Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Kałasznikow

Tłumaczenie: Łukasz Müller
Wydawnictwo: Znak
6,83 (23 ocen i 6 opinii) Zobacz oceny
10
1
9
1
8
3
7
8
6
8
5
2
4
0
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Gun
data wydania
ISBN
9788324026678
liczba stron
576
kategoria
literatura faktu
język
polski
dodała
Pola

Historia najpopularniejszej broni świata napisana przez laureata Nagrody Pulitzera. Absolutny fenomen wśród broni. Wynaleziony przez sowietów karabin, prosty, przez wielu uznawany nawet za toporny, był na tyle niepozorny, że w chwili jego narodzin nikt nie przypuszczał, jak wielką karierę zrobi. Szybko zyskał jednak status najtrwalszej, najbardziej niezawodnej broni, którą obsłużyć potrafiły...

Historia najpopularniejszej broni świata napisana przez laureata Nagrody Pulitzera.

Absolutny fenomen wśród broni. Wynaleziony przez sowietów karabin, prosty, przez wielu uznawany nawet za toporny, był na tyle niepozorny, że w chwili jego narodzin nikt nie przypuszczał, jak wielką karierę zrobi. Szybko zyskał jednak status najtrwalszej, najbardziej niezawodnej broni, którą obsłużyć potrafiły nawet dzieci.

W okresie zimnej wojny to od niego straciło życie najwięcej ludzi. Był stosowany na wszystkich kontynentach, trafił do obiegu w niemal każdej potyczce zbrojnej po 1946 roku. To z niego strzelali sowieccy żołnierze walczący niegdyś w Afganistanie, serbscy żołnierze w momencie rozpadu Jugosławii, a także prorosyjscy separatyści w Doniecku w 2014 roku. Kałasznikow znalazł się na fladze Hezbollahu, „wystąpił” w niezliczonej ilości filmów i gier komputerowych, a Goran Bregovič skomponował o nim jeden ze swoich przebojów.

Kałasznikow to nie tylko historia legendarnego karabinu.
Wybitna książka C.J. Chiversa to przede wszystkim wyjątkowa opowieść o bohaterach i zbrodniarzach, ludziach odpowiedzialnych za sukces AK-47.

 

źródło opisu: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,6049,Kalasznikow

źródło okładki: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,6049,Kalasznikow

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 656
Bartosz Bolechów | 2016-02-10
Przeczytana: 10 lutego 2016

Po 70 latach od jego zaprojektowania automat Kałasznikowa jest niemal wszechobecny nie tylko w rękach żołnierzy (stanowi wyposażenie ponad 50 armii narodowych), terrorystów i partyzantów ("wraz z granatnikiem, przenośnym moździerzem i improwizowanym ładunkiem wybuchowym karabin Kałasznikowa tworzy kwartet broni stosowanej przez ruch oporu w Afganistanie i Iraku"). Jest najbardziej popularnym karabinem szturmowym na świecie: wyprodukowano prawdopodobnie około 100 milionów sztuk rozmaitych wersji i modeli AK (drugi pod tym względem M16 nie osiągnął nawet pułapu 10 milionów). Kałasznikow stanowi jednak coś znacznie więcej niż broń. Jest znakiem w sensie semiotycznym, ikoną i symbolem w sensie politycznym i psychologicznym, elementem światowej ekonomii oraz popkultury. Na podobnej zasadzie książka Chiversa stanowi coś znacznie więcej niż jedynie monografię karabinku Kałasznikowa: tytułowa broń stanowi raczej swoisty punkt odniesienia, ziarno, z którego kiełkuje uniwersalna opowieść o ludzkiej głupocie, cynizmie i okrucieństwie. "Kałasznikow" składa się ze swoistych warstw: w samym centrum znajduje się tytułowy karabinek, umieszczony w kontekście niezwykle interesujących rozważań na temat genezy i rozwoju broni maszynowej - nie tylko i nie przede wszystkim w kontekście technicznym. Najszerszym kontekstem jest tu jednak polityka, historia, ekonomia, psychologia, taktyka i kultura strategiczna. Nie chcę tu odstraszać czytelników, sugerując, że "Kałasznikow" stanowi coś w rodzaju imitującego monografię broni traktatu filozoficznego: Chivers nie jest francuskim intelektualistą, lecz amerykańskim dziennikarzem, mówimy tu zatem o wartości dodanej, swoistej "premii" wynoszonej z lektury. Osobiście uważam, że uczynienie z przedmiotu rozważań "czegoś więcej" jest jedną z cech dobrego dziennikarstwa, a autor robi to w sposób subtelny, bezpretensjonalny i nie sugerując nigdzie, że jego ambicje wykraczają poza analizę konkretnego fenomenu i jego kontekstu. Nic dziwnego, bowiem C.J.Chivers to świetny i cieszący się zasłużoną renomą dziennikarz: jest kompetentny merytorycznie (kilka lat przesłużył w Korpusie Piechoty Morskiej, m.in. w Zatoce Perskiej, pracował jako korespondent wojenny, pisze dla "The New York Times" i "Esquire"), metodyczny, dociekliwy i przenikliwy, a jego styl jest uporządkowany i klarowny. Muszę jednak przyznać, że najbardziej interesujące mnie fragmenty pracy paradoksalnie nie dotyczyły samego automatu Kałasznikowa, choć wszyscy zainteresowani tematem powinni być zadowoleni, bo Chivers dotarł do wielu cennych źródeł, a liczba osób, z których pomocy korzystał w przygotowywaniu pracy przyprawić może o zawrót głowy. Najciekawsze dla mnie były dwa rozbudowane i fascynujące wątki: poświęcony początkom broni maszynowej oraz wprowadzaniu do wyposażenia amerykańskiej piechoty i Korpusu Marines w Wietnamie karabinu szturmowego M16. To w nich najpełniej ujawnia się przerażająca i brutalna prawda o ludziach, siłach zbrojnych i patologicznej kulturze przemysłowego zabijania, o której tak przenikliwie pisał John Keegan w "Historii wojen".
Gdzie zaczyna się ta historia? W wersji Chiversa w XVIII-wiecznym Londynie, gdzie niejaki James Puckle uzyskał angielski patent na szybkostrzelną rusznicę skałkową, którą zamierzał produkować w dwóch wersjach: jedną strzelającą kulistymi pociskami do chrześcijan i drugą strzelającą sześciennymi klockami do muzułmanów (łatwo się zorientować, że nie był wybitnym balistykiem). Rzeczywiście jednak pierwszym systemem uzbrojenia, na którym koncentruje swoją uwagę autor jest słynna kartaczownica Gatlinga, a pierwszym konfliktem wojna secesyjna, stanowiąca zapowiedź wynalezionego i wdrożonego przez cywilizację Zachodu zabijania na skalę przemysłową. W tej opowieści o początkach broni maszynowej, rozciągającej się na przestrzeni lat od amerykańskiej wojny domowej, po pierwszą wojnę światową, najbardziej zdumiewające są niewiarygodna arogancja, głupota i okrucieństwo wojskowych, będących niewolnikami własnej kultury strategicznej i przyzwyczajeń, niezdolnych do rozważenia podstawowych implikacji pojawienia się nowej broni o bezprecedensowo zabójczych właściwościach. Najpierw zlekceważono kartaczownicę Gatlinga, mimo iż testy ewidentnie wskazywały na jej przewagę nad tradycyjną bronią palną: Chivers opisuje konfrontację stu pruskich żołnierzy piechoty uzbrojonych w ładowane odtylcowo karabiny z jedną kartaczownicą, jaką przeprowadzono w 1869 r. w Karlsruhe. Cel miał szerokość 22 metrów i wysokość 180 centymetrów. "Rywale dostali po minucie i w tym czasie mieli strzelać jak najcelniej i jak najszybciej potrafili z pozycji oddalonej od niego o 800 kroków. Stu pruskich strzelców postawiło grzmiący ogień zaporowy, demonstrując to, co do tej pory uchodziło za szybkie strzelanie: oddali 721 strzałów, co oznaczało mniej więcej jeden mierzony strzał na żołnierza co dziewięć sekund. Oględziny dowiodły, że efektem większości tej kanonady był co najwyżej hałas. Tylko 196 pocisków utkwiło w celu, więc skuteczność wyniosła 27 procent. Kartaczownica Gatlinga wystrzeliła 246 nabojów i zaliczyła 216 trafień, czyli prawie 88 procent. Tym samym ziściła się wizja jej twórcy: dwóch ludzi, a nie jeden, wykonało pracę za stu, zużywając przy tym tylko około jednej trzeciej amunicji". Mimo to, w 1870 roku "Saturday Review" utrzymywał, że "to urządzenie nie przyniesie rewolucji w taktyce. Nie dokona żadnej prawdziwej zmiany w sztuce wojennej. Nie jest ono, w szerokim sensie tego słowa, nową bronią ani nową siłą". Wojna francusko-pruska w 1871 roku wzmocniła to błędne przekonanie, ponieważ francuskie mitraliezy nie odegrały w niej istotnej roli. Zapowiedzią nadchodzących masakr I wojny światowej były rzezie w Afryce, w której Europejczycy uzbrojeni w gatlingi, a potem w karabiny maszynowe Maksima, dziesiątkowali znacznie liczniejszych Afrykanów (były to "wojny z ludźmi, którzy nie noszą spodni" - jak ujął to jeden z brytyjskich oficerów). Bitwa pod Ulundi w 1879 roku - ok. 5 tys. Brytyjczyków kontra ok. 20 tys. Zulusów. Pogrom po stronie zuluskiej, po stronie brytyjskiej zginął jeden brytyjski oficer i dziesięciu szeregowców. Bitwa pod Abu Klea w 1885 roku w czasie islamskiej rebelii w Sudanie: mimo tego, że kartaczownica się zacięła, zginęło 1100 Arabów oraz tylko 9 brytyjskich oficerów i 65 żołnierzy. Starcie na terenach dzisiejszego Zimbabwe w 1893 roku podczas tłumienia przez Brytyjczyków rebelii ludu Ndebele: około 50 policjantów z czterema maksimami zabiło ponad 3 tysiące Afrykanów. I wreszcie najsłynniejsze ze starć tego typu: bitwa pod Omdurmanem w 1898 roku, w której Brytyjczycy starli się z siłami kalifa mahdystów: straty brytyjskie wyniosły 48 zabitych (włącznie z poległymi podczas niepotrzebnej, ostatniej skutecznej szarży kawaleryjskiej w historii brytyjskich lansjerów), natomiast szacunkowe straty po stronie Sudańczyków wyniosły ok. 10-20 tysięcy ludzi. Winston Churchill, który brał udział w tym starciu jako młody korespondent wojenny, pisał: "W ciągu pięciu godzin najsilniejsza i najlepiej uzbrojona armia dzikusów, jaką kiedykolwiek wystawiono przeciw nowoczesnemu europejskiemu mocarstwu, została zniszczona i rozproszona bez większego trudu, przy stosunkowo małym ryzyku i znikomych stratach po stronie zwycięzców". Adolf von Tiedemann, niemiecki attache wojskowy, obszedł w czasie bitwy prawe skrzydło, robiąc notatki dotyczące funkcjonowania karabinów Maxima. Ocenił, że od ich kul zginęła ponad połowa zabitych Sudańczyków - wysłał do Niemiec raporty i wkrótce Niemcy zwiększyły produkcję własnych karabinów maszynowych, które wkrótce miały wymordować całe pokolenie młodych Brytyjczyków.
Być może najbardziej interesujące fragmenty pracy Chiversa dotyczą zachodniej kultury strategicznej (choć sformułowanie to nie pojawia się w książce ani razu): tego, w jaki sposób przyzwyczajenia, uprzedzenia oraz ugruntowane historycznie fascynacje poszczególnymi typami uzbrojenia i taktyki zniekształcały percepcję rzeczywistości, uniemożliwiając wojskowemu i politycznemu establishmentowi podjęcie realistycznej oceny sytuacji. O kulturze strategicznej pisał bardzo przenikliwie już Tukidydes (choć samo pojęcie pojawiło się dopiero w latach 70. XX wieku), wskazując na kulturowo i geopolitycznie warunkowane różnice w "narodowym charakterze" Ateńczyków i Spartan w zakresie ich podejście do problemu wojny. Wojna Peloponeska była przecież klasycznym, nomen omen, zderzeniem odmiennych kultur strategicznych, podobnie jak wojny kolonialne w Afryce. Najbardziej niezwykłą cechą kultury strategicznej wydaje się jej zdolność do oślepiania, przejawiająca się w upartym niedostrzeganiu stopniowo ujawniających się faktów. Wysoce "zaraźliwa" (ponieważ skuteczna) kultura strategiczna cywilizacji Zachodu, kształtowana przez greckich hoplitów i ich falangę, rzymskie legiony, chrześcijańskie rycerstwo i wywodzącą się z niego arystokrację europejskich oficerów, ukształtowała kult ofensywy, starcia bezpośredniego, szarży kawaleryjskiej i szturmu na bagnety oraz niechęć do broni miotanej jako "zła koniecznego". Jeszcze pod koniec XIX i na początku XX wieku: "niektórzy oficerowie mieli tak negatywne nastawienie do broni palnej, że wyrażali się pogardliwie nawet o karabinach piechoty. 'Należy przyjąć za pewnik, że karabin, niezależnie od swej skuteczności, nie może zastąpić efektu, jaki sieje zimna stal' - napisano w pewnym brytyjskim podręczniku szkoleniowym z przełomu XIX i XX wieku". Na polach bitew ujawniała się wówczas absurdalna w obliczu faktów fascynacja szarżami kawalerii, szablą, lancą i bagnetem - przestarzałymi systemami broni. Tymczasem w czasie wojny rosyjsko-japońskiej w 1905 r. spośród 170 600 rosyjskich żołnierzy figurujących w dokumentach jako zabici lub ranni tylko 0.4 % odniosło rany od bagnetu. Zabójcza ignorancja ujawniła się w pełni oczywiście w czasie I wojny światowej, gdy zderzenie przestarzałych koncepcji taktycznych (frontalny szturm "ludzkiej fali", "atak masą") z karabinami maszynowymi (czyli zderzenie kultu ofensywy z ewidentną taktyczną i sprzętową przewagą defensywy) doprowadziło do bezprecedensowej tragedii. Ignorancję tę ilustrują słowa brytyjskiego generała Ivora Maxse'go, uważanego za głównego taktyka armii brytyjskiej: "Jeden szereg nie da rady, dwa zwykle nie dadzą rady, trzy szeregi czasem nie dadzą rady, ale czterem się zwykle powiedzie". Chivers cytuje przerażający fragment brytyjskiego podręcznika wojskowego z okresu pierwszej wojny światowej, świadectwo barbarzyństwa i pogardy dla ludzkiego życia: "Bagnet jest zasadniczo bronią ofensywną. W szturmie na bagnety wszystkie szarże maszerują naprzód, aby zabijać lub zostać zabitym i jedynie ci, którzy posiedli zręczność i siłę dzięki ciągłym ćwiczeniom, będą potrafili zabijać. Ducha bagnetu należy wpajać wszystkim szarżom tak, aby mogły maszerować naprzód z agresywną determinacją i wiarą w swoją przewagę zrodzoną z ciągłej praktyki, bez której szturm na bagnety nie będzie skuteczny". Kulminacją tej ignorancji i głupoty było szaleństwo bitwy nad Sommą w 1916 roku. Dziesiątki tysięcy ludzi wysłano na śmierć, każąc im maszerować po równym terenie naprzeciw niemieckim karabinom maszynowym. "Anglicy szli tak, jakby wybierali się do teatru, albo jakby byli na placu defilad. Wydawało nam się, że oszaleli" - relacjonował potem niemiecki żołnierz. Tylko jeden z niemieckich zespołów operatorów karabinów maszynowych wystrzelił co najmniej 25 tysięcy nabojów. Z 3-tysięcznej brygady Tyneside Irish po dojściu do niemieckich pozycji zostało 50 zdolnych do walki ludzi. Establishment wojskowy nie był zdolny do wyciągania podstawowych wniosków z faktów, w wyniku czego Brytyjczyków spotkało z rąk niemieckich to samo, co wcześniej Afrykanów z rąk brytyjskich. W ciągu zaledwie godziny zmasakrowano armię brytyjską: zabitych lub rannych zostało 60 tysięcy Brytyjczyków, do południa liczba ta wzrosła do 50 tysięcy, przed końcem dnia nie żyło kolejne 21 tysięcy, a 35 tysięcy odniosło rany. Faktem jest, iż gdyby nie ta rzeź, prawdopodobnie nigdy nie mielibyśmy szansy przeczytać "Władcy Pierścieni", a przynajmniej nie w formie, w jakiej powstała ta opowieść: Tolkien walczył pod Sommą i stracił tam wielu przyjaciół, co stanowiło dla niego traumatyczne doświadczenie formatywne. Pojawia się jednak pytanie ilu wybitnych artystów zginęło, zanim mieli szansę ujawnić swój geniusz, w bezmyślnych szarżach na niemieckie okopy i co straciła (a raczej czego nie zyskała) europejska kultura w wyniku tragicznej w skutkach dysfunkcji: upośledzenia zdolności adaptacyjnej naszych społeczeństw przez patologiczną kulturę strategiczną. Basil Liddell Hart w swojej klasycznej pracy z 1932 roku The British Way of Warfare pisał, iż ogromne straty Wielkiej Brytanii w Wielkiej Wojnie wynikały z odejścia Brytyjczyków od tradycyjnego angielskiego "podejścia pośredniego" (blokada morska i wykorzystanie sojuszników) na rzecz syreniego uroku totalnej konfrontacji: idei zniszczenia sił przeciwnika w bezpośrednim starciu. Oczywiście tragedia powtórzy się w czasie drugiej wojny światowej na jeszcze większą skalę: tym razem Hitler uwierzy, iż nowe systemy uzbrojenia (zwłaszcza broń pancerna i lotnictwo) to uniwersalne narzędzia przełamania przewagi defensywy i że wojna znowu może zakończyć się na skutek potężnego, decydującego uderzenia łamiącego kręgosłup i wolę walki przeciwnika. Efektywność przemysłowego zabijania tym razem zwróci się w głównej mierze przeciwko cywilom, a o losach starcia zadecyduje ostatecznie potencjał przemysłowy mocarstw.
Drugi fascynujący wątek w pracy Chiversa jest również związany z kulturą strategiczną, lecz tym razem amerykańską. Ujawnia się tu zdumiewająca głupota i arogancja establishmentu wojskowego Stanów Zjednoczonych. Najpierw całkowicie zlekceważono przezbrajania wrogich wojsk w automaty Kałasznikowa. Jak pisze Chivers, "przez cały ten czas siły zbrojne Stanów Zjednoczonych błędnie oceniały znaczenie i wagę pojawienia się AK-47. Poza tym, że z poczuciem zaściankowej wyższości lekceważyły wartość najważniejszej socjalistycznej broni palnej, opracowały dla własnych oddziałów broń, która zawiodła w najistotniejszym momencie i przegrały w ten sposób jeden z najważniejszych - choć najgorzej udokumentowany - wyścigów zbrojeń zimnej wojny". I w tym wypadku ogromną rolę odegrała dysfunkcjonalna kultura strategiczna: "Przez cały kluczowy okres projektowania, konstruowania i masowej dystrybucji AK-47 amerykańscy oficerowie nie przewidzieli ani nie pojęli znaczenia tego, co się działo na strzelnicach i w fabrykach broni ich wroga. Porażka amerykańskiego wywiadu i konstruktorów broni była niemal totalna (...) jeśli chodzi o projektowanie broni palnej dla piechoty (Pentagon - BB) uparcie trzymał się nabojów dużej mocy i karabinów, które nimi strzelały. Ten upór wynikał częściowo z tradycji. Na tej samej zasadzie, jak Europa darzyła uczuciem bagnet i kawaleryjskie szarże z przełomu wieków, Ameryka była ofiarą romantycznych fantazji o staroświeckich karabinach i doskonałych strzelcach, którzy ich używali (...) Jeszcze w 1916 roku, kiedy w Europie rzesze żołnierzy zginęły już w żałosny sposób, tracąc życie w okopach w obliczu karabinów maszynowych i artylerii epoki przemysłowej, armia Stanów Zjednoczonych nadal prowadziła w Fort Still Szkołę Muszkieterów". Problem nie polegał zatem na braku dostępu do informacji, ale niezdolności do ich przetworzenia i wyciągnięcia właściwych wniosków. Grupa badaczy działająca pod nazwą Operations Research Office obaliła empirycznie mitologię skuteczności na polu bitwy strzelca wyposażonego w karabin i dużej mocy i donośności (płaskiej trajektorii pocisku) w rodzaju - niezawodnego i sprawnego skądinąd - M1 Garand. "Dostępne dane dowodziły, że niezależnie od sprawności żołnierzy na strzelnicy, na skutek stresu i przy ograniczonej widoczności podczas prawdziwych działań wojennych, znaczenie celnego strzelania jest mniej istotne, niż to sugerowały legendy. Analiza strat w ludziach pokazała, że w czasie II wojny światowej większość postrzałów była przypadkowa, tak jak rany od odłamków, i że na ogół dochodziło do nich na krótkich dystansach. Nie oznacza to, że żołnierze piechoty byli po prostu kiepskimi strzelcami. Duże znaczenie miała taktyka. Stany Zjednoczone z opóźnieniem zaczęły wykorzystywać karabiny maszynowe, ale pod koniec I wojny światowej i podczas swoich późniejszych operacji wojskowych zwykle dobrze ich używały. Współczesne walki piechoty łączył jeden wspólny element, który zakładał poleganie nie na precyzji mierzonego ognia poszczególnych żołnierzy, lecz na zmasowanym ogniu całej grupy pokrywającym pewien obszar. Styl i metody konwencjonalnej wojny lądowej uległy zmianie". Tymczasem "pięć lat po tym, jak AK-47 stał się standardową bronią sowieckiej piechoty, amerykańskie podręczniki wojskowe milczały na temat jego istnienia, mimo że była to broń, z którą amerykańscy żołnierze mieli się nieuchronnie zmierzyć. Podręcznik Korpusu Uzbrojenia z 1954 roku, zatytułowany Soviet Rifles and Carbines. Identification and Operation (...) w ogóle nie wspominał o AK-47, mimo zamieszczonej uwagi, że 'przedstawione tu informacje są oparte na najnowszym i najlepszym dostępnym materiale'. Ta deklaracja jest niemal niewytłumaczalna, zważywszy, że Związek Radziecki publicznie przyznał się do posiadania AK-47 w 1949 roku". Efekty tego zdumiewającego zaniedbania były bardzo dotkliwe: przez większą część lat 60. "amerykańska armia traktowała AK-47 lekceważąco, jako broń o ograniczonej przydatności - pistolet maszynowy dobry dla nieudolnych socjalistycznych poborowych, ale poniżej godności piechoty amerykańskiej strzelającej na dużą odległość. Termin 'pistolet maszynowy' przez lata powtarzany w wojskowych raportach i oficjalnej korespondencji, był pejoratywny, tak jakby AK-47 nie zasługiwał, żeby dyskutowano o nim w tej samej rozmowie razem z doskonałymi amerykańskimi karabinami bojowymi. Przyjętą normą były drwiny". Niezdolność do dostrzeżenia zalet karabinu szturmowego miała fatalne skutki. "Zwyciężyła zaściankowość. Pentagon i jego oficerowie odpowiedzialni za uzbrojenie zdążyli podjąć decyzję, więc siły zbrojne Stanów Zjednoczonych i NATO miały nadal używać nieporęcznej boni skonstruowanej w oparciu o przestarzałe pomysły. Armia amerykańska wciąż postrzegała siebie jako ekipę, która panuje na polu bitwy uzbrojona w wielkie karabiny - duże, potężne i płasko strzelające - dysponujące mocą obalającą zdolną zmiażdżyć nieprzyjacielskich żołnierzy znajdujących się dalej niż da się dojrzeć nieprzyjacielskich żołnierzy gołym okiem. Było to całkiem rozsądne, w każdym razie dla każdego, kto nie liczył się z ewolucją w dziedzinie taktyki i projektowania karabinów i nabojów". Kulminacją tych błędów była sytuacja w czasie fatalnej samej w sobie wojny w Wietnamie: "Pentagon, wspierany przez największą gospodarkę świata i święcie przekonany, że jej zmysł innowacyjny nie ma sobie równych, pozwolił się wyprzedzić ZSRR o ponad 15 lat, jeśli chodzi o projektowanie i organizację produkcji najbardziej podstawowego narzędzia walki. Departament Obrony Stanów Zjednoczonych stanął w obliczu braku nowoczesnego karabinu. Ich pechowi żołnierze wojsk lądowych i piechoty morskiej mieli wkrótce okupić to krwią". Wkrótce okazało się, że słabo przeszkoleni Wietnamczycy (wielu strzelało po raz pierwszy dopiero w czasie faktycznych działań zbrojnych) dzięki produkowanych masowo w Chinach AK-47 są w stanie zabijać kilkuset amerykańskich żołnierzy miesięcznie. Skoro nie można było dłużej ignorować skuteczności karabinu szturmowego, Amerykanie opracowali własny: i była to kolejna katastrofa. "AK-47 i AKM powstały w wyniku metodycznych prób podejmowanych pod kontrolą państwa. M-16 trafił do rąk żołnierzy inną drogą. Amerykański system nie był ani kapitalistyczny, ani w pełni kierowany przez państwo. Był nieharmonijną hybrydą. Stosowane od dawna praktyki rozwoju broni zawiodły. To, co je zastąpiło, okazało się gorsze (...) Korpus uzbrojenia, kierowany przez mieszankę ekspertów i biurokratów, stosował de facto prawo veta wobec broni zaprojektowanej przez kogoś innego. Gdyby służby były obiektywne i bezstronne, to prawo mogłoby być wykorzystywane z pożytkiem. Ale talenty korpusu zostały przez dziesięciolecia osłabione przez dogmatyzm". Najbogatszy i najpotężniejszy kraj na świecie, z rocznym budżetem obronnym w wysokości 25-30 miliardów dolarów, nie był w stanie dotrzymać kroku ZSRR w zakresie projektowania i produkcji podstawowego narzędzia walki piechoty. Pentagon zmarnował de facto 20 lat, nie rozumiejąc znaczenia ewolucji broni automatycznej. Co więcej, mnóstwo czasu i pieniędzy zmarnowano na pogoń za mrzonkami rodem z filmów o Jamesie Bondzie. Amerykańskie siły zbrojne pracowały nad tzw. indywidualną bronią specjalnego przeznaczenia, czyli SPIW (Special Purpose Individual Weapon). Miał to być automatyczny karabin na... strzałki, podobne do igieł oraz (miotane z drugiej lufy) granaty, który według jego entuzjastów w latach 60. miał całkowicie zastąpić tradycyjne karabiny piechoty. Niewiarygodne, ale prawdziwe.
Warto w tym miejscu poczynić małą dygresję. Jeśli ktokolwiek krytykuje Imperium z uniwersum "Gwiezdnych Wojen" za dziwaczne decyzje jeśli chodzi o uparte alokowanie zasobów w zawodne technologie, książka Chiversa uświadomi mu, że realne imperia zachowują się dokładnie w taki sam, o ile nie jeszcze bardziej zdumiewający i arogancki sposób, a uparte trzymanie się przestarzałych rozwiązań stanowi element stałego repertuaru sił zbrojnych. Warto sobie na przykład uświadomić, że współczesnym odpowiednikiem (funkcjonalnym ekwiwalentem) Gwiazdy Śmierci z "Gwiezdnych wojen" są lotniskowce, pełniące dokładnie takie same dwie zasadnicze funkcje, to znaczy zastraszania przeciwników samą swoją obecnością (jak to ujął Wielki Moff Tarkin, "Strach utrzyma systemy w ryzach") oraz projekcji siły w razie konieczności. Lotniskowce są ogromnymi, niesamowicie kosztownymi systemami uzbrojenia, podatnymi na zniszczenie przy użyciu ziemskiego odpowiednika torpedy protonowej, czyli rakiety samosterującej w stylu chińskiej DF21-D. A mimo to nadal się je produkuje, w "udoskonalonych wersjach" (klasa Gerald Ford obecnie wypiera klasę Nimitz, tak jak druga Gwiazda Śmierci nastąpiła po pierwszej, a po drugiej skonstruowano "jeszcze doskonalszego i jeszcze potężniejszego" Starkillera).
Wróćmy z gwiazd na Ziemię. Kiedy Amerykanie opracowali, wyprodukowali i wysłali w końcu do Wietnamu swój odpowiednik AK, czyli M16, okazało się, że broń ta jest "trudna do wyczyszczenia, kapryśna i podatna na zacięcia w najmniej odpowiednim momencie (...) Wprowadzanie M16 do służby przebiegało fatalnie. W okamgnieniu karabin zyskał reputację, która budziła obawy. Kiedy M16 działał, był doskonały. Ale po wystrzeleniu kuli niepokojąco często pusta łuska nie była wyrzucana na zewnątrz. Blokowała się w komorze nabojowej, a cykl strzelania - nie tylko automatycznego, ale w ogóle - był gwałtownie przerywany. Co gorsza, zdarzało się, że spód zużytej łuski się rozrywał, przez co niezwykle trudno było usunąć ręcznie jej resztki". Zdarzały się też wypadki rozrywania karabinu w czasie prowadzenia ognia, w wyniku których żołnierze odnosili rany, a nawet ponosili śmierć. Popełniono kilka kardynalnych błędów, wprowadzając do walki prototyp uzbrojenia, który udoskonalano dopiero w czasie wojny: cenę za tę niekompetencję ponieśli amerykańscy żołnierze. "W przeciwieństwie do AK-47 w M-16 gaz powstały przy spalaniu się materiału pędnego nie popychał tłoka. Był odprowadzany na suwadło, czyli część mechanizmu karabinu. Powodowało to, że ważne ruchome części były narażone na wyższą temperaturę i większe zabrudzenia". Ponadto, w przeciwieństwie do AK, w M16 nie pokryto chromem przewodu lufy ani komory nabojowej, a całego karabinku warstwą ochronną, przez co sprzęt w warunkach wietnamskich dosłownie przeżerała korozja. Dodatkowo, w M16 przyjęto inną filozofię konstrukcji: podzespoły karabinku ściśle do siebie przylegały, dzięki czemu był co prawda celniejszy od kałasznikowa na każdą odległość, ale również zdecydowanie bardziej podatny na zacinanie się, bo kurz, brud, czy piasek znacznie łatwiej mogły zablokować lub spowolnić ruch zamka, niż w luźniej pracujących podzespołach AK. Wreszcie, M16 był lekki (aby łatwiej go było przenosić i z niego celować), ale mała masa zamka powodowała, że przy strzale powstawał tylko niewielki nadmiar energii potencjalnej - w połączeniu z powyższymi problemami była to recepta na katastrofę. Problem nie polegał jedynie na tym, że żołnierzy wyposażono w skrajnie zawodną broń: armia amerykańska oficjalnie zakazała wspominać o wadach M16 w oficjalnych komentarzach i rozmowach z dziennikarzami (inne "zakazane" tematy: "B-52 i inne błędy przy bombardowaniu"; "porażka oddziałów amerykańskich", "kobiety w Wietkongu", "bardzo młodzi partyzanci Wietkongu" i "stosowanie miotaczy ognia czy to ręcznych, czy montowanych na pojazdach gąsienicowych").
Oczywiście opowieść Chiversa zawiera znacznie więcej interesujących wątków, niż dwa omówione powyżej. Czytelnik zapozna się nie tylko z historią rodziny Kałasznikowa oraz historią projektowania i powstawania samej broni, ale również z osobami Gatlinga i Maksima, czy absurdalnymi pseudonaukowymi eksperymentami polegającymi na strzelaniu z broni automatycznej do sprowadzonych specjalnie z Indii... głów ludzkich wypełnianych żelem, aby imitowały mózg (studium to było utajnione przez 46 lat). Chivers opowiada o gigantycznym składzie broni w Artiomowsku, gdzie składowano ok. 3 miliony karabinów, o kałasznikowach w rękach terrorystów i partyzantów, o zmodyfikowanych wersjach AK-47 i ich historii, o nielegalnych transferach broni (m.in. jak porzucone Wietnamie M16 dostały się w ręce FMLN w Salwadorze), o największej grabieży broni w historii, do jakiej doszło w Albanii w 1996 roku (z magazynów zniknęło 700 tysięcy sztuk broni palnej oraz 1,5 miliarda sztuk amunicji, ponad 3 miliony granatów ręcznych i milion min lądowych - brakowało 80 % broni strzeleckiej należącej do armii), o porzuconych na Ukrainie wagonach towarowych z rosyjską bronią i amunicją (Ukraińcy szacowali w latach 90., że mają na swoim terytorium nawet do 3 milionów ton amunicji i ok. 7 milionów sztuk wojskowej broni strzeleckiej), o ikonografii kałasznikowa, o cenach automatów na światowych rynkach, o automacie Thompsona jako "domowym karabinie maszynowym", siejącym postrach w rękach gangsterów i wielu innych sprawach. Dla osób nieznających fenomenu szaleństwa zwanego Armią Bożego Oporu w Ugandzie fascynująca będzie także opowieść o niewiarygodnych dziwactwach tej hybrydy sekty religijnej z oddziałem partyzancko-łupieżczym: jego kompaniami dowodziły duchy; jej Środek Zapobiegawczy Numer Dwadzieścia brzmiał "Będziesz miał dwa jądra, ni mniej, ni więcej", nacieranie skóry żołnierzy olejem z drzewa masłowego miało zapewnić im kuloodporność, a specjalne kamienie miały wybuchać jak granaty.
Czy znajdziemy tu odpowiedź na pytanie o źródła fenomenu kałasznikowa? Tak, ale nie jest ona ani najbardziej interesująca, ani najważniejsza w tej książce. Sprawa bowiem jest stosunkowo prosta. Nie chodzi bynajmniej o to, że automat Kałasznikowa jest pozbawiony wad. W porównaniu z innymi karabinami szturmowymi AK jest stosunkowo mało celny, za co zresztą bywał często krytykowany (warto jednak pamiętać, że celność tego typu broni nie jest najistotniejsza we współczesnych warunkach bojowych, gdzie wymiana ognia następuje na ogół na stosunkowo krótkich dystansach). Ponadto, po wystrzeleniu ostatniego naboju z magazynka zamek przesuwa się do przodu i pozostaje zaryglowany: trudno się zatem zorientować, że w magazynku skończyła się amunicja i trzeba wykonać dodatkowy ruch przy jego wymianie (odciągnąć zamek). Wadą był też głośny przełącznik zmiany rodzaju ognia, mogący narażać żołnierzy na niebezpieczeństwo w warunkach bojowych. Dwie powiązane ze sobą zalety zdecydowanie przeważyły jednak nad wadami: prostota i niezawodność (istotna jest też oczywiście siła ognia). Z kałasznikowa bardzo łatwo nauczyć się strzelać, ma on też bardzo prostą konstrukcję (w testach z udziałem żołnierzy amerykańskich średni czas rozłożenia i złożenia karabinów M14, M16 i AK-47 wyniósł odpowiednio 71, 80 i 34 sekundy). Masywny zamek (duża energia kinetyczna) i luźne złożenie elementów powoduje, że automat nie jest wrażliwy na zabrudzenia, a solidne wykonanie oznacza legendarną trwałość: w użyciu nadal znajdują się automaty wyprodukowane w latach pięćdziesiątych (można je obejrzeć na wkładce ze zdjęciami, jakie umieszczono w książce). AK to ucieleśnienie triumfu raczej ponurego pragmatyzmu. Automat traktowano jako broń rewolucyjną i oręż zimnej wojny: masowa produkcja i handel doprowadził do jego rozprzestrzenienia się na cały świat. Kałasznikow jest jednak czymś znacznie więcej niż bronią strzelecką, która w drugiej połowie XX wieku zabiła więcej ludzi, niż jakikolwiek inny system uzbrojenia. Jest symbolem, zwierciadłem, w którym możemy się przejrzeć wszyscy, choć raczej nie spodoba się nam to, co w nim ujrzymy. Sam Michaił Kałasznikow umarł w wieku 94 lat w 2013 roku, ale jego straszne dziedzictwo pozostanie z nami na długo.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Nibynoc

Ksiazka podobala mi sie,autor ma lekkie pioro,jezyk jest bogaty i barwny a losy Mii chlonelam z ciekawoscia.Denerwowalo mnie tylko to ze tekst...

zgłoś błąd zgłoś błąd