Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Endgame. Wezwanie

Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Cykl: Endgame (tom 1)
Wydawnictwo: Sine Qua Non
7,01 (933 ocen i 247 opinii) Zobacz oceny
10
77
9
121
8
196
7
218
6
153
5
80
4
34
3
34
2
10
1
10
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Endgame: The Calling
data wydania
ISBN
9788379242511
liczba stron
512
język
polski
dodał
Jimu

Książka? Nie, to przyszłość rozrywki! Projekt "Endgame" to multimedialne doświadczenie, w którym rzeczywistość przeplata się z fikcją. Trzy powieści, jedna gra dla miliardów graczy. No i 3 000 000 $ nagrody! Przyszłość nie została jeszcze określona. Dopiero "Endgame" ją zweryfikuje. W Ziemię uderza seria meteorytów. Tylko garstka jest świadoma tego, co to oznacza… W ich żyłach płynie krew...

Książka? Nie, to przyszłość rozrywki!

Projekt "Endgame" to multimedialne doświadczenie, w którym rzeczywistość przeplata się z fikcją.
Trzy powieści, jedna gra dla miliardów graczy.
No i 3 000 000 $ nagrody!

Przyszłość nie została jeszcze określona.
Dopiero "Endgame" ją zweryfikuje.

W Ziemię uderza seria meteorytów. Tylko garstka jest świadoma tego, co to oznacza…

W ich żyłach płynie krew starożytnych cywilizacji.
W ich umysłach odzywa się głośne wezwanie.
W ich rękach znajduje się los świata.

Nie mają nadprzyrodzonych zdolności. Nie potrafią latać, nie posługują się magią.
Od dziecka szkolono ich, by stali się zabójcami idealnymi.

Nadszedł czas.
Usłyszeli wezwanie.
Rozpoczyna się "Endgame"!

Czytaj książkę. Odszukuj wskazówki. Rozwiązuj łamigłówki.
Zwycięzca może być tylko jeden!

 

źródło opisu: Wydawnictwo Sine Qua Non, 2014

źródło okładki: http://www.wsqn.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 255
quidportavi | 2016-07-20
Na półkach: Przeczytane

No to zacznijmy od fabuły. Idzie to mniej-więcej tak:
Endgame jest czymś w rodzaju gry wstępnej do apokalipsy. W ziemię uderza dwanaście meteorytów, które są Wezwaniem do pojedynku dla dwunastki nastolatków. Każdy z nich jest przedstawicielem jednego ze starożytnych plemion, które żyją na ziemi od zarania dziejów. Walka toczy się o trzy klucze. Kto zdobędzie je wszystkie, ten zwycięży Endgame, a co za tym idzie on i jego plemię jako jedyni przetrwają koniec świata. Reszta ludzi umrze. Wspomniałam, że o zbliżającym się Armagedonie wiedzą tylko wybrańcy i ich najbliżsi, tudzież przedstawiciele Rad plemion? Zwykłe Janusze nie mają pojęcia, że właśnie toczy się gra, której ceną jest ich życie. Po otrzymaniu Wezwania uczestnicy udają się na spotkanie z kosmitami, którzy to wszystko organizują. Ufoludki dają każdemu wskazówkę jak dotrzeć do pierwszego klucza i gra się rozpoczyna. Wszystkie chwyty dozwolone.

Może najpierw plusy książki. Hmm… Endgame. Wezwanie ma śliczną okładkę. Serio, jest złota, pokryta jakimiś napisami, mieni się, a symbol z przodu jest lekko wypukły. Okładka jest świetna, zaiste. Ale co z tego, skoro wnętrze jest fatalne? Tu kończą się plusy Endgame, przynajmniej według mnie.
Drugą zaletą mogłoby być połączenie książki z grą. Piszę „mogłoby”, bo w rzeczywistości wyszło to strasznie. Ogólnie autorzy postanowili stworzyć łańcuszek zagadek dla czytających, które doprowadzą nas do miejsca ukrycia 3 000 000 $. Przyznajcie, że nie pogardzilibyście takim kieszonkowym ;). I faktycznie taka idea przyciągnęła uwagę ludu, bo to coś nowego, innego. Wiele osób chciała sprawdzić swoje siły. Ja niekoniecznie paliłam się do główkowania, ale próbę podjęłam. Niestety, zagadki są tak cwanie ukryte, że nawet nie znalazłam pierwszej (możliwe, ze jestem tumanem -,-). Zalogowałam się, weszłam do jakiegoś pomieszczenia i finito. Koniec zabawy. No ale nie będę oceniać historii negatywnie tylko przez to, że zagadki w niej zawarte mnie pokonały. Jednak to, na co autorzy skazali czytelników przez wplecenie tej gry w Endgame jak najbardziej nadaje się do skrytykowania. Czemu? Już Wam mówię ;).

Ta książka nie będzie miała ani jednego akapitu. Żadnego wyjustowania tekstu.
Czasami w jednej linijce będą tylko dwa słowa. Czasami tylko jedno. Często zdanie będzie podzielone na pięć linijek, po kilka słów w każdej. Czemu? No bo przecież to może (ale nie musi) być wskazówka dla czytelników, którzy nie poddali się i postanowili zawalczyć o te trzy miliony dolarów! Tylko że cała reszta, która po prostu chciała przeżyć sobie próbny koniec świata, zostaje skazana na mękę czytania ciągłego tekstu, poszarpanego bez ładu i składu, bez żadnych logicznych podziałów (nie licząc rozdziałów, ale o tym za moment). Barbarzyństwo. Moje oczy nie wytrzymywały dłużej, niż pół godziny czytania. Serio, akapity są cudowne, ale człowiek docenia je dopiero po przeczytaniu Endgame.

Jedynym podziałem stosowanym w książce są rozdziały. W każdym z nich widzimy świat oczami innego zawodnika, mamy więc dwanaście perspektyw. Mnie osobiście doprowadzało to do szału. Czemu? Zacznijmy od tego, że pierwszych kilka rozdziałów musiałam czytać o tym samym, z tym że w innym miejscu na mapie. Pierwsze rozdziały były opisami spadającego meteorytu i śmierci ludzi, którzy akurat stali tam, gdzie bryła zaryła w ziemię. Tak więc było bum!, krew, flaki, trupy i zdziwienie, że trzeba się ruszyć do tego kosmity po wskazówkę. Różnica była tylko taka, że jedni się z tego cieszyli, a drudzy wręcz przeciwnie, bo liczyli, że dożyją osiemnastki (albo dwudziestki, nie jestem pewna) i obowiązek walki spadnie na kogoś innego. Poza tym nie lubię czegoś takiego. Dwanaście perspektyw to dla mnie za dużo. Jedynie w GoT nie przeszkadzało mi takie skakanie miedzy bohaterami, ale rozdziały u Martina miały po 30 stron. Tu jedna osoba ma czasami tylko dwie kartki dla siebie, po czym pojawia się zupełnie inna postać na kolejnych sześć stron, później jest jedna karteczka dla innego zawodnika, i tak w kółko Macieju. M A S A K R A ! W dodatku ci gracze mają tak idiotyczne imiona, że spamiętanie ich zajmuje pół książki, a w sumie do samego końca nie umiałam przyporządkować imiona do postaci, która miałam w głowie.

Przejdźmy do samych bohaterów. Cóż, opis na okładce zapewnia, że to są zwykli nastolatkowie, ino od małego szkoleni w walce. Żadnych czarów, żadnych super mocy. No i niby tak jest, ale na litość boską, przy tych dzieciakach Rambo, Schwarzenegger i każdy inny Bruce Willis mogą się schować. Głowni bohaterowie mają (z tego co pamiętam, mogę się o jakieś 2 lata mylić) od 12 do 18 lat, a mordują się wzajemnie jak światowej sławy zabójcy. Ja rozumiem, że mieli szkolenie ale kurde, serio? Dwunastolatek z zimna krwią mordujący trzydziestolatka spotkanego gdzieś na pustyni? U z b r o j o n e g o trzydziestolatka. Z obstawą. Przepraszam, ale dla mnie to chore. Już nie wspomnę, że te morderstwa uchodzą im na sucho. Frey stworzył dwunastu zupełnie odmiennych bohaterów. I każdy jeden mnie irytował, każdy był pełen sprzeczności. Mamy na przykład niemowę, której nikt nie zauważa. Taka trochę ninja. I nie byłoby to takie dziwne, gdyby laska nie paradowała w czerwonej peruce i barwnych ciuszkach. Serio? Nie zwrócilibyście uwagi na czerwonowłosą Japonkę w samym środku lasu? No mnie by się chyba rzuciła w oczy jednak... Swoją drogą laska potrafiła skoczyć z jednego rozpędzonego auta, na dach drugiego, wykroić mieczem tylną szybę, pozabijać (albo ogłuszyć) kierujących autem graczy i wyjąć z wnętrza zakładnika, po czym przeskoczyć z nim do auta nr.1, i nawet się nie zadrasnąć. Jeśli po czymś takim nadal macie chrapkę na Endgame, to chylę czoła.
Z całej dwunastki najbardziej zapadł mi w pamięć An Liu. An jest Chińczykiem z fiksum-dyrdum, lubującym się w elektronicznych gadżetach. Rozdziały poświęcone tej postaci wyróżniały się spośród pozostałych, były jednymi z nielicznych, które ogarniałam. Czemu? Ano temu, że tekst był przerywany w losowych miejscach takimi wstawkami: "MRUGdygotMrugMrugDYGOTDYGOTmrugMrugMrugDygot".


Jak klikniesz, to zdjęcie urośnie :) Nie dość, ze jest tu MrugDYGOT, to jeszcze świetny przykład tego, jak podzielono tekst.
Jeśli pominąć MrugDygotanie, to rozdziały o Anie drażniły równie mocno, co pozostałe. Każdy z bohaterów znał 101 sposobów na uśmiercenie wroga, był super-silny, super-bystry, super-szybki, super-brutalny... no miał jakieś swoje "super". Frey zapewnił nam taką mieszankę charakterów, że nie sposób się w tym odnaleźć. W dodatku gracze giną jeden po drugim tak szybko, że niektórych zgonów nawet nie odnotowałam. Ponadto niektórzy pojawiali się tak co dwa, trzy rozdziały, a na innnych musiałam czekać tak długo, że gdy już się trafił "ich" rozdział, to miałam nie lada zagadkę kim jest u diabła ten gracz i czy przypadkiem nie był martwy sto stron temu.

O właśnie! Strony. O tym też muszę Wam wspomnieć. Endgame ma blisko 500 stron. Tak pisze na stronie Empiku, LC i wszędzie, gdzie zamieszczono informacje o tej książce. I faktycznie, jeśli policzyć kartki, to jest ich ponad 500. Ale treść właściwa zajmuje może z 400. Jakim sposobem? Cóż, pomiędzy każdym rozdziałem mamy czaderskie obrazki nie związane w żaden sposób z treścią, które prawdopodobnie są częścią zagadki, (chociaż wcale być nią nie muszą)

Ponadto Frey daje nam cudowną możliwość poznania prędkości, z jaka leci oderwany w wyniku wybuchu granatu palec, wysokości na jakiej leci samolot, w którym siedzi jeden z graczy, oraz wiele, wiele innych fascynujących danych liczbowych. I to z dokładnością do 10 miejsc po przecinku <3. Raj dla matematyka, tylko czy na prawdę takie szczegóły były konieczne? Ach, no taaak... ZAGAADKAAA. Zapomniałam. A do tego dochodzi wspomniany wcześniej podział tekstu. Gdyby był on "normalny", to zająłby o wiele mniej. Także te 500 stron to bujda.
To
tylko
taki chwyt
żeby
więcej miejsca zajął
tekst.
S e r i o.

Już kończę Moi Drodzy, Ostatni szczegół i się żegnamy :) Pozwólcie tylko, że powiem kilka słów o samej historii. Pomysł był niezły. Walka, pojedynki, armagedon, starożytne plemiona, poszukiwanie Kluczy, a nawet troszkę miłości... Wydaje mi się, że można by było zrobić z tego coś ciekawego. Niestety, przez te cyferki, zagadki i natłok postaci wyszło to strasznie chaotycznie. Właściwie cała historia sprowadza się do mordu. Ci bohaterowie latają jeden za drugim, zakładają sobie podsłuchy i inne cuda techniki, śledzą się wzajemnie, po czym jeden drugiego uśmierca i szuka sobie kolejnej ofiary. Ten klucz, o który toczy się gra schodzi na drugi plan. Najważniejsza jest frajda z mordowania albo strach, bo trzeba uciekać przed mordercami. Poza tym już na samym początku można się domyśleć co się stanie z danym bohaterem. Ten się zakocha, tamten będzie istnym bogiem śmierci, ta się będzie chować przed wszystkimi, ten jest słaby, to go na bank zabiją na wstępie, i tak dalej... Co najgorsze, przypuszczenia się sprawdzają. Także nie ma co liczyć na jakieś zaskakujące rozwiązania.

Właściwie znalazłam jeszcze jeden plus. To jest chyba plus. Mianowicie mój chłopak miał straszny ubaw, jak opowiadałam mu o losach bohaterów Endgame, a więc jeśli podejdziecie do tego z dużym (ogromnym) dystansem, to są spore szanse, ze się pośmiejecie. Ale jeśli szukacie dobrej książki, to nie tędy droga.

Podsumowując: Endgame. Wyzwanie było droga przez męki. Bez wątpienia mianuję je najgorszą książką, jaką czytałam ostatnimi czasy. Kategorycznie odradzam Wam sięganie po nią. Endgame jest piekielnie męczącą stratą czasu. A te 3 000 000$ chyba już ktoś wygrał, więc po ptakach ;).

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Rodzina Połanieckich T 1

Fantastyczna książka .... Stanisław Połaniecki to młody, odważny i przedsiębiorczy człowiek. Jest współwłaścicielem Domu Handlowego. Postanawia wybrać...

zgłoś błąd zgłoś błąd