Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Czasami wołam w niebo

Wydawnictwo: W.A.B.
7,26 (338 ocen i 46 opinii) Zobacz oceny
10
26
9
53
8
43
7
140
6
35
5
29
4
5
3
6
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
83-88221-78-7
liczba stron
232
słowa kluczowe
nowotwór, choroba, cierpienie, szpital
język
polski

Ta książka miała być historią młodej kobiety, która ciężko choruje, ale szczęśliwie wyzdrowieje. Tak się nie stało. Tamara Matzke dowiedziała się o swojej chorobie pod koniec 1999 roku. Miała wtedy 31 lat, za sobą kilka lat szczęśliwego małżeństwa i pierwsze doświadczenia dziennikarskie, przed sobą rozległe plany. Mimo cierpień i uciążliwej terapii długo wierzyła w zwycięstwo nad chorobą. Rak...

Ta książka miała być historią młodej kobiety, która ciężko choruje, ale szczęśliwie wyzdrowieje. Tak się nie stało. Tamara Matzke dowiedziała się o swojej chorobie pod koniec 1999 roku. Miała wtedy 31 lat, za sobą kilka lat szczęśliwego małżeństwa i pierwsze doświadczenia dziennikarskie, przed sobą rozległe plany. Mimo cierpień i uciążliwej terapii długo wierzyła w zwycięstwo nad chorobą. Rak okazał się silniejszy, Tamara umarła w grudniu 2000 roku. Książka zawiera fragmenty pamiętnika Tamary, jej korespondencję z czasów choroby z przyjaciółmi i rodziną oraz wspomnienia męża. Wszystko to składa się na obraz godnej podziwu walki i braku rezygnacji wobec nieuchronności śmierci.

 

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 74
marquez | 2010-09-12
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 12 września 2010

Tamara miała pokonać chorobę, Sven miał być jej dzielnym sekundantem i heroldem obwieszczającym zwycięstwo, razem mieli żyć długo i szczęśliwie. Scenariusz jednak tej opowieści pisany był chyba lewą ręką losu, bo stało się zupełnie inaczej. Tamara jest już daleko, Sven próbuje ocalić pogodny, radosny wizerunek swej żony na resztę życia. „Czasami wołam w niebo” to przede wszystkim zapis procesu pamiętania.

Tak już mam, że czytanie cudzych pamiętników, listów, prywatnych zapisków wywołuje we mnie zażenowanie. Zawsze wtedy wstydzę się swej plotkarskiej, ciekawskiej natury, która pcha mnie wśród strony będące zapisem cudzego życiorysu, pełnych intymnych wyznań i tajemnic za życia autora pilnie strzeżonych. Śmierć w powszechnym odczuciu pozwala przekraczać bariery intymności, a popularność cudzych diariuszy jest tego najlepszym dowodem. Rzadkie są przykłady, kiedy autor pamiętnika pisze dla poklasku, potomności, literatury, jak Gombrowicz czy, w młodych latach, Słowacki.
W wielu jednak przypadkach możemy sobie tłumaczyć, że pojedynczy życiorys to CV całej epoki, wykładnia estetycznych prądów i tradycji, których poznanie pozwoli lepiej interpretować dzieła twórców. Sięgnięcie po „Czasami wołam w niebo” nie mogło jednak podlegać takim motywacjom, nic nie usprawiedliwiało wdarcie się do świata wewnętrznej walki pomiędzy – po freudowsku – pierwiastkiem życia i pierwiastkiem śmierci.
Może poza poszukiwaniem sensu w cierpieniu, w śmierci. Takie wytłumaczenie brzmi zarazem banalnie i górnolotnie; tchnie, jak piszą niektórzy, tanią metafizyką. Towarzyszyła temu, przyznaję, filologiczna ciekawość, jak rozpisać na słowa, akapity, rozdziały ból i przerażenie, jak użyć języka i tekstu do nazywania rzeczy spoza kanonu codzienności. Jak zbliżyć literaturę do życia?
Przede wszystkim wzbudza zaufanie czytelnika bezpretensjonalność tej malutkiej książeczki – hołdu dla bliskiej osoby. Brak w niej patetycznych stwierdzeń, wysublimowanej ramy genologicznej. Dzięki temu w miejsce kondolencyjnej księgi otrzymujemy opowieść o trwaniu mimo wszystko, o tym, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Osobliwie optymistyczną opowieść o cieszeniu się życiem, kosztowaniu jego smaków, o randze międzyludzkiej bliskości. W jednej z niemieckich recenzji padło ważne zdanie” „wbrew wszystkiemu jest to książka o nadziei i o tym, co w życiu naprawdę ważne”. Z chęcią się pod nim podpisuję.
Sven, po śmierci swej żony zbierający pisemne dowody jej istnienia i pojawiający się w roli komentatora zapisków Tamary i jej bogatej korespondencji z rodziną i szerokim gronem przyjaciół, chce, jak sam pisze, dać lekcję życia tym, którzy zostali: „Książka, którą zaczęła pisać Tamara, miała dać chorym nadzieję. Ta, którą przygotowałem, kończy się umieraniem i nie może być źródłem nadziei. (…) Ale może być ważna dla ludzi, którym rak kogoś zabrał. Którzy sami przeżyli niemoc, walkę, rozpacz i nadzieję. Może być dla każdego lekcją życia” (s. 9).
We wstępie autorstwa Svena pada jeszcze jedno ważne zdanie: „Jej historia, nasza historia staje się teraz waszą”. (s. 11). A zatem „Czasami wołam w niebo”, to samo niebo, które bezceremonialnie wali się na głowę, to dar. To opowieść-prezent, która w społecznej przestrzeni ma uczynić miejsce innym podobnym opowieściom.
Minęło już trochę czasu od momentu, kiedy opowieść o młodej, ambitnej dziennikarce, chorej na raka zaczęła drążyć skały zwane tabu, które skrywają cierpienie osób potykających się z nowotworem. W powszechnej świadomości sprząta się miejsce dla ludzi dotkniętych tą chorobą – jest to miejsce zarówno na interwencję, tj. na akcje nakłaniające do badania, jak i miejsce dla samych chorych, których już nie chcemy zamykać w sterylnych pomieszczeniach szpitalnych. „Świat szpitalny jest jak zamknięty krąg. Rytm tabletek, kroplówek, środków znieczulających, wypróżnień wyznacza dzień. Ból jest gdzieś pomiędzy, uśmierzany z konsekwentną skrupulatnością. Mój szloch w poduszkę jest odnotowywany w szpitalnych księgach” – pisze Tamara (s. 27). I choć sprawa medycznej opieki ma znaczenie priorytetowe – o tym też jest ta książka – to jednak ważniejsi są ludzie i ich reakcje.
W gruncie rzeczy bowiem jest to książka o byciu człowiekiem – śmiertelnym, zagrożonym – wśród ludzi i z ludźmi. Napisana w momencie, kiedy pękają granice i Europa jednoczy się. Wśród przyjaciół małżeństwa Matzke są ludzie z różnych krajów. Ten kulturowy kontekst nie jest tutaj bez znaczenia – dzięki niemu opowieść czyta się trochę jak dwuwartościową, dwudenną przypowieść o człowieku zaplątanym w relacje z innymi, budującym te relacje i zobowiązanym do ich podtrzymywania. Rak, choć straszny, dosłowny, i, należy to powiedzieć, tendencyjny, jest alegorią niezrozumienia, osobności, niewidzialnej granicy naszego ciała i umysłu, przez którą trudno się przebić. W ten sposób historia pojedynczego życia zyskuje paraboliczną wykładnię.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Oblany test

Im więcej o prywacie, tym dla książek Hjortha&Rosenfeldta lepiej! Paradoksalnie, w tej części losy Sebastiana i jego kolegów zajmowały mnie znaczn...

zgłoś błąd zgłoś błąd