnione! - morderstwo obmyśla plan ucieczki. Tak misterny, że może zwieść nie tylko sadystycznych strażników, ale i towarzyszy niedoli.

Pojętny uczeń
Hitlerowski zbrodniarz ukrywający się pod przybranym nazwiskiem w amerykańskim miasteczku znajduje „godnego” siebie ucznia w osobie trzynastoletniego chłopca.

Ciało
Czterech nastolatków wyrusza w drogę, by po raz pierwszy w życiu zobaczyć zwłoki…

Metoda oddychania
Historia makabrycznego porodu, który pewien lekarz z talentem do snucia opowieści odebrał w wigilijny wieczór.

 

źródło opisu: http://www.wydawnictwoalbatros.com/

źródło okładki: http://www.wydawnictwoalbatros.com/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1502
Secrus | 2015-10-10
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 15 września 2015

"Skazani na Shawshank" – Rita Hayworth i młotek skalny...

Z pewnością wszyscy znamy ekranizację pierwszego tekstu ze zbioru, w końcu polska społeczność internetowych kinomaniaków zgodnym chórem ogłosiła ją najlepszym filmem w historii (a na pewno jednym z najbardziej popularnych i lubianych). Środowisko Kinga odradzało pisarzowi odsprzedanie praw do opowieści Frankowi Darabontowi za marne tysiąc dolarów. Początkujący reżyser miał na koncie zaledwie krótkometrażowy debiut (też na podstawie prozy Stephena) i kilka odcinków popularnych młodzieżowych seriali. Pisarz zaryzykował, a zaufanie do młodego filmowca zaowocowało chyba najlepszym duetem pisarz – reżyser we współczesnym kinie więziennym.

Od lat nie ustaje irytujące zdziwienie, gdy niedzielni czytelnicy dowiadują się, że Stephen King nie pisze tylko horrorów, a jeśli już, to nie są to chamsko proste straszaki. O ile na początku kariery Amerykanina mogło być to zaskoczeniem, o tyle teraz nikogo nie powinno już dziwić – podobnie jest z prawie wszystkimi minipowieściami ze zbioru, one reprezentują coś skrajnie różnego od grozy, choć King zawsze przemyca motyw ludzkiego strachu, ukrytego gdzieś głęboko, w trzewiach. Kiedyś pisarz poszedł do warzywniaka w Sarasocie, a tam zaczepiła go pewna kobieta. Cieszyła się na spotkanie ze sławnym pisarzem, ale przyznała, że ani nie czytała jego książek, ani nie oglądała adaptacji, bo nie przepada za horrorami. Gdy King zapytał, co zatem lubi, ta wymieniła m.in. "Skazanych na Shawshank". Na darmo próbował przekonywać nieznajomą, że to on napisał. Nie, nie pan, powtarzała kobieta, na pewno nie. Po kilku próbach wciąż nie wierzyła, więc King ukłonił się i kontynuował zakupy. Co zatem sprawia, że jedna z najpopularniejszych więziennych historii jest aż tak nie-Kingowska?

Oczywiście żartuję. Jest tak samo Kingowska jak wszystko, co King napisał. To, najprościej mówiąc, klasyczna opowieść o ucieczce z więzienia, a mówiąc trochę dokładniej, o ludziach, woli przetrwania i marzeniach w otoczce amerykańskiego zakładu karnego. Andy Dufresne – spokojny, bardzo bystry bankier – zostaje niesłuszne oskarżony o podwójne morderstwo swojej żony i jej kochanka oraz skazany na dożywocie w więzieniu Shawshank. Spędza tam wiele lat, poznając środowisko, zyskując sympatię więźniów i pracowników ośrodka, wreszcie krok po kroku planując ucieczkę. Niby nic odkrywczego, ale z jakiegoś powodu lubimy czytać i oglądać to, czego prawdopodobnie nigdy nie poczujemy na własnej skórze. Zwłaszcza jeśli ktoś raczy nam podać ową „atrakcję” nie w tonie przygnębiającej życiowej prawdy, ale w aurze bardziej uniwersalnej – podlanej sosem gorzko-kwaśnym z nutką przełamującej słodyczy.

Gorycz więziennej niesprawiedliwości oraz tortur fizycznych i psychicznych, kwas poniżenia i przewartościowania wszystkich wartości, słodycz realiów niepozbawionych anegdot, żartu, oryginalnych relacji i przyjaźni, a także tej pięknej, kolorowej rzeczywistości, która czeka – lub dawno leży pogrzebana – za murami. "Skazani na Shawshank" zwracają uwagę formą: mamy lubianą w podobnych osobistych historiach narrację pierwszoosobową, ale nie z perspektywy głównego bohatera, Andy’ego Dufresnego, lecz innego więźnia, który poznał go dzięki swojej reputacji gościa potrafiącego za odpowiednią opłatą załatwić wszystko. I załatwił: plakat z Ritą Hayworth i młotek skalny, przedmioty klucze do fabuły. Ponieważ to opowieść więźnia, który losów Dufresnego nie mógł znać w najdrobniejszych szczegółach, powstaje przekaz dość poszatkowany – skaczący między latami w więzieniu, niebanalnymi sylwetkami i wątkami poruszanymi podczas wiecznej odsiadki. A tam czas płynie inaczej, tam inaczej materializują się wspomnienia. Sporo wydarzeń jest opartych na domysłach z perspektywy obserwatora, narrator nie wie wszystkiego, gdyba lub przyznaje się do niepewności – i to jest świetne, bo oryginalne. Gdyby pozbawić tę minipowieść intrygującej urywkowości gawędziarstwa, które konstytuuje więźniarską szarość codzienności, sporo by straciła. Bo tu uroku dodają więzienne anegdoty, przywoływane ot tak, po prostu, z lekkością pierwszorzędnego opowiadacza.

"Skazani…" bronią się też lekkością pisarstwa Kinga, który każdy temat potrafi przedstawić z gracją, gdy tylko może mówić o czasach, kiedy dorastał, i kraju, jaki zna najlepiej. Niektórym przeszkadza właśnie forma – mało dialogów, pozornie beznamiętne, więzienne wspominki poprzetykane nazwiskami, które szybko znikają, zaznaczając się tylko w małych dykteryjkach. Ale choć szczególnie mnie to nie ruszyło, akceptuję akurat ten pomysł – on pozwala spojrzeć na "Skazanych…" szerzej, nie tylko przez pryzmat pokrzywdzonego, niewinnego finansisty, który chce uciec. Książka stawia wiele pytań i porusza sporo kwestii, ale robi to bez natarczywości – tutaj dobrze zarysowana więzienna mentalność prowadzi w ostatnich rozdziałach do goryczy przyzwyczajenia i trudności dostosowania się do wolnego, odmienionego świata.

Dziełko za pierwszym razem, kilka lat temu, do mnie nie trafiło – było w porządku, ale nie zdołało odcisnąć w czytelniczej świadomości trwałego śladu. Film zrobił to lepiej. O niebo lepiej. Teraz podwyższam ocenę, ale wciąż nie uważam, żeby King wzbił się w "Skazanych…" na wyżyny swoich możliwości. Ekranizacja trafia bardziej i muszę napomknąć, że to nie jedyny przypadek związany ze zbiorem "Cztery pory roku" :) Bo na papierze to prosta historia, ale ze świetnymi bohaterami. Krótka, więc potrzebująca rozwinięcia, wręcz na nie zasługująca. A jednak to niedopowiedzenie ma swój urok, ponieważ wprowadza autentyczność i nie powiela sprawdzonych schematów literatury więziennej. Ale jest opowiastką zbyt maleńką, sięgającą za wysoko ze swojego drobnego pułapu i przez to niewykorzystującą potencjału. Choć czyta się naprawdę świetnie!

"Pojętny uczeń" – Koszmarna lekcja historii...

"Chciał usłyszeć o niemieckich lekarzach obserwujących kopulację psów z kobietami, wkładających bliźnięta do zamrażarek, żeby sprawdzić, czy umrą jednocześnie, czy też jedno pożyje dłużej, o elektrowstrząsach, operacjach bez znieczulenia i niemieckich żołnierzach gwałcących wszystkie kobiety, jakie chcieli. Reszta była po prostu mnóstwem bzdur, mających uzasadnić te rzeczy po tym, jak ktoś przyszedł i położył im kres."

To o amerykańskim chłopcu z dzielnicy willowej, wzorowym uczniu, takim dzieciaku, który się pewnie zarumieni, gdy zrobi coś głupiego, który w podskokach przemierza na przedmieściach drogę ze szkoły do domu, gdzie czeka na niego ciepły obiadek i kochająca rodzina, może mamusia łapie go jeszcze czasem za rączkę, a tatuś tuli do snu i czyta bajki, z których chłopiec już dawno wyrósł. A staruszek, którego odwiedza pod pretekstem czytania mu gazet i książek? Dziad raczej niż staruszek, Arthur Denker vel Kurt Dussander, niemiecki zbrodniarz wojenny, zwany Krwawą Bestią z Patin, ukrywający się przed wyrokiem sprawiedliwości. Jak doszło do przecięcia się ich losów? Chłopak znalazł stare gazety na strychu kolegi, które obrazowo opowiadały o obozach zagłady, potem przeczytał wiele książek wypożyczonych z biblioteki. Gdzieś znalazł zdjęcie Dussandera, połączył fakty, zaczęła w nim kiełkować dzika, niezdrowa fascynacja. Odwiedził starego, bo ten był żywym świadectwem tamtych okrucieństw. Rozpoczął grę, szantaż, powolną drogę do zatracenia się w niechlubnej historii nieprzeznaczonej dla młodego, chłonnego umysłu. Koszmary, gorsze oceny w szkole, agresywność, a czy w rezultacie także czyste zło?

Taki jest "Pojętny uczeń" (w poprzednich wydaniach "Zdolny uczeń", w adaptacji filmowej "Uczeń szatana"). To opowieść, która już w zarysie musi robić wrażenie. Znamy choćby te pokrzepiające filmy o przyjaźni zagubionych chłopców lub dziewczynek ze złamanymi, zgorzkniałymi staruszkami, którzy nawzajem tkają nić porozumienia, dając widzom łzy wzruszenia i piękny morał. King udowadnia, że taki schemat sprawdza się też w drugą stronę, ciągnięty w dół, prosto do piekła, a nie kreujący jawny raj na Ziemi i moralną arkadię. Ta minipowieść to niełatwa relacja, której dynamiczny, podszyty psychologizmem rozwój obserwuje się jak najlepszy thriller – w nieustającym skupieniu zmysłów i koncentracji. Nic nie daje nam nadziei, że w tej historii znajdziemy coś dobrego, to nowela zaklinowana pod zeskorupiałą warstwą brudu – ludzie są źli, wszystko przywodzi na myśl bestialstwo, nienawiść i przemoc. Ale tutaj brutalność jest jak taniec, każdy krok dociągnięty do końca, stopy równo, parkiet wypastowany. Wybornie śledzi się ten brudny spektakl, a to już zasługa Kinga, który po napisaniu "Pojętnego ucznia" był tak wykończony, że nie potrafił stworzyć niczego przez 3 miesiące.

Czytana dwa lata temu, była moją ulubioną nowelą ze zbioru. Teraz spadła na drugie miejsce, ale to wciąż bardzo sugestywna, bezkompromisowa historia o szaleństwie, mrokach przeszłości, zemście, pewnie też mechanizmach manipulacji człowiekiem; historia napisana tak, by szokowała, a jednocześnie zadziwiająco lekka w lekturze. To nie horror, ale dużo tu strachu. To fikcja, ale mocno oparta o tę najgorszą rzeczywistość, o którą ocieramy się każdego dnia. Prawdziwa ciemnia bez dobrych charakterów i nadziei. Jeśli zatopicie się w tym mroku, może i z niego wyjdziecie, ale na pewno nie zapomnicie, co Was tam spotkało.

"Ciało" – Gdzie poprowadzą tory...

Stephen King dedykował nowelę "Ciało" George’owi MacLeodowi, staremu kumplowi z college’u. Ten, zapytany kiedyś przez Kinga, nad czym obecnie pracuje, opowiedział mu o wspomnieniu z dzieciństwa, gdy wraz z przyjaciółmi wyruszył wzdłuż torów za pogłoską o ciele porzuconym gdzieś za miastem. W lesie MacLeoda spoczywało truchło psa, u Steve’a ludzkie zwłoki. Ten pierwszy nigdy nie spisał swojej historii, King – i owszem. Po latach przyznał się, że „pożyczył” opowieść od kumpla w celu skonstruowania własnej. MacLeod nazwał go kiedyś „popkulturowym rzepem, do którego wszystko się przykleja”. Miał na myśli też cudze opowieści i ich kradzież. Zaczął dopominać się o swoje na fali sukcesu ekranizacji Ciała – filmu "Stand by me". Gdy żądania o procent od zysków i nazwisko w czołówce nie poskutkowały, przyjaźń dwóch panów zakończyła się na zawsze. Stephen King wchłonął tę opowieść i nadał jej własną duszę, może też powiązaną z traumatycznym wydarzeniem z dzieciństwa, które w wieku 4 lat wyparł na długi czas: kiedyś podczas wspólnej zabawy przy torach jego mały przyjaciel podszedł za blisko i został rozczłonkowany przez nadjeżdżający pociąg. Szczątki malca zbierano do wiklinowego kosza. King o tym zapomniał, a dopiero po latach tę autentyczną historię przekazała mu matka. To fakty, które każą traktować "Ciało" w dorobku Steve’a bardzo osobiście. To wyjątkowa opowieść o dojrzewaniu, jedna z najlepszych – a poznałem ich już trochę.

Fabułę już znacie. Bohaterowie to grupka przyjaciół, z których jeden po latach opowiada wakacyjną przygodę mającą wpływ na przyszłość każdego. To było ostatnie lato ich dzieciństwa, bardzo upalne, wymarzone na młodzieńcze wojaże. W radiu lecieli Fleetwoodsowie i Buddy Knox, Castle Rock było małe i senne, dało się godzinami iść wzdłuż torów i trafić donikąd. Każdy z młodych przeżywał jakiś problem – jednego uznawano za chuligana, choć był dobrym chłopakiem, jego ojciec ostro pił; innemu tato, z oznakami szaleństwa wyniesionymi z wojny, przypalił ucho przy piecu, a chłopiec i tak go podziwiał; natomiast Gordie’emu zmarł brat i tamtego lata rodzice błądzili po domu jak w amoku, nie mogąc się pogodzić ze stratą i zaniedbując drugiego syna. Ta podróż była dla nich granicą, za którą czekał inny świat. Ramię w ramię, nawet „gdyby niebo, na które patrzeli, miało runąć i przepaść”, stawiali stopę za stopą, wypełniając lato roku sześćdziesiątego melodią mglistych oczekiwań i brutalnością świata obserwowanego oczami niedojrzałości.

Tutaj postaci dzieci są do bólu wiarygodne mimo tego, że bliżej im do dorosłych – King precyzyjnie zatrzymuje myśli na momencie przejścia w dorosłość, która nadchodzi za wcześnie, a podróż w kierunku zwłok jest tylko jej przypieczętowaniem, bo prawdziwy przełom dzieje się od dawna, w niełatwym dzieciństwie tej czwórki. Najlepsze opowieści o lecie i młodości to nie sielanka – nie, znacznie częściej sięgają do schyłku, utraty niewinności i beztroski. Pokazują drogę, która bardzo płynnie zamyka pewien etap, ale w naszej świadomości trzaska też drzwiami. I nie ma już dzieciństwa, z czasem zapominamy, że w ogóle było. Coś, co najpierw jest młodzieńczą przygodą, zamienia się w "Ciele" w poważną drogę. Gdzieś w tle majaczy sprawa pisarstwa Gordie’ego, niesprawiedliwości dostrzeganej przez Chrisa (rozdzierający dialog o szkolnym incydencie z kradzieżą mleka – szczerość tej sceny rozbraja) i przyjaźni, która zanika, gdy przyjaciele ciągną w dół, zamiast wynosić ponad przeciętność.

Prozaiczny wymiar tej opowiastki jednocześnie kryje w sobie prawdziwą życiową pieczęć. I ten powrót do małego Castle Rock, które już nie jest tym samym miejscem. I to milczenie, te ostatnie słowa – mądrzejsze, dojrzalsze, odarte przez ostatnie dni z naiwnej dziecięcej skorupy. Ta zmiana jest dobitna, choć na kartach noweli trwa krótką chwilę.

Czytając powtórnie "Ciało", poczułem zapach i smak lata, ten delikatny powab pamiętany z dzieciństwa i daremnie przywoływany przez ostatnie lato. Znów zostałem zaczarowany, znów postawiony przed niełatwymi dylematami. Taką moc ma ta minipowieść w maksiformie. Kiedyś za najlepszego ze zbioru uznawałem "Pojętnego ucznia", mając "Ciało" za dobre, ale ocenione przez pryzmat moich czytelniczych upodobań i uwielbienia ekranizacji Roba Reinera – otóż nie! Historia czwórki przyjaciół z Castle Rock nie jest nudna, jak twierdzą niektórzy, jest wyjątkowym zapisem nostalgii goniącej za wspomnieniami. "Ciało" nie ma sobie równych, jesień niewinności to najdoskonalsza pora roku u Kinga. Z Gordie’em, Chrisem, Teddym i Vernem wszędzie, choćby wzdłuż torów, by się zagubić i odnaleźć odmienionym.

"Metoda oddychania" – Opowieści klubu przy Wschodniej Trzydziestej Piątej Ulicy dwieście czterdzieści dziewięć B…

Opis na okładce podaje, że "Metoda oddychania" to historia tragicznego porodu odebranego w wigilijny wieczór. Cóż, to trochę tak, jakby powiedzieć, że "Ciało" jest fabułą o Tłustodupskim, wielkim konkursie jedzenia ciastek i wymiocinowej zemście. Porównanie celowo wyolbrzymione, ale zwróćcie uwagę na samą analogię – w obu przypadkach mamy do czynienia z opowieściami w opowieści, ale choć w "Metodzie…" ta szkatułkowość jest większa, i tak podstawowa warstwa narracyjna bije ją na głowę. Nie makabrycznością, nie odrażającą grozą, ale niezwykle elektryzującą tajemnicą i budzeniem uczucia niepewności.

Pewnej zimy nasz bohater otrzymuje zaproszenie do klubu mieszczącego się przy Wschodniej Trzydziestej Piątej Ulicy dwieście czterdzieści dziewięć B. Ofertę wysunął przełożony, więc w końcu dobrze jest się zjawić. Czego się można spodziewać? Zapewne podstarzałych weteranów wojennych snujących swoje życiowe historie po dwadzieścia razy do roku. A jednak to złudne przypuszczenie – w tym dziwnym miejscu, do którego wejścia pilnuje odrealniony odźwierny, jest biblioteczka z tomikami wierszy, których nigdzie indziej nie ma, książki nieistniejących autorów, meble sprzedawane przez firmę niefigurującą w żadnych spisach, a staruszkowie, utrzymując pewną oficjalność i cichość spotkań, tak po prostu opowiadają sobie różne historie – w czwartki przed Wigilią z elementami horroru, jak w "Opowieściach z krypty". Nasz bohater trochę na nie uczęszcza, potem opuszcza, nie dostawszy zaproszenia, potem znów coś go przyciąga w kierunku tego osobliwego towarzystwa. I tak przez kilka lat. W powietrzu unosi się duszna atmosfera elitarności otulona aurą tajemnicy. Gdy jesteśmy do tego wszystkiego nastrojeni, możemy oczekiwać delikatnego, przyjemnego dreszczyku…

Zimowy klimat osaczenia, które towarzyszy na pozór prozaicznym zdarzeniom, stanowi największy atut "Metody oddychania". W tym zwyczajnym „niedzianiu się” istnieje jakiś pierwiastek, który każe nam czytać z zainteresowaniem, a na żywo dyktowałby wszelkie środki ostrożności. Opowieść o ciąży pojawia się mniej więcej w połowie nowelki i trwa prawie do jej końca. Szybko w nią wchodzimy, zapominając o klubie, tajemnicy i nadziei na jakieś wyjaśnienie tych spotkań. Jest czwartek przed Wigilią i Emlyn McCarron przemawia… ta jego historia to po prostu obyczajówka o rodzącej się relacji lekarza z pacjentką, która potrzebuje pomocy. Finał jest naprawdę makabryczny i rejestruje w wyobraźni sceny jak z filmowych slasherów, ale proces zmierzania do zakończenia nie jest nadzwyczajny, choć King stale podszeptuje, że przerwie spokój (jednak mówiąc szczerze – nawet gdyby tego nie robił, i tak oczekiwalibyśmy tego).

I tutaj powstaje pytanie: skoro ta ostatnia scena była tak brutalna, tak mocna i tak straszna, to dlaczego ja nie zapamiętałem jej po pierwszej lekturze prawie wcale, a w głowie zatrzymałem np. sarenkę na torach w lesie o poranku z "Ciała"? Serio, czytałem "Metodę oddychania" prawie jak za pierwszym razem, kojarząc sam zarys fabuły. Czegoś tu zabrakło, chyba duszy, uwielbienia tej historii, choć po drugim podejściu zachowam lepsze wrażenia.

Pozostaje wątpliwość, która najbardziej nie daje spokoju – czym był ten klub, kim byli ci ludzie, ten odźwierny i ta sztywna oficjalność spotkań? Te setki pokoi za ścianą, w których nieraz słyszało się kroki. Co to za (nie)rzeczywistość, jaki wymiar? Horror w "Czterech porach roku" trzyma się nieźle, choć najsłabiej wśród towarzyszy :)

http://www.tramwajnr4.pl/

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Kłamstewka i kłamstwa

Z ZASOBÓW BIBLIOTEKI TORONTO Mam pecha, a raczej go ma Biblioteka w Toronto, że z 5 książek na LC, o ocenach: 7,38; 6,58; 6.55; 6,...

zgłoś błąd zgłoś błąd