Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Ślepy demon. Sieciech

Cykl: Słowo i miecz (tom 2)
Wydawnictwo: superNOWA
6,86 (35 ocen i 4 opinie) Zobacz oceny
10
2
9
3
8
7
7
8
6
11
5
1
4
1
3
2
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788375780918
liczba stron
333
język
polski
dodała
Elaine

SŁOWIAŃSKA APOKALIPSA Następny rozdział piastowskiej sagi i zarazem nowa opowieść. Jej bohaterem jest Sieciech, „mąż wprawdzie rozumny, szlachetnego rodu i piękny, lecz zaślepiony chciwością, przez którą wiele popełniał czynów okrutnych i nie do zniesienia”(Gall Anonim). Obaleni bogowie upatrzyli w nim sobie szermierza walki o panowanie nad utraconym światem. Z grobu powstaje czarodziej...

SŁOWIAŃSKA APOKALIPSA Następny rozdział piastowskiej sagi i zarazem nowa opowieść. Jej bohaterem jest Sieciech, „mąż wprawdzie rozumny, szlachetnego rodu i piękny, lecz zaślepiony chciwością, przez którą wiele popełniał czynów okrutnych i nie do zniesienia”(Gall Anonim). Obaleni bogowie upatrzyli w nim sobie szermierza walki o panowanie nad utraconym światem. Z grobu powstaje czarodziej Kościej, mający poprowadzić wojownika Ścieżką Zakazanych Prawd. Pod wpływem nauk przewrotnego maga Sieciech zapragnie uderzyć w samo serce dynastii piastowskiej, zdruzgotać jej panowanie, by samemu sięgnąć po władzę, wspierany demoniczną potęgą. Chce też zdobyć miłość pięknej Krystyny, którą nieodgadnione fatum uczyniło kochanką dwóch Piastów i matką mrocznego dziedzica, Zbigniewa. Książęta wojują o władzę, biskupi o rząd dusz, bogowie o pamięć ludu. Wojna trwa... i nie kończy się nigdy.

ŚLEPY DEMON kontynuuje historię opowiedzianą przez Witolda Jabłońskiego w SŁOWIE i MIECZU, tomie pierwszym jego słowiańskiej gry o tron. Kazimierz Odnowiciel, pogromca pogan i uzurpatora Miecława, powoli umiera od rany zadanej mu Włócznią Perkuna, a jego następca, Bolesław Śmiały, musi się zmierzyć z demonami, które wypełzły z kuźni Rogatego Pana. Rupezal, Rzepiór, Kościej – Zło niejedno ma imię.

 

źródło opisu: SuperNowa, 2015

źródło okładki: SuperNowa, 2015

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 152
Linoskoczek | 2015-11-02
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 02 listopada 2015

Apologia pogaństwa.
Właściwie rodzimowierstwa.
Autor bardzo nie lubi określenia pogański, ale dawną wiarę – jakakolwiek by ona nie była – bardzo sławi. Niestety, zbyt łatwo daje się to odczuć.

Bóg jeden raczy wiedzieć w co tak naprawdę ci nasi przedchrześcijańscy przodkowie wierzyli. Podobno w Swarożyca, Świętowita i Welesa oraz tym podobne bractwo z wieloma głowami i dosyć niejasnymi atrybutami, a w pozycjach dotyczących mitologii słowiańskiej chętnie znajdują się odwołania do jakiegoś paradygmatu indoeuropejskiego z konieczną w tym wypadku trójcą, którą najlepiej – bo najbardziej obeznana – obrazuje ta starogrecka: Zeus, Posejdon i Hades. Niby u nas miała istnieć podobna, choć kto to wie. Pozostawione nam zapiski można określić eufemistycznie: jako cokolwiek niejasne, a obyczaje niepewnego źródła. Ale nasze rodzimowierstwo w tych kultach odnajduje jakąś szczerą, archetypiczną, słowiańską prawdę, choć z lekka zaśniedziałą. Witold Jabłoński odnajduje aż tak, że tych dawnych – ale takich bardziej prężnych wyznawców – nazywa kultystami. Trochę zazgrzytałem zębami przy użyciu takiegoż określenia, co najmniej zalatującego naszą, a nie tą tysiąc lat drzewiej temu minioną epoką.

Autor wyraźnie ustawia się w gronie tych, którzy sławią te dawne religie. Co w nich odnajduje? Były przecież krwawe. Chrześcijaństwo wobec nich jest zdecydowanym postępem cywilizacyjnym, bo nawet jeśli opornym wybijano zęby, to nie urywano głów. Wręcz na kartach swej powieści nie ukrywa, że wyznawcy Chrystusa przelewali mniej krwi niż kultyści Dadźboga. Świątynie i świat chrześcijański także ładniejsze niż dość ponure budowle Arkony. Aż mi dziwnie, że sławiąc tak drogie Mu rodzimowierstwo, tak niekorzystnie je naświetla. Zdecydowanie zdumiewająca taktyka.
Bo że mu bliżej do tych niechrześcijan, to widać po malunku obmierzłych typów reprezentujących Jezu Krysta i tych Mu jakoś bliższych, jakoś godnych, choć skrzywdzonych pogan. Bo chrześcijanie uwielbiają dzieci katować, sięgać po cudze żony i seksualnie napastować młodzieńców. Problem taki, że ci rodzimowiercy jednak reprezentują świat stojący niżej, przez to właśnie nędzniejsze budowle, krwawe ofiary i to, co wiemy o porządku prawnym i ekonomicznym. Mianowicie nasi pogańscy przodkowie słynęli z tego, że na potęgę sprzedawali swych współbraci, dopiero jako chrześcijanie ograniczyli ten proceder. Wydawałoby się, że Autor, jeśli już, to raczej powinien opowiedzieć się po stronie, akurat tu wyraźnego postępu cywilizacyjnego, a On nie. Jakoś tak wstecznie.

Można byłoby mi zarzucić, że czepiam się tego rodzimowierstwa bez dania mu racji, a ono takie prawe i bliskie natury, jak to widać po Jadźwingach, wprost dzieciach lasu. No i Autor ma prawo do własnych wizji, której taki profan jak ja, dotknięty nieuleczalna niewiarą w to, że prymitywizm może być bardziej humanitarny od cywilizacji, zrozumieć nie potrafi. Może tak być, że będąc ograniczony tymi cywilizacyjnymi zdobyczami i tysiącleciem narzuconej nam obcej kultury, podlegam schematom, tłumiącym prawdy naturalnego Słowianom rodzimowierstwa.
I gdyby książka Jabłońskiego była dobrze napisana, nie miałbym nic na swoją obronę, ale przynajmniej zyskałbym pewność co do tych moich ograniczeń. Niestety, ze względu na to jak została napisana, nie zyskałem. W sąsiadujących ze sobą partiach tekstu Autor umieszcza takie wyrażenia jak: dzierżyć i manewr. Jedno zalatuje archaizmem, drugie wyraźnie przynależy naszym czasom. To sąsiedztwo bardzo niezgrabne. Są też ci nieszczęśni kultyści i w ogóle język nam współczesny, niekiedy tylko doprawiony witeziami, co niby ma pełnić jakąś rolę stylizacji, robiąc przede wszystkim dziwaczne wrażenie.
Przyznam także, ze nie pojmuję układu całości, podzielonej na sześć rozdziałów, poprzedzielanych wieloma latami. Nie wiem, czemu takie one istotne, w jaki sposób popychają akcję do przodu. W ogóle akcja jakaś przyczynkowa, rwąca się, wydarzenia nie wiadomo na jakiej zasadzie wiązane. Niby czemu one takie kluczowe, za to inne nie?
Bohaterowie ze swymi motywacjami są nieprzekonujący. Z trudem – co ja piszę – nie da się rozumowo zaakceptować dlaczego Krysta – żona Sieciecha – decyduje się go porzucić. Później czemu on z tym łatwo się godzi. W ogóle sens postępowania tych postaci stoi na bakier z logiką, o wiarygodności psychologicznej nie wspominając. To jakieś niewydarzone ekscesy, poparte na dodatek cudownymi objawieniami, kiedy nagle bohaterowie niespodziewanie odkrywają cudze sekrety. To nieumotywowane i wkurzające użycie zapchajdziury, jaką jest metoda deus ex machina.
Cały sens snucia tej opowieści dziwaczny, bo główny sprawca – Kościej – wie, że powodzenia nie odniesie. Rodzimowierstwa nie przywróci, nieco tylko odwróci nieuchronny triumf chrześcijaństwa. To na Swarożyca i Welesa, po co się stara?!

Zamysł Jabłońskiego w zamierzeniu miał być obrazoburczy. To nierzadkie, szczególnie wtedy, kiedy ma się nie za wiele do powiedzenia, ukryć się za odważnym głoszeniem gorzkich prawd. A ja bym wolał za Herbertem, by jeśli już mnie kuszono i te pokusy miałbym odrzucać, to takie ładne. Wtedy byłoby trudniej i z siebie samego musiałbym coś wydusić. Niechby Autor uwodził estetycznymi obrazkami, niecodziennymi bohaterami, tragizmem dokonywanych przez nich wyborów, piękną frazą, bogactwem opisów i wieloznacznych dialogów. Ale nie muszę się starać, bo kuszenie rodzimowierstwem parciane, bezsensowne i ogólnie brzydkie. A Jabłoński specjalnie się nie trudzi, byle jak klepie tę agitkę wyższości przyrodzonego Słowianom rodzimowierstwa nad narzucone, wraże chrześcijaństwo. W rezultacie nie potrafiąc uwieść tą dawną wiarą, strzela Panu Bogu w okno.

Kiedyś czytałem coś Witolda Jabłońskiego. Dalibóg nie wspomnę tytułu, ale wydawało mi się to niezłe. Albo głupi byłem – co możliwe, albo Autor tu się pogubił. „Ślepego demona” przyswajałem źle, bohaterowie wypadali miałko, a szczególnie obrazoburcze i takie „odważne” wstawki jak chociażby homoseksualizm Bolesława Śmiałego robiły wrażenie naciąganych.
Wiem, że ocenę zawyżam, ale niech tam, dam temu rodzimowierstwu szansę, choć w takim wykonaniu ochota ku temu zdecydowanie mniejsza. Ale nie zachęcam. Pamiętajcie, że ta ocena na ujdzie, cokolwiek naciągana.
Cztery gwiazdki.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Ruchome święto

Trudno jest mi sobie wyobrazić autora, z którym spacer po paryskich ulicach byłby bardziej namacalny.

zgłoś błąd zgłoś błąd