Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

W labiryncie ulubionych miejsc

Tłumaczenie: Jan Kraśko
Cykl: Simon Serrailler (tom 1)
Wydawnictwo: Amber
6,24 (177 ocen i 31 opinii) Zobacz oceny
10
13
9
5
8
19
7
44
6
43
5
27
4
10
3
7
2
6
1
3
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Various Haunts of Men
data wydania
ISBN
9788324150519
liczba stron
352
słowa kluczowe
Jan Kraśko
język
polski
dodała
Ag2S

Zaginięcie samotnej pięćdziesięcioletniej kobiety nie robi wrażenia na doświadczonych policjantach: ludzie mają swoje powody, by znikać. Czy miały je jednak też zakompleksiona dziewczyna i sympatyczna staruszka – zastanawia się inspektor Serrailler, enigmatyczny, zamknięty w sobie, i jego młoda podwładna, która przyjechała do Lafferton z nadzieją, że tu odzyska równowagę po bolesnym...

Zaginięcie samotnej pięćdziesięcioletniej kobiety nie robi wrażenia na doświadczonych policjantach: ludzie mają swoje powody, by znikać. Czy miały je jednak też zakompleksiona dziewczyna i sympatyczna staruszka – zastanawia się inspektor Serrailler, enigmatyczny, zamknięty w sobie, i jego młoda podwładna, która przyjechała do Lafferton z nadzieją, że tu odzyska równowagę po bolesnym rozstaniu.
Ciche, nudne angielskie miasteczko u Susan Hill niepokoi i przyprawia o dreszcz. Przejmująca atmosfera zła narasta, przenika zwyczajny na pozór świat, który stopniowo odsłania swoje drugie oblicze. Wkrótce mamy straszną pewność, że mgła spowijająca Lafferton kryje mordercę, którego tożsamości aż do końca nie zdradza jego pamiętnik.
Co naprawdę stało się na Wzgórzu, gdzie po raz ostatni widziano wszystkie zaginione?
Nie chodzi tylko o rozwiązanie zagadki kryminalnej. Psychologia zbrodni – oto prawdziwa zagadka, którą autorka stawia przed nami w swoich psychologicznych kryminałach. Bo może największe tajemnice skrywają ulubione miejsca naszych dusz i umysłów...

 

źródło opisu: http://www.wydawnictwoamber.pl/

źródło okładki: http://www.wydawnictwoamber.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 331
miharu | 2015-12-19
Na półkach: Przeczytane, Kryminały
Przeczytana: 15 grudnia 2015

W Lafferton, uroczym angielskim miasteczku, ginie młoda kobieta, staruszka i młodzian na rowerze. Zaginięcia wydają się mieć związek z Wzgórzem, miejscem spacerowym lubianym przez mieszkańcow. Dochodzenie prowadzi Freya Graffham, policjantka, która przeprowadziła się na prowincję z samego Londynu.

Tyle, jeśli chodzi o zarys fabuły. Co można powiedzieć o gatunku? Oczywisty wniosek nasuwa się jeden - to kryminał. I niby tak jest, ale miłośnicy akcji pędzącej na łeb i na szyję mogą poczuć się zawiedzeni. Autorka funduje nam masę obyczajówki - od miłostek bohaterów po opisy małomiasteczkowego życia. Nie zabraknie oczywiście tradycyjnych monologów mordercy, który czuje potrzebę wytłumaczenia swego postępowania. Jak zwykle bywa, uważa się za wyjątkowego, nie to co ci inni plebejscy mordercy. Chętnie przeczytałabym kryminał o zabójcy, który nie zadziera nosa. To mogłoby być ciekawe.

Co mi się podobało? Dobrze zarysowane postacie - policjantka Graffham (do pewnego momentu), jej przyboczny posterunkowy Coates, lekarka Deerbon i sporo innych. Nawet sylwetki ofiar są nakreślone bardzo zręcznie (oprócz zapomnianego rowerzysty), tak, że autentycznie było mi ich żal - co zdarza mi się w sumie pierwszy raz, jeśli chodzi o kryminały. Zwykle nad ofiarami przelatuję pobieżnie, traktując je jak element zagadki, którą musi rozwiązać detektyw. Tym razem naprawdę można przejąć się losem postaci, które może i są trzecioplanowe, ale autorka na kilku stronach potrafiła efektywnie opisać ich przyzwyczajenia, życie, psychikę.
Dość dobrze oddana jest także atmosfera sielanki, niespiesznego życia w niewielkim miasteczku. Spotkania towarzyskie, spacery po lesie za miastem czy uczestnictwo w lokalnych "kółkach zainteresowań" dają do zrozumienia, że pośpiech i gorączka wielkiego miasta jest tu nieznanym pojęciem.

Oczywiście nie wszystko mi się podobało i czas wrzucić kamyczek do ogródka pani Susan Hill. Zacznijmy od kiepskiego nakreślenia sylwetki szefa policji, tj. Simona Seraillera. Podczas gdy wszyscy inni bohaterowie książki (nawet ci z trzeciego planu) są opisani bardzo sprawnie, on sprawia wrażenie niedokończonego szkicu. Zerknęłam na opis i wygląda to na cały cykl o tym gliniarzu, a to jest pierwsza część. Teoretycznie mogłoby to być jakimś usprawiedliwieniem, że może w drugiej części autorka pogłębi jego charakter, ale do mnie ten argument nie trafia. Ja przeczytałam tę powieść jako osobny twór. Nie wiem, czy zabiorę się do kolejnych części i nie chcę, by autorka liczyła na to, że czytelnik oceni jej bohatera po zapoznaniu się z kilkoma częściami. Dla mnie Serailler jest (w tej książce) niedorobiony i tyle.
Nie przepadam za propagowaniem jakichś poglądów i wciskaniem ich czytelnikowi. Pani Hill postanowiła w tej książce dokopać medycynie alternatywnej. W ogóle cały ten wątek jest zdecydowanie za bardzo rozbudowany, nawet biorąc pod uwagę dalszy rozwój wypadków (w końcu to kryminał czy agitka medyczna?). Żeby nie było, że z kolei ja czepiam się do czegoś, bo mam przeciwne poglądy - nie, medycyna alternatywna ani mnie ziębi, ani grzeje. Być może działa, być może nie, być może wybiórczo. Nie znam się. Ale bądźmy konsekwentni, jeśli już coś "hejtujemy" (bo chwilami poziom czepialstwa dosięga tego terminu), to logicznie. Ustami swych bohaterów Hill raz narzeka, że ci uzdrowiciele kantują ludzi, bo ich "terapie" nie działają, to tylko placebo, pic na wodę i w ogóle. Za moment rwetes, że uzdrowiciele są niebezpieczni i szkodzą pacjentom. No niech się pani zdecyduje. Albo "pic na wodę" albo szkodzenie. Nie można kogoś zabić niedziałającym lekiem. Rozbawiła mnie też zacytowana w tekście dwukrotnie maksyma lekarzy "Po pierwsze, nie szkodzić", użyta jako bat na uzdrowicieli. W sensie, że oni tacy źli i mają tę zasadę gdzieś, a lekarze konwencjonalni przestrzegają jej literalnie. Pani Hill nie czytała chyba nigdy ulotki żadnego leku. Wypisane tam efekty uboczne zapełniają nieraz trzy kolumny. Już nie wspominając o tym, że leki przeciwbólowe szkodzą wątrobie i sercu, leki sterydowe powodują nadciśnienie, antybiotyki niszczą wszystkie drobnoustroje... dobre i złe. I tak dalej, lek A leczy chorobę B, ale powoduje chorobę C, skutki uboczne, działania niepożądane. Wiec może trochę pokory z tym "nie szkodzeniem", bo leczenie dżumy cholerą mimo wszystko na to nie wygląda.
Dodatkową nieufnością wobec prezentowanego szczujstwa na "alternatywnych" jest szczera wypowiedź lekarki konwencjonalnej, doktor Deerbon, bardzo zatroskanej dobrem pacjentów i obecnością Tych Złych Uzdrowicieli, Co Oszukują i Trują Pacjentów:
"Cholera. Naprawdę mnie to wkurza. Pomyśl tylko o ludziach, których oszukuje, o pieniądzach, które zgarnia. Pomyśl o poważnie chorych, którzy zamiast do mnie, idą do niego".
Cóż za wymowna skarga, taki typowy butthurt, jeśli mi wolno zaczerpnąć ze slangu internetowego. Pitu pitu, biedni pacjenci, ale i tak chodzi o kasę, której pani doktor nie zarobi. Jak zwykle, gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Stare, ale jare. Potem pani doktor knuje, jakby tu uwalić konkurencję. Serio. Chce nasłać na nich policję, a potem prasę, żeby powyciągali brudy (z góry zakłada, że jakieś są!). Nie wiem jak inni czytelnicy, ale u mnie postać doktor Deerbon budziła niesmak. Kreowana na troskliwego misia i niemal świętą, ale jej etyka działa bardzo wybiórczo. Fałsz promieniuje aż miło.
Kolejne smaczne opinie o terapeutach niekonwencjonalnych pochodzą z rozmowy pani doktor Troskliwy Miś oraz policjantki Graffham. Panie siedzą w knajpie i posilając się bułeczkami ociekającymi masłem wymieniają takie oto filozoficzne myśli:
"Ludzie chcą zostać lekarzem z wielu powodów. Nie zawsze z dobrych, ale myślę, że w większości godnych poszanowania. Nie mogę tylko zrozumieć, co kieruje tymi pseudoterapeutami. Choćby ten facet, ten chirurg parapsychiczny. To szaleniec czy człowiek z gruntu zły? [...] W takim razie są to ludzie z gruntu źli. [...] Może tłumią w sobie chęć robienia dobra, leczenia..."
Z gruntu źli... ręce opadają. Ja rozumiem, że tak powiedziałoby pięcioletnie dziecko, widząc w kreskówce Doktora Zło czy innego villaina. Ale rozsądna, (w zamyśle) dobra pani doktor i mądra policjantka? Poza tym z wielu wypowiedzi bije taka arogancja "pigularzy" (pozwolę sobie nazwać tak lekarzy konwencjonalnych dla równowagi, skoro niekonwencjonalni też są obrzucani obelgami), że głowa mała. I to są argumenty w rodzaju: "A wy nie umiecie wyleczyć raka i afazji ruchowej! Bo tylko dajecie szkodliwe placebo, o!". Pytanie, czy pigularze potrafią wyleczyć raka... ja bym się tak nie rozpędzała z tym samochwalstwem, bo jakoś rak zbiera obfite żniwo.
Poniżej zamieszczam fragment, który zdradza część fabuły, więc zalecam czytanie na własną odpowiedzialność. Według mnie tenże fragment dobitnie pokazuje, że autorka obyczajówkę może i umie pisać, ale o policjantach, ich pracy i wiarygodności charakterologicznej ma zerowe pojęcie. Ta scena kompletnie zrujnowała moją względnie dobrą opinię o książce. Ta i szczucie medycyny alternatywnej. Gdyby nie te dwie wady, moja ocena byłaby dużo wyższa. Niestety.

WIELKI SPOJLER !

Jeśli nie czytałaś/eś książki, omiń ten akapit, serio doradzam.


...ostrzegałam;)

Scena spotkania policjantki Graffham i mordercy sprawiła, że wykonałam wielkiego facepalma. No inaczej nie umiem tego określić. Szkolony policjant, z pewnością uczony, jak radzić sobie w trudnych, stresujących sytuacjach, siedzi sobie przed mordercą i przemyśliwuje z paniką, jakby tu uciec i czy mu się uda. Uciec! Do diabła, policjantko, to ty masz chronić obywateli przez mordercą, a nie przed nim uciekać. Już nie dość, że wpuściła gościa do mieszkania, choć go podejrzewała (!!!), to i potem zachowuje się jak głupia blondzia z horrorów. Szkoda jeszcze, że nie błagała go ze łzami w oczach "Proszę, nie zabijaj mnie", jakoś by mnie to nie zdziwiło. Ja wiem, że w momencie stresu ludzie zachowują się nieprzewidywalnie, ale na litość, to jest profesjonalistka. Ona właśnie była szkolona, by dać sobie radę w takiej sytuacji. Co więcej, przyjechała ze stolicy, gdzie miała do czynienia z "brudem i agresją". A tu wymięka jak przedszkolak i kompletnie nie umie sobie poradzić. Nie ma broni. Nie umie faceta unieszkodliwić. A to jest gość o niezbyt imponującej posturze, i nie trzyma jej bynajmniej na muszce. On ma strzykawkę! No naprawdę, w chwili zagrożenia śmiercią chyba każdy zdobyłby się na jakiś heroiczny wyczyn, policjant czy nie. Zaatakować, rzucić czymś, a nuż się uda. Po tym wszystkim naprawdę nie umiałam jej współczuć. Pokaz modelowej głupoty, a raczej modelowej zerowej wiedzy autorki o działaniu stróży prawa (to już widać było wcześniej, te mętne i niekonkretne opisy pracy i akcji policyjnych).


Na koniec tradycyjnie losowy cytat:
"A ty będziesz moją żoną. Odpowiadam za ciebie". [posterunkowy Coates do narzeczonej]

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Egomaniac

Nietypowy romans pięknej terapeutki małżeńskiej i cynicznego prawnika rozwodowego. Emerie Rose przeprowadza się do Nowego Jorku i szuka lokalu do swoj...

zgłoś błąd zgłoś błąd