Morderstwo na 31 piętrze

Tłumaczenie: Wojciech Łygaś
Wydawnictwo: Albatros
5,67 (61 ocen i 16 opinii) Zobacz oceny
10
1
9
0
8
5
7
16
6
11
5
13
4
9
3
5
2
1
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Mord på 31:a våningen
data wydania
ISBN
9788378857327
liczba stron
256
słowa kluczowe
literatura szwedzka,
język
polski

Terrorysta grozi wysadzeniem w powietrze wieżowca będącego siedzibą największego (jedynego) koncernu wydawniczego w kraju, zalewającego rynek dziesiątkami milionów egzemplarzy swoich publikacji tygodniowo. Bomba – podłożona rzekomo w odwecie za popełnioną przez wydawcę zbrodnię – ma wybuchnąć dokładnie o godzinie 14:00. Budynek zostaje ewakuowany, lecz alarm okazuje się fałszywy. Sprawą...

Terrorysta grozi wysadzeniem w powietrze wieżowca będącego siedzibą największego (jedynego) koncernu wydawniczego w kraju, zalewającego rynek dziesiątkami milionów egzemplarzy swoich publikacji tygodniowo. Bomba – podłożona rzekomo w odwecie za popełnioną przez wydawcę zbrodnię – ma wybuchnąć dokładnie o godzinie 14:00. Budynek zostaje ewakuowany, lecz alarm okazuje się fałszywy. Sprawą zajmuje się komisarz Jensen, który ma siedem dni na złapanie anonimowego sprawcy. Śledztwo od początku napotyka na silny opór ze strony zarządu firmy, wydającego się mieć jakiś interes w ukryciu prawdy. Idąc tropem listu z pogróżkami, Jensen przesłuchuje byłych pracowników, którzy – bez wyjątku – odeszli w przedziwnych okolicznościach. Na jaw wychodzą szokujące fakty: na stanowiskach kierowniczych w koncernie zatrudniono półanalfabetów, zaś dziennikarze mają zakaz prezentowania jakichkolwiek krytycznych opinii i rzetelnych danych na temat sytuacji w państwie. Jaką zbrodnię miał na myśli autor listu? Komisarz dowiaduje o istnieniu „działu specjalnego” na 31 piętrze wieżowca – jedynej komórki firmy, która nie została ewakuowana na czas zagrożenia bombowego. Jaką pełni rolę? Czym się zajmuje? Kim są zatrudnione w niej osoby? Odpowiedzi na te pytania mogłyby ocalić życie wielu ludzi...

 

źródło opisu: Wydawnictwo Albatros, 2013

źródło okładki: http://www.wydawnictwoalbatros.com/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 33
Pe_Wu | 2017-07-10
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 04 lipca 2017

Opinia zaznaczona jako spoiler. Pokaż ją.

Nie ma co owijać w bawełnę.
Per Wahlöö utalentowanym pisarzem nie jest.
Nie znam co prawda żadnej powieści z najsłynniejszego cyklu utworów szwedzkiego prozaika o przygodach komisarza Becka (pisanych wspólnie z żoną –Maj Sjöwall), a opinię ośmielam się wystawić na podstawie lektury obu technothrillerów z dylogii o śledczo-politycznych perypetiach komisarza Jensena, jednak tematycznie frapujący, choć szybko zarzucony zamiar tej równolegle prowadzonej serii political-crime-fiction uważam za wystarczający do w miarę obiektywnego zrecenzowania. Oczywiście walorów czysto literackich, warsztatowych, bo już w warstwie epistemologicznej cykl o Jensenie stanowi zjawisko niezwykłe, niemal prorocze.
Ale o tym póżniej, na początek „technikalia”.
Sprawiająca wrażenie wypychanej na siłę z gardła proza Wahlöö przypomina raczej kryptograficzny zapis rozmowy telefonicznej pomiędzy interlokutorami zdiagnozowanymi w początkowym stadium afazji niż stricte literacką narrację. Króluje tu lakoniczność, zwięzłość - składnia, w której dominują zdania pojedyncze, proste, zawiadomienia, równoważniki zdań, nadreprezentowane są partykuły, a dialogi przypominają te układane przez dzieci podczas nauki pierwszych opowiadań, np.
„- Aż co?
-Aż nagle wszysko się zmieniło.
- Kiedy to się stało?
- We wrześniu.
- A co się zmieniło?
- Nie wiem. Może ludzie…
- Opowie pan o tym?
-Tak.”
O ile pierwsze wrażenie z takiego ukształtowania tekstu jest dość szokujące, nawet swoiście oryginalne (w końcu to książki z lat sześćdziesiątych, gdy nie był jeszcze znany osławiony skrajnym komunikacyjnie minimalizmuem skandynawski sznyt zdystansowanej chłodnej i surowej oszczędności, od której przecież nie sposób wymagać kweicistego, barokowego, sarmacko- słowiańskiego gawędziarstwa ) to już monotonnne powielanie tego syntaktycznego paradygmatu w calej książce nuży, może zniechęcać lub nawet odrzucać swoim upartym schematyzmem czytelnika poszukującego w literaturze nie tylko wrażeń metajęzykowych.
Dlaczego zatem warto sięgnąć po powieści autora, którego Jo Nesbø lojalnie i kurtuazyjnie nazwał „ojcem chrzestnym skandynawskiej powieści kryminalnej”?
W czym zatem tkwi sens i przyjemność obcowania z owym rzemieślniczo dość kulawym literackim wyrobnictwem?
W jednym, mocno hermeneutycznym i ryzykownym nadinterpretacyjnie założeniu oraz jednej zupełnie oczywistej, aksjomatycznej konstatacji.
Lingwistyczna, słownikowo-frazeologiczna i składniowa oszczędność, niemal asceza narracyjna być może są formalna forpocztą dokumentacji procesu rozkładu, tym razem zapisem dekompozycji umiejętności komunikacyjnych, atrofii woli pełnego i skutecznego porozumiewania się wspólnoty egoistycznych interesów, której uległo zatomizowane i kierowane sprzecznymi, wuykluczającymi się intencjami społeczeństwo doby Baumannowskiej płynnej nowoczesności skonfrontowane ze zorganizowanym mechanizmem politycznej propagandy władzy?
Czy nie jest to pierwsza znacząca zapowiedż narodzin postprawdy uchwycona w momencie jej wypączkowania towarzyszącego historycznemu, lingwistycznemu i pragmatycznemu obumieraniu przodka, czyli tradycyjnej, obnażonej i skompromitowanej totalitarnej propagandy, niegdyś, w I poł. XX w. tak skutecznej do rozgrywania przez reżimy własnych interesów kosztem mięsa armatniego zwanego narodem? I gdy etnicznie pojmowany naród w II poł. XX w. zastąpiła wspólnota obywatelska pojawiła się konieczność stworzenia zupełnie nowego systemu propagandy, podniesienia zarządzania strachem i emocjami tłumu na wyzszy, doskonalszy i skuteczniejszy poziom? Dopiero z dzisiejszej perspektywy XXI wieku, gdy przez Europę przelewa się wielka fala nacjonalistycznego populizmu kształtowana przez system zorganiowanych łgarstw i indukowanie masom najrozmaitszych fobii widać wyrażnie, że to przed tym ostrzega marksista Wahloo, a jego socjologiczny geniusz dostrzegł narodziny tego procesu już wówczas, gdy świat nie śnił jeszcze o europejskiej socjalliberalnej rewolcie 1968 roku, a w Ameryce wciąż trwała walka o równouprawnienie rasowe.
Może Wahlöö to jeden z tych, którzy podważyli (literacka paralela z poezją Rózewicza czy Barańczaka jest na pewno na wyrost, ale - toutes proportions gardées - idea wydaje się ta sama. Epoka „tak za tak, nie za nie” i „odpowiedniego dawania rzeczy słowa” bezpowrotnie minęła. I zanim zmiotła ją europejska i polska Nowa Fala, fałsz i nowomowę sterowanych koniunkturalnie komunikatów obnażył i schłostał autor „Stalowego skoku”.
Taki (może wcale nie mocno naciągany) sposób odczytania frazy szwedzkiego spadkobiercy Orwella nadaje jego prozie zupełnie nowy, głeboko już literacki sens, wg którego nie ma sensu dawne strukturalistyczne rozgraniczenie na formę i treść dzieła, bo z perspektywy holistycznej stanowią one organiczną całość – treść i wymowa utworu zintegrowane są z formą podawczą jako współkonstrukt ideowy, semantyczny i leksykalny, słowem artystyczny. Razem ze światem, z wspólnotą degraduje się i degeneruje również uzywany przez nią język, do którego członkowie stracili zaufanie, a gdy mowa jest żródłem nieporozumień, należy ją drastyczne ograniczyć . Do szczątkowych, jednoznacznych, prostych, jasnych, dobitnych i ostatecznych formuł, którymi nie sposób manipulować w propagandowych celach. Szczególnie dla populistycznej propagandy sukcesu.
Czas więc na figurę bohatera i fabułę zakotwiczoną w specyficznym Wahlööwskim uniwersum, bo to jest główna, bez wątpienia profetyczna siła rażenia tej bardziej społeczno-politycznej eseistyki niż prozy sensu stricto.
Obie powieści łączy postać komisarza Jensena, zorganizowanego, pedantycznego, apolitycznego i dociekliwego służbisty, człowieka zupełnie pozbawionego życia osobistego, technokratycznego profesjonalisty, lojalnego wyłącznie wobec wykonywanej pracy niezależnie od obowiązującego systemu (to niewątpliwy pierwowzór póżniejszych Mankellowskiego Wallandera, Larssonowskiego Blomkvista i jeszcze paru innych sławnych skandynawskich śledczych). W „Morderstwie” rozwiązuje zagadkę anonimu o podłożonej w budynku państwowego holdingu medialnego bombie i trafia na tajemnicze, najwyższe 31 piętro, jedyne, które nie zostało ewakuowane. W „Stalowym skoku”, który jest kontynuacją przygód Jensena, operowany za granicą komisarz po nakazie powrotu do kraju wyjaśnia istotę tajemniczego politycznego przewrotu, który miał miejsce pod jego nieobecność. Oczywiście w obu przypadkach zagadka zostanie rozwikłana, ale zupełnie nie o perypetie kryminalnego śledztwa chodzi w obu książkach Wahlöö. Obie są antyutopiami ilustrującymi dwie fazy krzepnięcia i rozpadu państwa opartego na dyktaturze powszechnej zgody i międzypartyjnego porozumienia elit. Pierwsza, ciekawsza i bardziej literacka z książek ukazuje otoczenie medialne kształtowania systemu homogenizacji społecznej i mechanizmy absorpcji konkurencji przez prorządowego potentata w branży informacyjnej/dezinformacyjnej*. Ciarki przechodzą, gdy spojrzy się na paralelę dzisiejszej, rzekomo publicznej TVP.
Druga z książek, której akcja toczy się cztery lata po pierwszej części, jest bardziej tendencyjna i przypomina raczej fabularyzowany wykład poglądów politycznych, których autor, znany i aktywny działacz radykalnej szwedzkiej lewicy, nigdy nie ukrywał. Co wybredniejsi, a już o zgoła odmiennych poglądach uśmiechną się i ex definitione odrzuca wizję Wahlöö jako lewacki bełkot i spóżniony manifest sieroty po Marksie. Problem jednak tkwi w tym, że zarówno diagnozie, jak i futurologicznym przewidywaniom autora trudno odmówić racji, zwłaszcza jeśli uważnie śledziło się historię przemian polityczno-społecznych i kulturowych Europy przełomu mileniów. Oprócz frenetycznej wizji krwawej masakry demonstrantów (obym nie wywołał Błaszczaka z lasu) i ustanowienia metaforycznej dyktatury chorych lekarzy( czy fałszywie rozgrywana przez obóz „dobrej zmiany” rzekoma sanacja nie spełnia książkowej zapowiedzi?) we wszystkich pomniejszych aspektach przewidywania Wahlöö sprawdziły się z nawiązką.
I to jest najbardziej przerażające.
Wahlööwskie uniwersum to panstwo rządzone przez koalicję partii prawicowych. Socjaldemokracja zdradziła interesy klasy robotniczej i przyłączyła się do rządzącej elity. Uprawiana jest agresywna propaganda jedności narodowej i wprowadzana homogenizacja kulturowa. Z każdej gazet, rozgłośni radiowej i telewizji opanowanych przez egzekutywę płynie krzykliwy przekaz o tym, ze nadeszły czasy sukcesu i prosperity. Nie ma miejsca na poddawanie w wątpliwość, krytyka nie istnieje, życie obywateli uzyskało najwyższy stopień organizacji. Niestety społeczeństwo płaci coraz większą cenę za swój „raj” na ziemi. Państwo toczy plaga pijaństwa (alkohol jest zakazany nie tylko w przestrzeni publicznej, ale nawet w domu), kraj wyludnia się za sprawą drastycznie ujemnego przyrostu demograficznego, nagminne są przypadki głębokiej depresji uwiarygodnione falą samobójstw. Podmiejskie dzielnice prawie zupełnie się wyludniły i zamieniły w ruiny i wysypiska, których utylizacja jest nieopłacalna. Kontrastują z nimi reprezentacyjne centra miast – budowlane molochy ze szkła i stali, w których gnieżdżą się zautomatyzowani pracownicy zależnych od władzy monopolistycznych korporacji. Władza sączy doo uszu obywateli jeden przekaz:
„Czy wierzysz w politykę zgody? Czy jesteś gotów wziąć udział w walce przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym wrogom naszego kraju?”
Prawda, że brzmi znajomo?
Zaczynają się protesty nielicznych uświadomionych. Z tygodnia na tydzień grupa niezadowolonych rośnie. Są to przede wszystkim młodzi, którzy na manifestację zabierają dzieci. Czekamy tylko na iskrę, która zdetonuje tę napiętą sytuację.
Forma kryminału, czy raczej technothrillera, jest tu wyłącznie kostiumem maskującym dystopijny esej o mechanizmach rządzących, dla autora nieodlegle przyszłą, a dziś już namacalną rzeczywistością, której w „Morderstwie…” bliżej do Kafki i Orwella, a „Stalowym skoku” Dicka i Atwood.
Paradoksalnie można powiedzieć, że autor-wizjoner jednocześnie bardzo zbłądził i miał pełną rację. Pomylił się, bo scenariusz systemowego kolapsu wróżył dojrzałym państwom zachodniej demokracji, które, przynajmniej na razie oparły się władzy postpolitycznych trustów, korporacji i kamaryli. Miał jednak rację, gdyż na naszych oczach ponura wizja zawłaszczenia państwa przez grupy wsobnych interesów sprawdza się w krajach, w których demokracja nie okrzepła na tyle, by wytworzyć mocne, opierające się zakusom politycznych szarlatanów apolityczne urzędy i instytucje służby cywilnej. Rosja Putina, Węgry Orbana, Polska Kaczyńskiego i Słowacja Fico są tego najbardziej wymownymi przykładami.
Gdyby tylko Wahlöö – niemal bezbłędny futurolog - zamiast transkrybować na język prozy stenogramy posiedzeń i przesłuchań prowadzonych przez mrocznych panów w ciemnych pokojach potrafił choćby o jeden stopień podnieść poziom swego osobliwego, paraliterackiego rzemiosła…
Ale czy tak naprawdę Orwell, Dick i Zamiatin, w przeciwieństwie do Lema byli wirtuozami słowa?
Raczej wizji, a ta w przypadku „lewaka ze Sztokholmu” w pełni przekonuje i jednocześnie przeraża swym antyutopijnym, wymownie i z naddatkiem spełniającym się na naszych oczach proroctwem.
I pomysleć, że napisał to w latach sześćdziesiątych!

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Szarlatani

Noah jest rezydentem Boston Memorial Hospital. Jest jednym z najlepszych rezydentów i poważnie wiąże karierę z tym szpitalem. Jedyną przeszkodzę stano...

zgłoś błąd zgłoś błąd