Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Szczęśliwa ziemia

Wydawnictwo: Sine Qua Non
6,69 (600 ocen i 111 opinii) Zobacz oceny
10
15
9
47
8
114
7
177
6
149
5
47
4
25
3
16
2
3
1
7
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788379240869
liczba stron
384
słowa kluczowe
szczęście, ziemia, Orbitowski
język
polski

Spełnianie marzeń. Płatne przy odbiorze. Pragniesz bogactwa? Szukasz miłości? A może głosy w głowie nie dają ci żyć? Wypowiedz życzenie i patrz, co się stanie. Ostatni dzień lata. Szymon i jego przyjaciele postanawiają w niezwykły sposób pożegnać się z dzieciństwem. Wkrótce ich drogi się rozchodzą, a każdy z nich wkracza w dorosłość z brzemieniem wspólnej tajemnicy. W kopenhaskim wietrze...

Spełnianie marzeń. Płatne przy odbiorze.

Pragniesz bogactwa? Szukasz miłości? A może głosy w głowie nie dają ci żyć? Wypowiedz życzenie i patrz, co się stanie.

Ostatni dzień lata. Szymon i jego przyjaciele postanawiają w niezwykły sposób pożegnać się z dzieciństwem. Wkrótce ich drogi się rozchodzą, a każdy z nich wkracza w dorosłość z brzemieniem wspólnej tajemnicy.

W kopenhaskim wietrze i pośród zgiełku Warszawy, w krakowskich kawiarniach i na sennej dolnośląskiej prowincji – w różnych miejscach i różnymi metodami czterej młodzi mężczyźni uparcie szukają tego, co pozwoli im uwolnić się od przeszłości: prawdy lub zapomnienia.

 

źródło opisu: Wydawnictwo SQN

źródło okładki: www.wsqn.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 149
xan4 | 2014-11-09
Na półkach: Przeczytane

Orbitowski - mon amour, a może min kærlighed

Łukasz Orbitowski to od dawna mój ulubieniec. Można powiedzieć, że polubiłem Jego niebanalne pióro (wtedy może maszynę do pisania, ale nie wiem, czy maszyna do pisania może być niebanalna) od pierwszego opublikowanego opowiadania (2001 Science Fiction – „Diabeł na Jabol Hill”). Śledzę Jego karierę (tak, myślę, że to dobre słowo) i czekam na Jego opowiadania czy książki. Uwielbiałem tę Jego ‘grozę dnia codziennego’. Potrafił tak opisać historię, że ciarki przechodziły po plecach. Nawet kiedy opisywał przejście kolesia do sklepu po piwo. Wiadomo, ze po drodze napisał rzeczy rewelacyjne i takie sobie, ale od jakiegoś czasu (myślę, że tak od trzech lat) czułem, że nasze drogi się rozchodzą. Już mnie Jego proza tak nie porywa, nie rozwala myśli, nie powoduje przyśpieszonego tętna. Po prostu jest. Wygląda na to, że Orbitowski dorósł (co nie do końca wydawało się możliwe), a ja zostałem na swoim poziomie, którego nie jestem w stanie przeskoczyć. Przeczytam sobie Jego książkę a potem odkładam ją na półkę. (nie, żebym wcale nie przeczytał, to jednak Orbitowski!). Czułem to zwłaszcza po „Widmach” - bardzo wychwalanych i nagradzanych, a które mnie zostawiły bardzo, ale to bardzo obojętnym.
Aż tu nagle, jakiś czas temu, dowiaduję się, że Łukasz wyda nową książkę No, niby nic nowego czy odkrywczego. W końcu pisuje książki i co jakiś czas je wydaje. Na dodatek nie w WL, ale w Sine Qua Non - wydawnictwie, które znałem do tej pory z książek o sporcie i z książki Jakuba Ćwieka, którego doceniam za to, co robi niebanalnego dla promowania książek i czytelnictwa, ale…, no właśnie, nie o Ćwieku tu ma być. Wielce zdziwiony poprosiłem o egzemplarz recenzencki i po jego otrzymaniu natychmiast usiadłem, żeby go przeczytać (chociaż czasami leżę, kiedy czytam). W końcu Orbitowski jest mą amur, nawet jeżeli już lekko przechodzoną.

Tak zręcznie przeszedłem do najnowszej książki Łukasza, aż się sam zdziwiłem. Ale nie, nie cieszcie się, jeszcze mam Wam tyle potrzebnych i niepotrzebnych informacji do przekazania, że musicie jeszcze chwilę poczekać na omówienie „Szczęśliwej ziemi”.
Łukasz tułał się po wydawnictwach: a to Editio („Wigilijne psy”), a to Korporacja Ha!art, by po krótkiej przygodzie w Fabryce Słów (cykl „Pies i Klecha” wraz ze współautorem Jarosławem Urbaniukiem), osiąść w Wydawnictwie Literackim. Tam sobie wydawał książki i wznowienia, aż do teraz, bo najnowszą książkę wydał w wydawnictwie Sine Qua Non, o czym nie omieszkałem już Was poinformować.
Pisał dużo opowiadań, na początku właściwie tylko opowiadania, bo nawet „Horror Show”, niby pierwsza powieść Łukasza to właściwie nowela. Można powiedzieć, że pierwsze powieści Łukasza to „PiK” (który to cykl też rozpoczynał się od opowiadań), a następnie „Tracę ciepło”. Byłem zafascynowany opowiadaniami Łukasza (właściwie dalej jestem, tego już chyba nie można zmienić). Mam kilku swoim ulubieńców, z „Kacprem Kłapaczem” na czele. Oprócz absolutnego numeru jeden, mogę spokojnie wymienić inne (nawet obudzony w nocy!): „Ballada o Czerwonym Tomku”, „Wigilijne psy”, „Pan Śnieg i pan Wiatr”, „Opowieść taksówkarska”, „Serce kolei”, „Popiel Armeńczyk”, „Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj”. Potem znowu dłuższy czas nic (to znaczy pisał, ale tak jakoś obok mnie, bo wpadliśmy w ten okres, co go powyżej opisałem), aż do tegorocznego numeru Fantastyki – Wydanie Specjalne, gdzie Łukasz opublikował „Rękopis znaleziony w gardle”. Niesamowite opowiadanie z akcją dziejącą się w Rykusmyku.

I znowu udało mi się zręcznie przejść do „Szczęśliwej ziemi”, bo jak może się domyślacie (a jak nie, to zaraz Was oświecę), akcja najnowszej powieści Orbitowskiego dzieje się w większości w Rykusmyku - małej, dolnośląskiej miejscowości.
To by było zbyt piękne. Nie, jeszcze nie…. Muszę jeszcze napisać o samej prozie Orbitowskiego. Mówi się, że Orbitowski pisze horrory, ale to przecież nie są takie prawdziwe horrory. To groza dnia codziennego, codziennych zdarzeń i sytuacji. Łukasz świetnie operuje słowem i rewelacyjnie prowadzi opowiadane historie. Myślę, że nawet sprawozdanie finansowe opowiedziałby tak, że Zgromadzenie Akcjonariuszy Bardzo Wielkiej I Bardzo Znanej Spółki słuchałoby z otwartymi ustami. No, po prostu chłopak ma dar i tyle! Tego się nie da inaczej wytłumaczyć. Przecież nie przysiadł i się tego nie nauczył. Orbitowskiemu można prawie we wszystko uwierzyć, przez jego prozę się płynie lekko i, niestety, nieprzyjemnie. Bo on nie opisuje miłych i przyjemnych rzeczy czy chwil. On nawet z lekkiej, miłej sytuacji potrafi wykrzesać potworność. Nawet w zwykłych, prostych, codziennych zdarzeniach potrafi dostrzec to, czego my nie widzimy: cały ten brud, i niesamowitość czającą się za rogiem. To, że to wszystko dokoła wcale tak nie wygląda, tylko widzimy to przez różowe okulary, które ktoś nam założył przy urodzeniu (a może niewidzialne różowe szkła kontaktowe?). Założył nam, bo inaczej ta prawdziwa rzeczywistość, która nas otacza, przerosłaby nas, nie bylibyśmy w stanie jej znieść. Znajdujemy pustkę, smutek, czy brak miłości. Ziemia składałaby się wtedy z jednego wielkiego domu wariatów (tylko kto by go obsługiwał? Kosmici?) Zazwyczaj po przeczytaniu prozy Łukasza nie potrafiłem się otrząsnąć, nie potrafiłem jej zapomnieć, ryła mi się w psychikę tak mocno, że dobrych parę dni musiałem z tego wychodzić. Ale taka właśnie powinna być literatura, ryjąca czachę (tak samo jak mój ulubieniec – Philip K. Dick, oj po przeczytaniu Jego prozy to miałem zawsze doła). Oczywiście tak było do pewnego momentu, bo jak już Wam napisałem, parę lat temu coś się zacięło, pstryk i nie ma, koniec. Aż do roku 2013, bo wtedy drugi pstryczek-elektryczek włączył przeżywanie utworów autora na nowo.

ciąg dalszy na stronie:
http://szortal.com/node/3812

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Cuda i cudeńka

Klimat trochę jak z "Czekolady", tajemnica w tle bardziej w stylu "Cukierni pod Amorem", a miejsce akcji... moje rodzinne strony...

zgłoś błąd zgłoś błąd