Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Napój ananasowy dla pięknej damy

Seria: Don Kichot i Sancho Pansa
Wydawnictwo: W.A.B.
6,54 (106 ocen i 12 opinii) Zobacz oceny
10
2
9
6
8
24
7
24
6
27
5
11
4
6
3
6
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788377479698
liczba stron
320
kategoria
Literatura piękna
język
polski
dodała
joly_fh

Książka jest zborem mikropowieści i opowiadań, składającym się z dwóch części: Mechanizmy i bogowie oraz Bogowie i mechanizmy. Siemion Lewitan z uwagi na głęboki głos i znajomość angielskiego zostaje zaangażowany w tajną operację organów bezpieczeństwa - udaje głos Boga, który dzięki specjalnemu chipowi w zębie jest słyszany przez prezydenta Stanów Zjednoczonych - Busha juniora. Przedtem...

Książka jest zborem mikropowieści i opowiadań, składającym się z dwóch części: Mechanizmy i bogowie oraz Bogowie i mechanizmy. Siemion Lewitan z uwagi na głęboki głos i znajomość angielskiego zostaje zaangażowany w tajną operację organów bezpieczeństwa - udaje głos Boga, który dzięki specjalnemu chipowi w zębie jest słyszany przez prezydenta Stanów Zjednoczonych - Busha juniora. Przedtem Siemion przechodzi specjalny kurs z zastosowaniem tekstów teologicznych i narkotyków, po którym doznaje mistycznych wizji...

"Świetna literatura - mądra, przekorna, ciekawa - niebawiąca się w erudycyjny spektakl czy stylistyczne pustosłowie. Chciałbym taką czytać codziennie:.
Zygmunt Miłoszewski, „Newsweek"

 

źródło opisu: www.wab.com.pl

źródło okładki: www.wab.com.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 17
Jowita | 2015-09-20
Na półkach: Przeczytane, Posiadam

Dla Pielewina rzeczywistość jest jedynie grą światła i cienia, dialogiem pomiędzy immanencją i transcendencją w zamkniętym gabinecie dwóch luster, swoistym tenisem odbić rozgrywanym w zamkniętym korcie pomiędzy dwoma lustrami, takimi, jakie spotyka się w starych wagonach PKP, gdzie biegnące wgłąb klatki tworzą ciąg alternatywnych przedziałów, rodzaj dośrodkowego pociągu, skład, który zakrzywia się gdzieś u progu nieskończoności. To set bez początku i bez końca i dlatego zastanawianie się, kto zagrał pierwszy serw jest bezzasadne.

Ta „projekcyjna” natura rzeczywistości manifestuje się u Pielewina na dwa sposoby-tak, jak pragnie ją widzieć zachodnia tradycja mistyczna (pomimo, że po lekturze „Napoju...” człowiek mimowolnie wzbrania się, wzdryga przed pochopnym użyciem słowa „widzieć”) oraz wschodnia myśl (ale czym jest myśl???).
Pielewinowski „kordiał ananasowy” wiąże i onieśmiela, krępuje wszelki dyskurs. Być może taka jest natura zenistycznego koanu, którego funkcją nie jest rozwiązanie problemu tkwiącego w zadaniu (podmiocie), ale przemiana umysłu (przedmiotu), uświadomienie, że nie da się „pokonać koanu” w klasycznym starciu na linii podmiot-przedmiot. Nie da się zastosować doń dialektyki walki, zmagania i wreszcie triumfu w tym ujęciu, do jakiego przywykliśmy. Czytelnik Pielewina, podobnie jak adept zen „odbija się” od obiektu, nie znajdując żadnego punktu zaczepienia dla dyskursu prowadzonego z pomocą tych narzędzi i metod, w jakie wyposażyła nas tzw. zachodnia mentalność. Relacja ma charakter zderzenia dwu wykluczających się porządków-powiedzieć, że rozwiązać koan to jak próbować wyplatać latające dywany posługując się wiertarką udarową to wciąż jeszcze odległa, wysoce nieprecyzyjna metafora.
Ma się wrażenie, że Anioł z ostatniego rozdziału (który równie dobrze może być uznany za mistrza, mnicha zen) spojrzy na ciebie z czymś, co zostanie mu poczytane za ironię, a co naturalnie przynależy do kompletnie innego porządku i skarci cię, mówiąc „źle odpowiedziane pytanie.” Tylko, że to wcale nie będzie reprymenda.
O ile nasze „tunele kognitywne” łatwo potrafią uporać się z koncepcją (czy może raczej metaforą?) Boga jako Lampy Lamp, swoistej „świetlistej pangrzybni” i partycypującej w owej iluminowanej Naturze „ludzkiej pieczarki” – lampionu, połączonych pierwotną, doskonale niepokalaną symbiozą, relacją tak harmonijną i subtelną, że pozwala ona „grzybni” poczuć najlżejsze drgnienie swych odległych „archipelagów światła” (relacja prenatalna matki i dziecka?), o tyle typowo „wschodnia wersja” z jej odwróceniem, przeredagowaniem, czy wręcz zniesieniem przedmiotowo-podmiotowej relacji w obrębie rzeczywistości zdecydowanie nie poddaje się kindersztubie naszych kategorii. „Prawda” o naturze rzeczy i naszego weń miejsca przybiera postać komiksu w manierze odmiennych stanów świadomości, w którym zwyczajowe relacje pomiędzy przedmiotem-bohaterem i podmiotem-jego projekcjami przedstawianymi w postaci „dymku” zapętlają się tworząc figury niemożliwe. Jesteśmy częścią onirycznej rzeczywistości wygenerowanej w akcie śnienia, halucynacją, która roi samą siebie fantazjującą o akcie halucynowania. To czyni z nas bohaterów „manghi”/komiksu niemożliwego, przenicowanego-siedzisz w kawiarni trzymając szklankę z drinkiem(reprezentacja rzeczywistości otaczającej), a z Twojej głowy ulatnia się obłoczek, w którym myślisz swojego drinka i siebie samego, z przeproszeniem „puszczającego mentalnego bąka”, w którym obraz ulega powieleniu, ad infinitum...Śnisz o swoim drinku i sobie samym halucynującym drinka i siebie samego halucynującego... Tym sposobem halucynacja otrzymuje status immanentny i transcendentny, bierny i czynny, co jest tak odległe logice do obcowania z którą przywykliśmy, że nie poddaje się ekspresji innej niż poprzez nieudolny trik „namnażania postaci” dośrodkowo i odśrodkowo. Pragnąc pozostać wiernym „conniunctio oppositorum”, podkreślając koegzystencję przeciwieństw w obrębie jednej jaźni należałoby sprokurować figurę niemożliwą.
współistnienie immanencji i transcendencji, podmiotu i przedmiotu w dymek wydobywający się z naszej głowy oplata krajobraz, w który jesteśmy wkomponowani oraz nas samych, tworzących tą niemożliwą projekcję, włączając nas tym samym w akt śnienia i skutecznie znosząc granicę między podmiotem a przedmiotem. Powracająca z powrotem do naszej głowy linia zamyka nas w akcie projekcji samych siebie, jednakże dla pełnego wyrazu mechanizmu owego „wielopiętrowego śnienia”, w którym halucynujący jest ofiarą iluzji sprokurowanej przez brak narzędzi w naszej „strefie pojęciowej”, stąd nieporadność językowa. Obrazki, odwzorowujące własne, coraz to malejace motywy „wgłąb” ad infinitum, spirala, figury niemożliwe, lustro przeglądajace się w sobie samym zakrzywiające się tuż przed horyzontem owej swoistej „wsobnej”/”dośrodkowej” nieskończoności, ruska „babuszka”-najmniejsza, a zarazem nosząca w swym łonie wszystkie inne-to tylko bardzo nieudolne, echem malowane próby zbliżenia się do opisywanego fenomemu.
Procesy myślowe, jak pouczas nas Pielewin w swym “wykładzie ontologii optycznej” to pracujące nieprzerwanie generatory energii I surowca światła-“instancja źródłowa”/kod źródłowy rzeczywistości-spekulująca świadomość wywodzi się ze swej własnej pochodnej, ponieważ podmiot halucynujący/myślący świat jest potomkiem swego własnego procesu-taki pogmatwany rodowód przekreśla wszelką dotychczasową wiedzę o przyczynowo-skutkowej naturze rzeczywistości, zastępuje linearność-komplementarnością I synchronicznością, lokuje źródło rzeki u jej ujścia I zamyka cały dramat kosmogoniczno-egzystencjalny w elektrowni/dynamo/perpetuum mobile pomiędzy dwoma brzegami Trojkąta, w lustrzanej przestrzeni między parą rogów alegorycznej istoty, którą Pielewin nazywa Aniołem. Owo kosmiczne/niebiańskie dynamo pracuje bez wytchnienia, niczym monstrualne kombinaty z epoki sowieckiej, niestrudzone w produkcji surowca-surówki iluzji, maji, albowiem świat wydobywany jest z mroku jedynie za sprawą intensywności wewnętrznego dialogu, swoistej anty-medytacja mnicha zen-i aż dziw jak łatwo, niemal od niechcenia przychodzi nam nie tylko utrzymanie tego kolosa w równowadze, ale i wyposażenie w jednakową “gęstość ontologiczną” na poziomie każdego detalu...To tak, jakby potężny “lotniskowiec” kołysał się na końcu synapsy. W świecie, gdzie prądnica napędzająca ów wewnętrzny dialog stanowi behawioralne, czy może wręcz przyrodzone wiano/dziedzictwo, energotwórcza projekcja nie wymaga uwagi I skupienia-za to jej zatrzymanie pochłania mnóstwo czegoś, co z braku lepszego określenia należałoby nazwać anty-energią. Proces stanowi swoisty rewers tego, czego praktykujący adept zen w pocie czoła stara się nie robić.
Pielewin mówi nam, że Platońskiej Jaskini (która nie jest dyżurną akademicką metaforą omawianą na pierwszych ćwiczeniach, lecz praktyczną wskazówką, wycieczką fakultatywną do maszynowni bytu), pomiędzy rogami Anioła trwa Neverending Story, której iskiereczka nie może zgasnąć, (tak jak huta nie może pozwolić sobie na przerwę w wytopie stali), ponieważ to właśnie ona podtrzymuje ogień, w uporczywym, nieprzerwanym akcie wciąż odnawianej percepcji rekapitulując świat, stwarzając go wciąż od nowa w odwiecznym dialogu między Być I Postrzegać.

Gwoli ścisłości należy stwierdzić, że Pielewin nie posługuje się oderwaną metaforą, lecz konstruuje na użytek swoich teorii nadzwyczaj precyzyjne enklawy, przestrzenne I dopracowane na poziomie detalicznym niczym hollywoodzkie studia dla wysokobudżetowych produkcji, w których “teza wiodąca” funkcjonuje jako kluczowy element skomplikowanej sieci przyczynowo-skutkowych zależności w obrębie specjalnego “narracyjnego ekosystemu”, w całości stworzonego z metaforycznego budulca.
Rzeczywistość to, wedle Pielewina najpierw “zaręczyny” mające postać wstępnej “umowy o dzieło” czy raczej “umowy o złudzenie”, bez której nie dałoby się zawiązać żadnego dialogu-pierwotne, sakramentalne “tak” odpowiedziane przez jedną z półkul mózgowych (zaszyfrowaną w metaforze rogu-Trójkąta lub Anioła) na hamletowskie pytanie zadane przez drugą z nich. Następnie matrimonium pomiędzy Immanentnym (złudzeniem Ego) a Transcendentnym (“błyskotki widzialności świata”) pobłogosławione zostaje przez “niebiańskie oko na końcu ogona”, czyli “przełącznik wewnątrzmózgowy”, czarodziejską różdżkę, synchronizator, mediator regulujący stosunki pomiędzy dwiema półkulami (szyszynka? Trzecie Oko?).
I właśnie zawiązanie “sprzężenia zwrotnego” tego elementarnego złudzenia to Noc Poślubna, podczas której małżeństwo consumatum est/podczas której małżeństwo zostaje ostatecznie skonsumowane. Rzecz jednak w tym, że obcowanie ze sobą “współmałżonków” ma charakter, by tak rzec, autoerotyczny, dośrodkowy podobnie jak nie mający końca dialog dwóch ustawionych na przeciwko siebie luster. Takie “septyczne”, zaimpregnowane przeciwko jakiejkolwiek interakcji ze światem zewnętrznym (czymkolwiek by on nie był albo się być nie wydawał) “łono” jest jałowe, a zatem z definicji nie przysposobione do tego, aby wywołać z niebytu twór “ontologicznie stabilny”, nasycony, gęsty, sięgający poza siebie I celujący w obiektywność, a nie tylko krygujący się w nieskończonych, podejrzanych obiektywizacjach. Świat Pielewina ma charakter ewidentnie narcystyczny, a zatem dryfujący w życzeniowym eterze, pozbawiony zakorzenienia w jakiejś instancji odwoławczej. Z drugiej strony, czego innego możemy oczekiwać od potomstwa spłodzonego drogą zwierciadlanych umizgów Istoty, która jest swoją własną projekcją, skutkiem ubocznym/pozostałością po feedbacku w obrębie swoich własnych atrybutów? To ektoplazmatyczna pulpa, Pulp Fiction w sensie I dosłownym I metaforycznym, ontologiczna piana, która utrzymuje się przy życiu jedynie dzięki nieprzerwanemu pseudo-twórczemu, czy raczej demiurgicznemu dialogowi toczącemu się w obiegu ściśle zamkniętym.
Refleksja Pielewina dotycząca Życia I Śmierci porusza się zatem wzdłuż wektora przeciwnego niż ten, do którego przywykliśmy. I tak jak Byt nie jest czymś oczywistym, stabilnym, raz danym aby wymieść, wyplenić po kres kresów wszelkie przejawy Niebytu, tak samo Śmierć nie ma nic wspólnego z arogancją I “okrucieństwem”, co imputuje Aniołowi Masza swym nieporadnym, ograniczonym, świeżo wyspekulowanym umysłem. Życie to anty-medytacja, proces, nieustanne wyciąganie z niebytu I podsycanie płomienia iluzji w Platońskiej Maszynowni-można by się spodziewać, że to niezwykle żmudny proces, mniej więcej tak trudny jak wylawianie zatopionego lotniskowca metodą psychokinezy, gdy tymczasem bicie tej piany przychodzi nam z dziecinną łatwością-. Tak zwane Opowieści I Mity to po prostu jedna z dróg. Znacznie trudniej przychodzi nam Zapominanie I Powrót Do Źródła. Wyciszanie jazgotu kokietujących się nawzajem Luster, obniżanie modalności/częstotliwości wymiany pustych kalorii. Hamowanie. Spowalnianie. Wygaszanie.
Zachodni umysł cechuje pewnego rodzaju roszczeniowy, infantylnie kapryśny stosunek do Śmierci-przywykliśmy myśleć o tym wydarzeniu w kategoriach inwazji, zamachu, brutalnego wtargnięcia na prywatne terytorium-to nasze prywatne, osobiste 11 września, odbierane z perspektywy przeciętnego Amerykanina.
Z punktu widzenia Pielewina ten epizod posiada zupełnie inny walor I rangę. Śmierć jest w istocie tożsama z produktem finalnym medytacji, to medytacja totalna, swoiste kairos w którym czas I namnażanie/piętrzenie iluzji sięga swego kresu.

W finałowym akcie-zdaniu(nawiasem mówiąc wykutym z retorycznego kruszcu najwyższej próby, w którym dystyngowanego, oszczędnego liryzmu jest akurat tyle, ile potrzeba by poruszyć najczulsze struny nie tracąc godności, nie ulegając pokusie eskalacji wiodącej nieuchronnie w otchłań patosu) Pielewin po raz ostatni zderza ze sobą dwa z pozoru odmienne porządki, dwa sposoby percepcji rozprawy ze śmiercią. Czy jednak rzeczywiście tak różne?
“Rozsypała się gasnącymi światełkami mapa zawiści, zatrzymały się wyciągi narciarskie, przestał się pienić szampan w kielichach I zblakły choinkowe bombki. A kiedy zamknęło się niebiańskie oko płonące diamentowym światłem, zniknęła granatowoczarna przestrzeń, w której dopiero co unosił się anioł-i wszystko znowu stało się tym, czym było I będzie zawsze.”
Doprawdy, trudno nie zauważyć Tołstojowskiego ducha opiekuńczego unoszącego się nad tym zdaniem. Fenomenologiczna perspektywa nadaje śmierci Anny walor mistycznego spektaklu z udziałem światła, Masza jako projekcja? Awatar? Maskotka? umysłu Anioła natomiast jawi się jako Nowa Anna na miarę epoki-siostra paradoksalnie młodsza, a zarazem przedwieczna, dzięki swej płynnej, “osmotycznej” partycypacji w naturze Anioła. Jej odmowa uczestnictwa w powszechnym “spisku na rzecz iluzji” to swoiste “działanie”, czy raczej “niedziałanie prewencyjne”, intuicyjna próba uchwycenia kosmicznego absurdu u podstaw I wyrwania go z korzeniami, zanim rozpleni się tak, że konieczne stanie albo “wrzucenie wstecznego”, żmudne wprawianie się w skomplikowanych procedurach wygaszania, albo podjęcie znacznie bardziej drastycznych środków. Dystans czasowy (a zatem I kulturowy), dzielący obie postaci może okazać się wcale nie tak znaczny, a punkt styczny-w zasięgu naszego wzroku. Uwięziona w miłosnym, społecznym I kulturowym klinczu kobieta, tragiczna heroina romansu pozornie wykorzeniona ze źródeł świadomości (choć nie z refleksji), septyczna w swym dziewiętnastowiecznym gorsecie konwenansów być może w istocie jest jedną z “potencjalności” swej Młodszej Siostry Maszy, niefortunnie wypełnionym postulatem. Jej dzieje natomiast to złowieszczy Los na loterii, w którą tamta nie zagrała.

“I świeca, w blasku której [Anna] czytała księgę swego życia pełną niepokoju, fałszu, zawiści, rozbłysła na chwilę jaśniejszym niż zwykle światłem, po czym na wieki zgasła.”

Anna, prokurując niejako własną śmierć, eksponując się nań w akcie samobójstwa, w paradoksalny, przewrotny sposób wyposaża “Zachodnią”, inwazyjną Śmierć w element pasywny-to, co przywykliśmy postrzegać jako przepojoną agresją, na wskroś aktywną terminację (działanie wrogich sił, aktywność zorientowana na destrukcję, “ku zniszczeniu”) w kontekście samobójstwa nabiera znamion wycofania , a w każdym razie sygnalizuje taką tęsknotę/postulat, stanowiąc odległą sugestię unicestwienia przez “zaprzestanie działania”, “wygaśnięcie”. Być może właśnie ta tęsknota uprawnia ją do uczestnictwa w finalnym “misterium światła”, a domniemana brutalność rozwiązania wynikająca z hybris zostaje jej oszczędzona-pozostaje w narracyjnym niebycie.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Powrót królów

Świetny retelling historii o wojnie trojańskiej, wyraziści bohaterowie, mroczny i brudny klimat antycznej Grecji z czasów herosów. Pokuszę się o stwie...

zgłoś błąd zgłoś błąd