Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Z mgły zrodzony

Tłumaczenie: Aleksandra Jagiełowicz
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 1)
Wydawnictwo: Mag
8,23 (3437 ocen i 327 opinii) Zobacz oceny
10
566
9
966
8
1 013
7
614
6
185
5
68
4
13
3
9
2
2
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Mistborn
data wydania
ISBN
9788374805537
liczba stron
672
język
polski
dodała
Caroline5555

Inne wydania

Książka autora "Drogi królów" i "Słów światłości". Przez tysiąc lat popiół zasypywał kraj, nie kwitły kwiaty. Przez tysiąc lat skaa wiedli niewolnicze życie w nędzy i strachu. Przez tysiąc lat Ostatni Imperator, "Skrawek Nieskończoności”, posiadając władzę absolutną, rządził i stosował terror, niezwyciężony jak bóg. A kiedy nadzieja została porzucona już tak dawno, że nie pozostały z niej...

Książka autora "Drogi królów" i "Słów światłości".
Przez tysiąc lat popiół zasypywał kraj, nie kwitły kwiaty. Przez tysiąc lat skaa wiedli niewolnicze życie w nędzy i strachu. Przez tysiąc lat Ostatni Imperator, "Skrawek Nieskończoności”, posiadając władzę absolutną, rządził i stosował terror, niezwyciężony jak bóg. A kiedy nadzieja została porzucona już tak dawno, że nie pozostały z niej nawet wspomnienia, pokryty bliznami pół-skaa ze złamanym sercem odkrywa ją na nowo w piekielnym więzieniu Ostatniego Imperatora. Tam poznaje moce Zrodzonego z Mgły. Znakomity złodziejaszek i urodzony przywódca, wykorzystuje swoje talenty w intrydze, która ma pozbawić tronu i władzy samego Ostatniego Imperatora.

 

źródło opisu: Wydawnictwo MAG, 2015

źródło okładki: http://www.mag.com.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 910
Erebos | 2017-06-19
Na półkach: Przeczytane, Ulubione, Posiadam
Przeczytana: 17 czerwca 2017

MOGĄ WYSTĄPIĆ DROBNE SPOILERY.

Wyrażenie: 'mieszane uczucia' najlepiej portretuje mój stosunek do pierwszej książki Brandona Sandersona, z którą mam do czynienia.

Z tyłu okładki czytamy: 'Przez tysiąc lat popiół zasypywał kraj, nie kwitły kwiaty. Przez tysiąc lat skaa wiedli niewolnicze życie w nędzy i strachu. Przez tysiąc lat Ostatni Imperator, "Skrawek Nieskończoności", posiadając władzę absolutną, rządził i stosował terror, niezwyciężony jak bóg. A kiedy nadzieja została porzucona już tak dawno, że nie pozostały z niej nawet wspomnienia, pokryty bliznami pół-skaa ze złamanym sercem odkrywa ją na nowo w piekielnym więzieniu Ostatniego Imperatora. Tam poznaje moce Zrodzonego z Mgły. Znakomity złodziejaszek, urodzony przywódca, wykorzystuje swoje talenty w intrydze, która ma pozbawić tronu i władzy samego Ostatniego Imperatora'.

Jakby nie patrzeć, zapowiedź bardzo ciekawej powieści. Okładka i objętość również sporo mówiły. Ponadto od zaufanych ludzi i recenzentów słyszałam niemal same pozytywne opinie o zarówno Sandersonie, jak i cyklu: 'Ostatnie Imperium'.

Dlatego moje oczekiwania - podobnie jak w przypadku 'Szklanego tronu' - były nieco zawyżone. Jednakże nie spotkałam się z tak znowu wielkim zawodem. 'Szklany tron' był powieścią, która odebrała mi wiarę w literaturę młodzieżową kobiecego pióra (feminiści niech odłożą widły, bo wiarę w literaturę męskiego pióra odebrał mi Rick Riordan, Mark Lawrence i kilku innych).

W każdym razie, gdybym miała porównać twórczość Sandersona (jak na razie tylko jeden jej przejaw) do jakiegoś zjawiska pogodowego... To zobrazowałabym ją jako delikatny powiew wiatru w letni, duszny dzień, kiedy chmury wiszą na niebie, ale nie mogą się zdecydować, czy chcą by spadł deszcz, czy jednak nie.

Sanderson jest tym krótkotrwałym orzeźwieniem, nieszczególnie chłodnym, ale przynoszącym moment ulgi. Co nie zmienia faktu, że dodałam "Z mgły zrodzonego" na półkę ulubionych. Dlaczego to zrobiłam? O tym napiszę nieco dalej.

Podzielmy moją ocenę na kilka segmentów, żeby była nieco bardziej uporządkowana, niż się zapowiada:

1. POMYSŁ

Miewaliśmy już w literaturze dystopie, antyutopie, reżimy totalitarne, tyranów skupiających całą władzę w swoich rękach, wrogie bóstwa uciskające ludzkość.
Można powiedzieć, że ludzie wymyślili już wszystko.
Jednakże kreatywność nie polega wyłącznie na stworzeniu czegoś całkowicie nowego. Nie, trzeba umieć też nadać nowy kierunek starym ideom tak, że otrzyma się coś ciekawego.
Wydaje mi się, że Sandersonowi to akurat się udało. Jeżeli popatrzy się na poszczególne elementy świata przedstawionego jego powieści, to nie są one szczególnie oryginalne: postacie można podciągnąć pod pewne archetypy, system Ostatniego Imperium to mieszanka wielu innych reżimów literackich, system magiczny również nie jest szczególnie odkrywczy, ale...
Wszystko to razem tworzy oryginalny i interesujący całokształt.

2. ŚWIAT PRZEDSTAWIONY
"Z mgły zrodzony" to zaledwie pierwszy tom serii 'Ostatnie Imperium' i tutaj rodzi się większość moich problemów związanych z jego światem przedstawionym. Dlaczego? Proste. Jest wiele niedopowiedzeń, które zapewne zostaną uzupełnione w kolejnych tomach.
Mamy świat ekologicznie zniszczony, w którym świeci czerwone słońce i padają deszcze z popiołu (czy unoszą się z wulkanów, czy z jakiegoś innego miejsca?), tajemnicza mgła i mgielne upiory (oraz, oczywiście, kandry).
Mamy główne miejsce akcji: Luthadel, stolicę Ostatniego Imperium (dlaczego Ostatniego? Czy poza jego granicami już nic nie ma?), brudne, pokryte popiołem miasto, w którym arystokracja wyprawia bale, a biedni skaa pracują w tekstylnych fabrykach.

Są rzeczy, które możemy wziąć za pewniki:

a) Na pewno będzie istniał jakiś aparat ucisku, którym Ostatni Imperator - władca absolutny, Bóg Imperium - będzie mógł kontrolować ludność.
ERGO: Stalowi Inkwizytorzy, tajemnicze i przerażające istoty z metalowymi bolcami w miejscach oczu.

b) Na pewno będzie istniało rozbudowane podziemie, w którym funkcjonują złodziejskie szajki, przemytnicy, handlarze i inni wyjęci spod prawa.
Przykładowo: szajka Camona, szajka Therona, szajka Kelsiera.

c) Na pewno będzie arystokracja, której członkowie pomimo skomplikowanej hierarchii, będą tępi jak but z lewej nogi. Oczywiście, że nie wszyscy, ale przytłaczająca większość. Na pewno też będą angażować się w intrygi przeciwko sobie, plotkować i próbować wybić się na najwyższe miejsce w drabinie społecznej.

d) Na pewno wśród arystokracji zaistnieje grupa wywrotowców, którym idea państwowego systemu podobać się nie będzie.
ERGO: Elend Venture i jego przyjaciele.

e) W podziemiu na pewno powstanie grupa spiskowców podżegających uciskaną warstwę społeczną do ogólnokrajowego buntu w celu obalenia władcy i stworzenia nowego, lepszego systemu politycznego.
ERGO: Yeden i jego rebelia skaa + Kelsier i jego grupa.

Generalnie cała sytuacja polityczna tego kraju lekko przypomina tę w przededniu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Oczywiście są tutaj istotne zmiany, np. Ludwik XVI nie był władającym metalurgiczną magią 'nieśmiertelnym' Bogiem.

*Przeczytałam cały tom, a do teraz nie wiem, czym są 'Kolossy', których Kelsier i jego banda się obawiali. Wspominali, że Ostatni Imperator mógłby je wezwać, żeby stłumić powstanie. SPOILER: Nie zdążył. Czym one u licha są?

3. SYSTEM MAGICZNY

Allomancja jest interesująca, podobnie zresztą jak Feruchemia, ale... Brandonie Sandersonie, czemu aż tak komplikujesz sprawy?
Wszystko wydaje się być jasne i zrozumiałe, konkretne metale mogą to lub tamto, pewne metale mocy takowej nie posiadają i lepiej ich nie próbować.

Jednakże kiedy poszczególni bohaterowie zaczynają wypowiadać się o Allomancji, to oczywiście dorabiają do niej filozofię i mistycyzm, które niesamowicie się plączą i mieszają w głowach czytelnikom.

Oczywiście, okazuje się też, że po tysiącu lat od narodzin Allomancji nie wiadomo o niej wszystkiego, bo Ostatni Imperator skutecznie ukrywał informacje.

Z kolei Feruchemia... Myślałam, że ją rozumiem. Myślałam. Po kilku wykładach Sazeda na jej temat mam wrażenie, iż tak naprawdę nic już nie wiem. Może to kwestia przekładu, a może niezdecydowania autora.

4. BOHATEROWIE
W tej kwestii mam chyba najwięcej zarzutów do pana Sandersona.
Idźmy jednak po kolei:

a) Kelsier.

Pokochałam go. Naprawdę.

Nie był szczególnie oryginalny, bo archetyp szalonego łotrzyka o złotym sercu jest znany każdemu, kto ma jakieś doświadczenie z literaturą fantastyczną lub przygodową.

Jednakże Sanderson nadał jego postaci właściwy kierunek i sprawił, że Kelsier okazał się wart zapamiętania.

Bohater dynamiczny i wielowartswowy, niegdyś zwykły (choć 'niezwykły' pasuje bardziej) złodziej i awanturnik, po pobycie w obozie pracy Ostatniego Imperatora i utracie bliskich zmienił się w wywrotowca, który pragnie obalić Ostatnie Imperium. Jednakże też w trakcie powieści widzimy w nim przemianę z nieodpowiedzialnego i gwałtownego człowieka w kogoś, kto myśli o wspólnocie i troszczy się o bliskich mu ludzi.

Mimo swojej sympatii mam wobec niego pewne zarzuty.

*Momentami miałam wrażenie, że autor za bardzo 'głaska go po plecach'. Kiedy Kelsier doprowadził do pewnego dramatycznego wypadku, był zdruzgotany. Jednakże nagle, jakby znikąd, pojawiła się postać, która miała mu przypomnieć, jaki to on jest zajebisty i dobry i że to w ogóle nie jest jego wina. Jakby autor stwierdził: oj, Kell, dość się wycierpiałeś, nie pokażemy czytelnikom twoich wewnętrznych dylematów, masz, ten cię pochwali na pocieszenie.

*Stanowił pewnego rodzaju 'deus ex machinę'. Przedstawiał swoim współpracownikom i nam, czytelnikom, wręcz irracjonalne plany, ale ponieważ był on wariackim i sprytnym złodziejaszkiem, to mieliśmy po prostu machnąć na to ręką i stwierdzić: "uda się, bo to Kelsier".
Gdyby podobny plan przedstawiła osoba rozważna, np. Breeze, to prawdopodobnie bardziej kwestionowalibyśmy sens jego rozumowania.

*Pewna niekonsekwencja. Autor chce nam przedstawić relację Kelsier-Vin, jako więź ojciec-córka, ale... ja tego nie kupuję. Być może oczekuję zbyt wiele, lecz moim zdaniem to zostało zbyt płytko ukazane, podobnie jak przemiana Kelsiera.

b) Vin.

Ktoś, z kim rozmawiałam o tej serii, stwierdził, że w późniejszych tomach Sanderson niesamowicie idealizuje Vin. Cóż... w takim razie nie mam pojęcia, jak przebrnę przez kolejne tomy.

Nie mam pojęcia, skąd się to bierze, ale z jakiegoś powodu autorom trudno jest przedstawić dobrą, interesującą, spójną postać kobiecą. Zazwyczaj okazuje się ona pusta, nudna lub wyidealizowana.

W przypadku Vin nie było jeszcze tak źle. Udało mi się ją polubić, naprawdę, lecz wciąż irytowała mnie bardziej niż Kelsier. Podobała mi się jej ciągła nieufność i podejrzliwość, bo to pokazywało, że Sanderson potrafi być jednak konsekwentny w kreowaniu charakterów.

Może okaże się w kolejnych tomach, że Vin ma jakieś tajemnicze pochodzenie i stąd bierze się jej niesamowitość. Być może. Jednakże jak na razie,
niesamowicie irytowała mnie jej 'mocarność'.

Niemal za każdym razem, gdy kształciła się w panowaniu nad jakimś metalem, okazywało się, że już na starcie była lepsza niż pozostali (też w momencie rozpoczęcia treningu), którzy władali swoimi mocami od lat.
Polecam wychylić po kieliszku za każdym razem, kiedy ktoś pochwali umiejętności allomantyczne Vin i stwierdzi, że 'nigdy nie widział czegoś takiego', albo 'jest lepsza niż ja, kiedy zaczynałem'.

Wypijecie ich przynajmniej sześć.

Niby niewiele, ale wciąż potrafi zirytować.

*Ponadto, gdy patrzy się na Vin, trzeba brać pod uwagę przynajmniej trzy jej przedstawienia: Valette, Vin Złodziejkę i Vin Zrodzoną z Mgły, z których właściwie dwie pierwsze są zarysowane najlepiej i mają najwięcej charakteru. Oryginalna (chyba, bo bohaterka sama nie jest pewna) Vin nie stanowi szczególnie interesującej bohaterki, choć okazuje się porywcza i momentami głupio odważna, np. ignoruje polecenia Kelsiera, który ostrzega ją przed niebezpieczeństwem misji i prawie umiera.

*Z jednej strony to 'cud-dziewczyna', która już na starcie wszystko umie lepiej i potrafi pokonać dużo bardziej doświadczonego przeciwnika, a z drugiej... Sanderson jakby sobie przypominał, że 'dopiero zaczyna się uczyć', więc chce pokazać, iż ma braki w podstawowej wiedzy, np. Marsh uczy ją władania nad brązem, Breeze nad mosiądzem, a Hammond nad cyną z ołowiem.
Czepiałabym się tego bardziej, gdyby nie fakt, że Kelsier przyznał, iż Allomancja pod wieloma względami łączy się ze 'szczęściem', tj. trzeba sprytu i sprzyjającej sytuacji, aby się wywinąć lub zwyciężyć, a Vin zdecydowanie miała po swojej stronie oba te czynniki.

*W pewnym momencie narrator mówi, że 'suknia podkreśla pełne piersi Vin', a w kolejnym rozdziale Kelsier twierdzi, iż dziewczyna wciąż jest strasznie chuda.
To jak w końcu?

c) Ogół kobiet - poruszę ten temat od razu przy Vin, żebym później nie zapomniała.

Nie jestem literacką feministką. Ba! W ogóle nie jestem feministką. Widzę też, że świat pana Sandersona jest dla kobiet bardzo nieprzyjazny, ale... Brakuje mi tu jakiejś ciekawej postaci kobiecej.

Jak już mówiłam: lubię Vin, ale nie należy do szczególnie interesujących (moim zdaniem) postaci.

Wśród Mglistych Breeze'a co prawda były kobiety, ale pojawiły się najwyżej w jednej scenie i nie pełniły potem żadnej ważnej funkcji.

Czy wśród członków grupy Kelsiera nie mogło być choć jednej ciekawej bohaterki? No, najwyraźniej nie. Nie będę się o to 'ciskać', bo to bez sensu. Książka podobała mi się i tak.

Wśród arystokracji było sporo kobiet, a z tych bardziej prominentnych: Shan Elariel i Kliss, ale obie zostały pokazane jako postacie skrajnie negatywne. Jakkolwiek można zrozumieć powody tej drugiej, to nie zmienia wrażenia, które po sobie zostawiła. Chociaż podziwiam jej spryt i kamuflaż 'plotkary'.

d) Dockson, Hammond, Breeze.

Pierwszy z nich był odrobinę bezosobowy, ale stanowił pewien głos rozsądku dla Kelsiera i bardzo dobrze wykonywał swoją pracę. Nie mogę powiedzieć, żebym nie poczuła wobec niego sympatii.

Hammond natomiast idealnie łamie stereotyp głupiego mięśniaka. Owszem, przyznaje się do braku inteligencji, ale wie zdecydowanie więcej, niż daje to po sobie poznać. To przede wszystkim on zadaje pytania natury etyczno-egzystencjalnej, które chodzą czytelnikowi po głowie.

Breeze to materialista, lew salonowy i sprytny szpieg, którego umiejętności manipulacji są godne podziwu. Razem z Hammondem tworzą typowe dla wielu książek przygodowych 'wiecznie skłócone duo', ponieważ ciągle sprzeczają się - po przyjacielsku - i żartobliwie obrażają.

Tych trójka sprawiała, że pragnęłam, aby Vin znalazła się w sklepie Clubsa i przysłuchiwała się ich rozmowom, zamiast spędzać czas na nudnych balach.

e) Marsh, Clubs i Spook.
Marsh to postać, która była potrzebna, aby uzupełnić charakterystykę Kelsiera. Z jednej strony jego tekst o tym, że brat ukradł mu marzenie o rebelii, był dziecinny, a z drugiej to Marsh był chyba najtrzeźwiej myślącą osobą (obok Breeze'a i Docksona) z nich wszystkich.
Chociaż kwestia jego konfliktu z Kelsierem okazała się nieco schematyczna, to nie umniejszyło mojej sympatii do niego.

Clubsa było w tej książce zaskakująco mało, choć spora część wydarzeń rozgrywała się w jego sklepie. Jego rola wydawała mi się zbyt 'wygodna'. Sanderson potrzebował dla swoich bohaterów komfortowej bazy wypadowej i odnalazł ją w domu Clubsa, ale jego samego zbytnio nie eksploatował. Na początku zostały wyjaśnione powody, dla jakich zamieszał się w działalność wywrotową, ale potem stanowił już tylko zrzędliwy element tła.

Spook - a.k.a. Lestibournes - to postać, w której się po prostu zakochałam. Nieśmiały chłopiec z prowincji, nierozumiejący miastowych obyczajów, mówiący w niezrozumiałym slangu. Uśmiechałam się odruchowo, kiedy o nim wspominano. Awersję mam jedynie do slangu, który stanowił element humorystyczny w wielu rozdziałach... Był on odrobinę niekonsekwentny i niezrozumiały, nawet jak na slang. Człowiek zastanawiał się, czy Sanderson po prostu nie postanowił pomieszać form gramatycznych i stwierdzić: "o, i już, mają slang, a ponieważ to świat fantasy, to nie mogą mi zarzucić, że jest bez sensu".

f) Ostatni Imperator.

Zawiodłam się.

Nie tylko ze względu na zakończenie, ale... Ten Bóg, władca absolutny, był kimś w rodzaju kolosa na glinianych nogach, który upadł po tysiącu lat panowania w wyniku opracowanego w około rok spisku.

To jeden z największych problemów literatury fantastycznej i przygodowej. Kreują wszechmocnego, silnego i przerażającego antagonistę, którego ostatecznie udaje się pokonać w ciągu jednej walki na pięciu lub więcej stronach w końcówce książki.

Tyle mam do zarzucenia. Są jednak pozytywy: autor w dość ciekawy sposób podsuwa czytelnikom jego faktyczną tożsamość, pośrednio buduje charakter postaci i sprawia, że motywy OI są nie do końca klarowne.

g) Elend Venture + arystokracja.

Elend nieszczególnie mnie zachwycił, zapewne czeka go wielka przyszłość w kolejnych tomach. Wątek jego relacji z Vin był jednym z ciekawszych, w których ta bohaterka występowała. Mam wrażenie, że przejdzie pewną ewolucję charakteru i podoba mi się ten pomysł. Jest przy tym raczej sympatyczny, trudno go nie polubić.

Arystokracja natomiast... to arystokracja. Nie różnią się szczególnie w książkach fantasy. Niesamowicie irytujący, dziwny i zastanawiający jest fakt, że wydają TYLE bali, ale... narracja próbowała to wytłumaczyć, niezbyt przekonująco moim zdaniem, lecz nie zamierzam się tego czepiać.

Arystokracji nie powalają, wydają się wręcz tępi. Wplątują się w intrygi, plotkują, urządzają bale. Rzekomo większość z nich jest nieszkodliwa, po prostu przystosowana do tak wystawnego trybu życia, natomiast część to okrutnicy, lecz ten przekrój również mnie nie przekonał.

Vin przebąkiwała, że podobają się jej ich rozrywki, choć niektórych nie rozumie i że nie wszyscy arystokraci są źli, ale było to gadanie równie stanowcze i skłaniające do myślenia, co rozmowa o pogodzie.

5. PROBLEMATYKA
Wspominałam już, że autor klepie swoje postacie po plecach? Klepie, i to jak!
Kiedy Vin zaczęła wreszcie sensownie krytykować zachowania i poglądy Kelsiera względem arystokracji, doszło między nimi do kłótni. Vin uciekła na dach.
Czytelnik spodziewa się rozłamu, konfliktu, jakiegoś głębszego wejścia w dylematy moralne...

Ale postacie godzą się stronę dalej.

*klepu, klepu, klep* Już dobrze, główni bohaterowie, nie martwcie się, nie pozwolę was skłócić.

To, oczywiście, nie jest książka filozoficzna czy psychologiczna, jednakże skoro mamy już w rękach sześćsetstronicowe dzieło, to mogłoby zawierać w sobie nieco zgrabniej wplecioną zawartość merytoryczną.

6. TEMPO

Najkrócej mówiąc: początek i zawiązanie akcji poszły dość gładko, choć potrzeba było wariata-Kelsiera, aby czytelnik i postacie mogły uwierzyć, że coś będzie z tego planu i przystąpić do działania.

Natomiast rozwinięcie ciągnęło się niemiłosiernie. Czasem pojawiała się dynamiczna akcja, ale przygotowania, uczestnictwo Vin w balach, planowanie i wątki obyczajowe, zajmowały zdecydowaną część.

Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej... książka ma 668 stron, a zakończenie zostało rozegrane - w mojej opinii - zdecydowanie zbyt szybko, oczywiście w wyniku działania DEUS EX MACHINY = Kelsiera.

Odnoszę takie wrażenie, że autor, pan Sanderson, w pewnym momencie zorientował się, że plan Kelsiera ma nikłe szanse powodzenia, więc postanowił doprowadzić do całkowitego odwrócenia sytuacji, doprowadzić do chaosu, w którym rebelianci jakimś cudem zwyciężą.

7. WSTĘP?

Wspominałam powyżej, książka ma 668 stron, a przypomina zaledwie wstęp do czegoś większego. Główny cel działań bohaterów został osiągnięty, ale czytelnik wie, że nadchodzi coś dużo większego.
Dlatego mnie nieco sfrustrowało, że takowy wstęp jest tak obszerny, a przy tym ma wyjątkowo nieregularne i nieco wręcz irytujące tempo.

PODSUMOWANIE:
Jak już pisałam: mam mieszane uczucia, co też chyba dało się zauważyć w mojej recenzji. Książka definitywnie mi się podobała. Jednakże kwestionuję wiele elementów jej treści i budowy. W dodatku coś, co w mojej opinii jest jej wadą, może okazać się zamierzeniem autora, ponieważ rozbuduje to w kolejnych tomach.

Po "Studnię Wstąpienia" z pewnością sięgnę i z chęcią zapoznam się z innymi powieściami Sandersona, ponieważ mnie zaciekawił.

PS. BŁĘDY.
Nie wiem, czy to wina autora, czy może tłumaczki, czy może edytora, jednakże... W pierwszej części książki wystąpiło wiele błędów językowych, np. na jednej stronie w pięciu zdaniach z rzędu powtarzał się czasownik: "być" w różnych formach gramatycznych. Jestem na uczulona na powtórzenia, więc bardzo przeszkadzały mi w lekturze.
(Jasne, w tej recenzji popełniłam wiele błędów, ale nie wydaję jej na piśmie. To moje osobiste - choć dostępne publicznie - niepoprawne gramatycznie gadanie).

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Ćwiek

Opinie czytelników


O książce:
Kuna za kaloryferem

Przeczytana już ponad rok temu - czytałam wieczorami na głos dzieciakom, a potem opowiadałam mężowi. Wspaniała, pozytywna, uzależniająca, napisana lek...

zgłoś błąd zgłoś błąd