Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Zgłosuj na książki roku 2017

Widmopis

Tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc
Wydawnictwo: Mag
6,99 (271 ocen i 34 opinie) Zobacz oceny
10
11
9
26
8
62
7
79
6
54
5
26
4
9
3
3
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Ghostwritten
data wydania
ISBN
0375724508
liczba stron
432
język
polski
dodała
Oceansoul

Sprawca zamachu w tokijskim metrze czeka na sygnał od swojego guru. Transmigrująca dusza poszukuje przypisanego jej ciała. Geniusz nauki włamuje się do światowego systemu satelitarnego. Bóstwo wyczerpane ciągłym powstrzymywaniem cywilizacji przed samozagładą szuka rady u radiowego didżeja.

 

źródło opisu: http://www.mag.com.pl/

źródło okładki: http://www.mag.com.pl/

Brak materiałów.
książek: 174
Gracjan Triglav | 2017-05-22
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 22 maja 2017

„Widmopis. Powieść w dziewięciu częściach” – debiut Davida Mitchella z 1999 r. Rzecz dla wytrwałych, i to nie tyle koneserów ambitnej literatury, co ludzi skłonnych przymykać oko na wiele niedociągnięć, dysponujących sporą ilością wolnego czasu i chcących poznać początki twórczości autora. Dla reszty – katorga.

Kiedy czyta się opinie nt. tej książki, wiele z nich porównuje ją do „Atlasu Chmur”. I ten drugi w ocenach czytelników zdecydowanie wygrywa. Teksty dzieli tylko pięć lat, a między nimi autor napisał jeszcze inną książkę... ale dzięki tym dwóm pozycjom doskonale widać jak przez ten czas się rozwinął. Tam, pomysł jest trochę inny, bo mamy bardzo wyraziste stylizacje i nieco odmienną konstrukcję... ale mimo że autorowi parę razy podwinęła się noga, nie znajdziemy w „Atlasie” takiego nagromadzenia wpadek jak tu, a te można podzielić na ogólny chaos zamysłu, nierówne proporcje ról jakie rozpisał narratorom i ich towarzyszom, oraz niekonsekwencje co do formy (poza cz.4 akcja wszędzie idzie wyraźnie naprzód, w cz.9 nie ma pierwszoosobowego narratora, czytelnik otrzymuje odstający od reszty epilog...). Wiele z tego co miało być grą z odbiorcą, wprowadza tylko niepotrzebny bałagan – powtarzanie określonych słów, wspominanie o pewnych przedmiotach, markach, nazwiskach... nic za sobą nie niesie, a bohaterowie plotą niekiedy zwyczajne bzdury, zamiast przekazać coś mocnego, sensownego, co przykuje uwagę czytelnika i nakreśli kierunek opowieści (najgorsze są chyba te wstawki o Ewie i wężu z części szóstej). Finał i wątki sensacyjne wypadają słabo. Są nieprzekonujące. Jak z filmów klasy B. Aby to właściwe nakreślić, trzeba by pewnej wiedzy specjalistycznej, albo styczności z osobami które takie informacje posiadają... inaczej dostajemy tylko pewne wyborażenie.

Przeplatanie się wątku głównego z reminiscencjami jest ciekawym zabiegiem, stopniującym napięcie i wzbogacającym opowieść... ale kiedy przeszłość i teraźniejszość rozdzielają akapity (niezbyt rzucające się w oczy), a nie wyraźne przerwy... jakieś gwiazdki (***) czy inne elementy graficzne, to czytelnik się gubi. Bohatera pochłania opisywana akcja... a tu nagle rozpatrywana jest całkiem inna kwestia, w innym czasie i przestrzeni. Narrator tego wyraźnie nie zaznacza. I człowiek duma – rozkojarzyłem się? Co jest? To się niekiedy czyta tak jakby Mitchell napisał osobno wątek główny, osobno wspomnienia, i metodą wytnij i wklej umieścił je w tekście. Wyraźny minus kompozycyjny... W części „Nocny Pociąg” mijają kolejne lata... a dialogi nie są jakkolwiek rozdzielone... jaki redaktor coś takiego puszcza? O ile przy akapitach pewnie pisarz mógłby się uprzeć, to w przytoczonym przykładzie z cz.9 jest to wyraźny błąd!

Czy warto sięgnąć po tę książkę? Z czystym sumieniem można ją odradzić. Są lepsze rzeczy do czytania. Prawdę mówiąc nie mam nawet pomysłu jak można by ją poprawić na poziomie literackim... To trzeba by pisać na nowo. Na pewno dałoby radę zrobić z tego mini-serial, bo tam to co ważne w książce ma mniejsze bądź marginalne znaczenie. Co się tyczy stylu Mitchella, który możemy poznać tylko za pośrednictwem tłumaczenia (ja czytałem wersję Marii Gębickiej-Frąc), to nie jest źle. Człowiek ma wrażenie że wersja angielska musi być przyzwoita, że pewne wyrażenia, żarty, odniesienia – ewidentnie zacierają się w tłumaczeniu, ale w oryginale jest pewnie OK. Podobnie z rytmem wypowiedzi. Bo choćby taki nietoperz... po angielsku „bat”, w mowie anglosasów brzmi krótko i nadaje się na radiowy pseudonim, a po polsku to już trzy sylaby...
„Widmopis” nie porywa czytelnika. Kiedy ten nie dostrzega sensu opowieści a narrator nie przykuwa naszej uwagi ani humorem, ani błyskotliwością czy przejawem swojej głębi... to nieuchronnie rodzi się w nim pytanie – po co ja to trzymam w ręku? Na półce nie leży nic innego?

Mitchell w „Widmopisie” wykorzystuje dokładnie ten sam patent co Guillermo Arriaga, scenarzysta świetnie przyjętych dramatów, wyreżyserowanych przez Alejandra Gonzáleza Iñárritu: „Amorres Perros” (2000), „21 gramów” (2003) i „Babel” (2006). (Ten ostatni obraz, z uwagi na fakt iż akcja rozgrywa się tu na trzech kontynentach, pośród bohaterów z różnych krajów i warstw społecznych, pasuje tu szczególnie). Książka przywodzi też na myśl tryptyk filmowy Wong Kar-Waia: „Dni naszego szaleństwa” (1991), „Spragnieni miłości” (2000), „2046” (2004). Tempo opowieści i tematyka rozterek są podobne. I tak samo jak „Widmopis”, filmy wydają się nie do końca dobrze przemyślane.

Ciężko rozszyfrować tytuł. Albo ma on związek z ghostwritingiem, profesją narratora londyńskiej historii, albo też ze snuciem opowieści przez duchy (tj. rdzenie jestestwa, dusze). Tłumaczenie go na „Widmopis” wydaje się mieć tyle sensu co shitburgera na kałburgera (zakładam że w oryginale to musiał być shitburger), albo i jeszcze mniej*. Na stronie 286 pada: „akt wspominania jest aktem widmopisania”. Jak to rozumieć? Tj. odbieraniem świata subiektywnymi odczuciami i skojarzeniami, zwodząca nas pamięcią, a może fantazją (czy też poprzez duszę)? Jak tę grę słów rozumie native english speaker?

Wielu zadaje sobie pytanie czym jest ta książka, i nie znajduje odpowiedzi. A ta jest dość prosta. O wszystkim i o niczym. O ludzkich celach i dążeniach, oraz świecie w jakim żyjemy (tj. globalnej wiosce). Zagrożeniach przed jakie sami dla siebie stanowimy. Pierwszoosobowe narracje sprzyjają wielu intymnym spojrzeniom na sprawy wspólne dla wszystkich mieszkańców Ziemi... ale tutaj ich nie uświadczymy. Większość patrzy dość wąsko, i zajęta jest swoimi sprawami. Podobnie jak my.

CZAS AKCJI
Książka pojawiła się na rynku anglosaskim w 1999. Sposób narracji sugeruje że opisywane wydarzenia rozgrywają się „współcześnie” tj. w okolicach roku wydania, na przełomie wieków. Od tego momentu minęło sporo czasu, i świat się zmienił.

W części trzeciej narrator ironicznie mówi o ludowej policji i towarzyszach, a w czwartej pada, że Hongkong znów jest chiński. (Miasto „powróciło do macierzy” w 1997 r.). Autor pisze o piosence Lionela Ritchie, o niewidomej dziewczynie (tj. idzie o „Hello” singiel z 1984) przy której narrator przeżył swój pierwszy raz. W chwili snucia historii ma 31 lat. Zatem 1984/85/86 minus (powiedzmy) 18 daje nam rocznik 66/67/68, dodając do 1984/85/86 lat naście, tak aby uzyskać wiek 30+ wychodzą okolice 1999.
Poza tym wspominany bohater ogląda „Szklaną Pułapkę 3” z 1995. Jeszcze parę tropów by się znalazło. (W „ Petersburgu” mowa jest o nabytku za niemieckie marki, te w 2002 zastąpiło euro). Na str. 284 wyrażony jest sąd „że w nowym milenium rynek dojrzał do odrobiny orientalnej mądrości” – co oznacza że albo ono niebawem nastanie, albo już się zaczęło. Wydarzenia opisane w książce rozgrywają się w ciągu kilku lat.

W książce mamy fikcyjne Amazon City, rozciągające się na obu brzegach Amazonki, tamtejszy las tropikalny jest wykarczowany, ziemie wyjałowione... mamy aluzje do Saddama Husajna i Muammara Kadafiego (nienazwanych z imienia) i interwencji zbrojnej w ramach sojuszu państwa Zachodu. Pierwsza wojna w Zatoce Perskiej to początek lat 90-tych, druga miała miejsce już po wydaniu „Widmopisu” (2003).

Na Bliskim Wschodzie zawsze było gorąco (dosłownie i w przenośni), niemniej czytelnikowi znającemu najnowszą historię (którą pewnie śledził na bieżąco, oglądając kolejne serwisy informacyjne i wertując gazety), może wydać się, że Mitchell trafnie przewidział rozwój wypadków.

(Dużym zgrzytem jest tu wprowadzenie hiper-zaawansowanej technologii AI, która wciąż jest bardzo odległa, oraz systemów orbitalnego ostrzału, które i dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, wydają się nieco futurystyczne).

Historia czwarta, wyłamuje się z zamysłu pozostałych, rozgrywa się w czasach II wojny światowej, rewolucji kulturalnej, po śmierci Mao i w czasach reform Xiaopinga, a kończy współcześnie.

No dobra – ale jaki był świat kiedy pierwsze egzemplarze „Widmopisu” wyszły z drukarni?
W 1999 wchodzi do kin Matrix. Wieże WTC stoją. Na przełomie wieków pliki mp3 są już w użyciu, ale ludzie chodzą jeszcze w walkmanami. Hitem są discmany. (Technologia MD się nie przyjęła). Najmodniejszy krój jeansów to straight i loose. Nie ma FB. YouTube wystartuje dopiero w 2005. Króluje standard kaset VHS. Montowane w komputerach czytniki CD nie są jednocześnie nagrywarkami (!). Klawiatury, myszki i obudowy PC są białe lub kremowe. Komórki mają wyświetlacze jak z czarno-białych gameboyów i antenki. Telewizory są kineskopowe, nie da się ich przynieść pod pachą do domu. Najmodniejszy kolor obudów sprzętu RTV to srebrny. Na listach przebojów króluje muzyka pop z USA i euro-dance. Sudan jeszcze niepodzielny, Gruzja i Ukraina też są całe.


KONSTRUKCJA POWIEŚCI
(1) Okinawa – narrator: Kwazar, członek niebezpiecznej sekty
(2) Tokio – narrator: młody Japończyk, sprzedawca w sklepie płytowym
(3) Hongkong – narrator: zmęczony codziennością brytyjski prawnik
(4) Święta Góra (Chiny) – narrator: wspominająca swe życie stara Chinka**
(5) Mongolia – narrator: dusza bytująca poza swym ciałem
(6) Petersburg – narrator: pracownica muzeum, oszustka i materialistka (kawał suki)
(7) Londyn – narrator: ghostwriter i muzyk-hobbysta, lekkoduch
(8) Wyspa Clear (Irlandia) – narrator: genialna pani naukowiec, fizyczka kwantowa
(9) Nocny pociąg (NYC) – narrator: brak, tutaj mamy tylko dialogi radiowca ze słuchaczami i pracownikami rozgłośni (a można było między nie wpasować jego myśli!)
(10) Metro (3,5-stronicowy epilog) – narrator: ponownie wariat Kwazar

Jak to się składa w całość: w cz.1 (Okinawa) poznajemy jednego ze sprawców zamachu w tokijskim metrze, dowiadujemy się że rzekomo nadchodzą czasy ostateczne, i potem wiele razy w rozdziałach mowa jest o komecie (aczkolwiek niekoniecznie w ujęciu apokaliptycznym). W cz.2 (Tokio) przybliżone są nam losy młodego melomana, pracownika sklepu płytowego, który się nagle zakochuje, i z wybranką swego serca udaje się do jej rodzinnego Hongkongu; W cz.3 (Hongkong) poznajemy poirytowanego prawnika, męża Katy Forbes którą spotykamy potem w cz.7 (Londyn). Ów widział na mieście chłopka z Tokio i jego dziewczynę, co nie daje mu spokoju i skłania do różnych przemyśleń nad własnym życiem. (Tutaj pojawia się po raz pierwszy nazwisko Gregorski, Cavendish i Llewellyn). Ma w mieszkaniu poltergeista, ducha dziewczynki, co jest istotne, bo duchy się w tej książce od czasu do czasu pojawiają. Regularnie odwiedza go chińska pokojówka. Losy rodziny tej pani przybliża nam cz.4 (Święta Góra, Chiny), tam też pojawia się bohater z cz.5 (Mongolia), który trafia do osady wraz z ojcem narratorki. W cz.5 narrator przedstawia nam pracownika mongolskich służb bezpieczeństwa, który odgrywa też pewną rolę w cz.6: (Peteresburg). Tam pojawia się znowu nazwisko Gregorski, czytelnik zetknie się też z Jeromem, byłym szpiegiem i fałszerzem, którego śmierć zasmuci dwójkę kochanków z cz.7. Rozdział o Londynie (7) to spotkanie z Cavendishem, bohaterem „Atlasu Chmur”, jak wspomniano wyżej pojawia się tu eks-żona prawnika, a narrator-ghostwriter ratuje od śmierci pod kołami samochodu fizyczkę kwantową, Irlandkę z wyspy Clear. Cz.8 należy w całości do niej, to kilka dni na rodzinnej wyspie u południowych wybrzeży Irlandii, wspomnienia z ucieczki przed chlebodawcami, podczas której spotyka bohaterów z trójki (Llewellyn, prawnik), piątki (podróżnicy, kobieta od „grubej książki”) i oczywiście siódemki. (Poznajmy tu bliżej Teksańczyka z cz.7). Cz.9 rozgrywa się w nowojorskim studiu, gdzie nadawany jest program dla nocnych marków. Tutaj ma miejsce kulminacja – radiowiec rozmawia z programem (AI) określonym w blurbie (wyd. Mag, 2014) jako „bóstwo” (???), wytworem fizyczki kwantowej (8), który ratuje świat przed nuklearną zagładą. Kobieta pojawia się w rozmowach, wspomina się także guru Serenpedity i Teksańczyka... w radiu gra chłopak z cz.2 (meloman Satoru), do audycji dzwoni Luisa Rey, bohaterka znana z „Atlasu Chmur”, a po kilku latach radiowiec puszcza poświęcony jej pamięci kawałek. (Co do imienia tej pani, zajrzyj na str. 6). W cz.10 cofamy się do wydarzeń poprzedzających przybycie Kwazara na Okinawę... w chwili opuszczania wagonu metra ma on wizję podczas której symbolicznie zarysowuje mu się przyszłość, tj. treść książki. Jest to jednak tak toporne i nie pasujące do reszty... że śmiało można by z tego zrezygnować.
(Szczegółowe streszczenie fabuły książki jest tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Ghostwritten).

Oprócz postaci, wielu nazw geograficznych (będących też tytułami poszczególnych części) w książce jest masa bardzo filmowych powtórzeń. Wyglądałby dobrze na ekranie, ale w powieści nie mają tak do końca sensu... Np. zoom na obraz Delacroix, który okazuje się nie obrazem z galerii (6) a reprodukcją z londyńskiego mieszkania pani Forbes (7) w filmie byłby fajnym mrugnięciem okiem. Tutaj jednak nie ma żadnej roli, nie stoi za tym żadna logika. Podobnie z wzorem z nefrytu i bursztynu (cz.4 i 6) który nie ma kompletnie żadnego znaczenia dla fabuły. Identycznie z naczyniami stołowymi Weggwood (cz.6 – filiżanka, cz. 7 – maselniczka). Kiedy dowiadujemy się że pan Ikeda była dla jednego narratora wuefistą a dla drugiego wychowawcą – myślimy: ależ ten świat mały, ale kiedy czytamy o zamachowców Kwazarze, i potem w kolejnym rozdziale autor sugestywnie używa tego terminu astronomicznego w zwykłym porównaniu, bez związku z jego postacią... wypada to tak sobie, niby element gry z czytelnikiem... ale potęguje jedynie ogólny chaos. Podobnie z anchois i problemami z automatem do kawy... Inne słowa klucze to np. królik obdarty ze skóry, historia trzech zwierząt, nietoperz, kometa, muzyka przypadku (band i jako określenie).

.

(Wcześniejsze wydanie „Widmopisu” jest z roku 2003, ukazało się nakładem Wydawnictwa Literackiego, jego tłumaczem był Janusz Margański; za translację wydawnictwa Mag z 2014, do którego odnosi się poniższa wyliczanka, odpowiada Marią Gębicka-Frąc).
Co umknęło korekcie/tłumaczce/autorowi (nie uwzględniając małych potknięć stylistycznych – które od czasu do czasu się pojawiają): str. 28 – herbarzy (herbaty); str. 43 – „październikowy obój głosu” (???); str. 45 – „Popołudnie wcześnie zamykało sklepy” (???); str. 49 – jakeś (jakieś); str. 71 – misce klozetowej (muszli?); str. 77 – McDonaldzie (McDonaldem); str. 104 – narrator patrzy na swojego rolexa, którego nie ma – tj. lepiej byłoby napisać ze spojrzał na nadgarstek; str. 117 – lewie (ledwie); str. 120 – mowa jest o tym że ojciec umrze za kilka tygodni, a on żyje i żyje; str. 123 – wszytską (wszystko); str. 124 – „odeszli, biegnąc we mgle” – słowo odeszli można różnie rozumieć, ale w takim zestawieniu brzmi to jak sprzeczność; str. 125 – herbarzy (herbaty); str. 134 – przebiega (przebiegła); str. 140 – „dzień przeszedł w pobliżu” (???); str. – Zetlandia (Zelandia); str. 155 – ludzi (ludzie); str.158 – jąknąć (jęknąć); str. 161 – zjedzenia (jedzenia); str. 172 – kupców mięsem (mięsnych kupców, kupczących mięsem); str. 175 – garnituru (garnitura – bo idzie o określenie faceta); str.177 – pożył (położył); str.178 – Moj (Mój); str. 202 – jeżykiem (językiem), szaf (szef); str. 206/207 – pojawią się wątek polski w osobie Tatiany Makuch (chyba autor nie ma świadomości że Tatiana to imię typowo ruskie, w Polszy rzadkie, więc dobór średni (dobrze że nie Swieta albo Nadieżda), no i to fikcyjne muezum; str.209 – perę (parę); str. 212 – na nabrzeżu Anglijskaja (idzie pewnie o Angielski bulwar, każdy Polak, nawet nieznający ruskiego, „czuje” że idzie o rodzaj żeński, a tu pewnie przełożono z angielskiego i automatycznie przypisano tę samą nazwę); str. 219 – „warszawski barszcz” – (?) warszawskie to mogą być flaki albo pyzy; str. 232 – „świętsza niż papież” – Rosja jest prawosławna, oni mają swojego zwierzchnika... takie porównanie tamtejszej babeczce by nie przyszło do głowy; str. 247 – tnki (tkanki); str. 256 – muszli kloszowej (klozetowej); str. 260 – 8 linijka II akapitu... ciężko pojąć co autor miał na myśli; str. 276 – liczba mnoga zamiast pojedynczej; str.284 – Moj (Mój); str. 295 – kształcę (kształcie); str. 297-298 – Irańczyk to nie Arab (!) – co prawda narrator może być idiotą, ale musi to być jakoś zaznaczone... a tak – zwyczajna wtopa; str. 305 – mastyfom (mastifom); str. 306 – Kamela (Kemala); str. 338 – „Wiatr wznosił się i opadał jak góry na morzu” – tj. fale?; str. 363 – dzisiej (dzisiaj); str. 372 – Nowym (Nocnym) ; str. 388 – w starożytności nad brzegami Eufratu nie siano kukurydzy... nie raczono się też ziemniakami, kakao czy pomidorami; str. 389 – 11 linijka od końca, brakuje zaimka „który”; str. 400 – stellity (satelity); str. 419 – ddzieli (dzieli); str. 221 – Cape Clear (oryginał angielski – „Cape Clear Island”, tłumaczenie polskie „Wyspa Clear”), brak translacji.
W sumie sporo tego... (Jeśli kogoś zastanawia po co marnowałem czas na wynotowywanie tego i wklepywanie w Worda – po to żeby każdy mógł wyrobić sobie opinie co do jakości tego wydania i czy warto nań wydawać ciężko zarobione pieniądze, ja uważam że nie; nawet jeśli książka jest do dupy, nie usprawiedliwia to takiej niechlujności).

Dodatkowo – w alternatywnej z naszej perspektywy przyszłości dochodzi do zalania Europy Zachodniej i kłopotu z uchodźcami, tj. nie ma chęci przyjęcia ich przez Europę Wschodnią... ALE... o jakie zalanie idzie? I czemu tak? Skoro to lokalny problem... chodzi pewnie o jakąś powódź. Wyżyn jednak we Francji i Niemczech nie brakuje, miejsce do ewakuacji zatem jest. Zaraz obok jest wzmianka o głodzie w Bangladeszu... ale ani słowa o zalaniu jego terytorium... a gdyby doszło do podniesienia się poziomu wód – to między innymi ten kraj ucierpiałby najbardziej. A zaraz potem Nowy Jork, skąd nadaje radiowiec Bat Segundo... tymczasem o tym że tam kogoś podtapia, że metro zalane... też ani słowa (choć mowa jest o dużej śnieżycy i stanie wojennym)... Jakieś to nieprzemyślane. No i czemu miałaby ich przyjmować Europa Wschodnia??? Nie ma tu sensu – tak z punktu prawa jak i środków materialnych jakimi dysponuje tzw. Europa Zachodnia. Zresztą Polska nie była jeszcze wtedy nawet w UE.

Stworzenie sztucznej inteligencji na poziomie Hala z „Odysei Kosmicznej” jest obecnie wciąż w sferze marzeń... a co dopiero na przełomie wieków i w pierwszych latach nowego tysiąclecia. (Bodajże Parowski pisał o tym że to się nigdy nie uda...). Gdyby to miało miejsce za 50 lat... może można by to przełknąć, ale obecna technika na to nie pozwala.

* Jednak żyjemy w czasach kiedy angielskie wyrażenia – takie jak skyline czy design, singiel – trwale wchodzą do języka i są powszechnie rozumiane. Naród ma też świadomość nieprzekładalności pewnych niuansów, stąd też co jakiś czas pozostawia się w spokoju angielskie tytuły filmów... i może to jest dobry trend?

** Święta Góra. Koleje losu biednej Chinki automatycznie przywodzą na myśl książkę
Liao Yiwu „Prowadząc umarłych” (2002) i film „Żyć!” („Huo Zhe”) z 1994 (wedle biegle mówiącego po mandaryńsku Polaka, mieszkającego na stałe w Pekinie – w ChRL zakazany).

PS Powyżej padają same mankamenty. Wady i bzdury które zniechęcają do kontynuacji lektury. Co jednak jest na plus? Zaczyna się całkiem OK, jesteśmy wrzuceni w sam środek akcji i musimy sami wyczuć w jak dużym stopniu członek sekty ma wyprany mózg i co jest jego życzeniem i wiarą, a co faktem... i o co tak naprawdę idzie. Opowieści melomana Satoru też się całkiem nieźle czyta. Ma swój urok, nawet pewien czar. Trójka razi językiem, ale sama historia, opowiedziana inaczej, bardziej przybliżająca intrygujący Hongkong* – byłaby świetna. Czwórka, jako dramat – jest bardzo dobra. Z jednej strony taka magia, specyficzne spojrzenie prostej kobiety z prowincji, z drugiej wielkie wydarzenia która kosztowały życie tysiące istnień. To mogłoby być bardzo dobre opowiadanie. Piątka jest także na swój sposób ciekawa, też ma potencjał jako osobna nowelka. Dobrze czytało mi się część ósmą – z jednej strony sympatyczny klimat małej społeczności, udany humor... z drugiej blisko już było do końca... i miałem nadzieje na jakiś sensowny finał... niestety...
* Kto miał figurki dinozaurów z tłoczonym na brzuchu MADE IN HONG KONG, oglądał filmy sensacyjne z mistrzami sztuk walki w ciemnych okularach, kurzącymi jednego papierosa za drugim i ścigających bandytów w kanciastych sportowych autach, w cieniu wielkich wieżowców... ten wie o czym mówię. Tak, jest to szczeniacka perspektywa.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Pomiędzy nami góry

Za oknem zrobiło się mroźno i biało, więc naszła mnie ochota na przeczytanie książki Charlesa Martina "Pomiędzy nami góry". Nadciągająca śn...

zgłoś błąd zgłoś błąd