Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Mechaniczna księżniczka

Tłumaczenie: Anna Reszka
Cykl: Diabelskie Maszyny (tom 3) | Seria: Ze Świata Nocnych Łowców
Wydawnictwo: Mag
8,67 (5689 ocen i 654 opinie) Zobacz oceny
10
2 331
9
1 128
8
1 080
7
657
6
279
5
129
4
48
3
21
2
6
1
10
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Clockwork Princess
data wydania
ISBN
9788374804059
liczba stron
400
język
polski
dodała
Martyna

Mroczna sieć zaczyna się zaciskać wokół Nocnych Łowców z Instytutu Londyńskiego. Mortmain planuje wykorzystać swoje Piekielne Maszyny, armię bezlitosnych automatów, żeby zniszczyć Nocnych Łowców. Potrzebuje jeszcze tylko ostatniego elementu, żeby zrealizować swój plan. Potrzebuje Tessy Gray, Charlotte Branwell, szefowa Instytutu Londyńskiego, rozpaczliwie stara się znaleźć Mortmaina, zanim ten...

Mroczna sieć zaczyna się zaciskać wokół Nocnych Łowców z Instytutu Londyńskiego. Mortmain planuje wykorzystać swoje Piekielne Maszyny, armię bezlitosnych automatów, żeby zniszczyć Nocnych Łowców. Potrzebuje jeszcze tylko ostatniego elementu, żeby zrealizować swój plan. Potrzebuje Tessy Gray, Charlotte Branwell, szefowa Instytutu Londyńskiego, rozpaczliwie stara się znaleźć Mortmaina, zanim ten zaatakuje. Ale kiedy Mortmain porywa Tessę, chłopcy, którzy roszczą sobie równe prawa do jej serca, Jem i Will, zrobią wszystko, żeby ją uratować. Bo choć Tessa i Jem są zaręczeni, Will jest zakochany w niej jak zawsze.

 

źródło opisu: Wydawnictwo MAG, 2013.

źródło okładki: http://www.mag.com.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 786

Plan Mortmaina jest idealny. W końcu pomści swoją rodzinę. Za pomocą stworzonych przez siebie automatów zniszczy Nocnych Łowców i dokona sprawiedliwości, ale nim uruchomi maszyny potrzebny jest mu jeden, najważniejszy element. Tessa Gray.
Szefowa Londyńskiego Instytutu robi wszystko, aby znaleźć Mistrza, nim ten ponownie uderzy. Ani ona, ani żaden z Nocnych Łowców przebywających na terenie Instytutu nie zna planu Mortmaina. Sytuacja pogarsza się, kiedy nigdzie nie można znaleźć lekarstwa Jema, a Tessa zostaje porwana. Obaj chłopcy chcą ją odnaleźć. Tylko czy Will zbierze się na odwagę i powie swojemu przyjacielowi jak bardzo zakochany jest w Tessie?

„Pytałeś mnie, jak, będąc nieśmiertelnym przeżyłem tyle śmierci. Nie ma w tym wielkiego sekretu. Po prostu wytrzymujesz to, co jest nie do zniesienia. I tyle.”

Wciąż nie mogę uwierzyć, że właśnie skończyłam ostatnią część Diabelskich maszyn. Nie, to po prostu niemożliwe, prawda? Proszę, powiedzcie, że tak! Powiedzcie, że wyjdzie jeszcze kolejny tom, że to wcale nie był ten ostatni, tak wyczekiwany, a później opłakiwany. Bo jeśli naprawdę nigdy już nie będę miała okazji czekać na następną część, to chyba się załamię. Nie, stop, już się załamałam. Tak, właśnie. Jestem załamana.
Nim zacznę tę recenzję pragnę Was poprosić o wybaczenie mi, jeśli pisane przeze mnie zdania będą bez ładu i składu. Od kilkunastu godzin podnoszę się po przeczytaniu Mechanicznej księżniczki i wychodzi mi to bardzo słabo, bo w głowie dalej mam całą historię. Śmiało mogę nazwać się psychicznym wrakiem mola książkowego – i nie jest to kłamstwo. Skoro rodzina ma dość mojego przygnębienia z powodu książki, to znak, że faktycznie jest źle. Jest źle? Jest strasznie.
Na wstępie powiem, że nie mam się do czego przyczepić. Nie jest to spowodowane świadomością, że „Czytam ostatnią część. Ona nie ma błędów. Żadnych. Ona jest po prostu cudowna i cicho, dajcie mi czytać, bo to ostatni tom”. Absolutnie nie. Prawda jest taka, że Mechaniczna księżniczka nie dostanie z mojej strony żadnego minusa, bo takiego najzwyczajniej w świecie nie znalazłam! Ta książka jest dla mnie ideałem. Może brzmi to bardzo banalnie, może mówię jak zakochana w Diabelskich maszynach nastoletnia czytelniczka, ale nie zmienię swojego zdania. Zawsze, kiedy czytam kolejną część jakieś serii, którą pokochałam całym sercem, to staram się znaleźć błędy. Wiem, że muszę skupić się nie tylko na treści i wydarzeniach, ale i na mocnych stronach oraz słabszych. Według mnie w Mechanicznej księżniczce nie było żadnej słabej strony. Jako zakończenie trylogii wypadła ona najlepiej spośród wszystkich tomów, chociaż każdy z nich miał inną funkcję. Mechaniczny anioł pokazuje nowe oblicze autorki, tym razem na tle XIX-wiecznego Londynu, Mechaniczny książę doprowadza do łez ze śmiechu, ale i z bardzo smutnych momentów, a Mechaniczna księżniczka… Cóż, ona ma w sobie to wszystko plus jeszcze więcej.
Kiedy rozpoczęłam czytanie ostatniej części Diabelskich maszyn moja pierwsza myśl brzmiała „O, Boże, jestem w domu!”. Uwielbiam to uczucie, gdy wychodzi następny tom serii, zagłębiam się w niego i spotykam tych samych ludzi, te same miejsca, charaktery, przyzwyczajenia… U Cassandry Clare to wszystko jest oczywistością. Bohaterowie są – zaraz obok akcji – najmocniejszą stroną jej twórczości, a stwierdzam to patrząc na obie wydane przez nią serie. W całej trylogii i w całej Mechanicznej księżniczce nie spotkacie drugiego takiego samego bohatera; każdy jest tam inny. Począwszy od aroganckiego ale uroczego i zabawnego Willa, poprzez delikatnego, kochającego Jema, dobrą, inteligentną Tessę, pyskatą Cecily, aż po odważną, mocno stąpającą po ziemi Charlotte i pełnego sprzecznych emocji Gabriela Lightwooda. Podziwiam Cassandrę Clare za wykreowanie tak wielu wspaniałych, różnych od siebie, zabawnych postaci. Gdyby nie wrogie nastawienie Willa do Lightwoodów (patrz: Gabriel), gdyby nie miłość Charlotte do zagubionego w swoim świecie Henry’ego, gdyby nie delikatność i kruchość Jamesa, ta powieść byłaby niczym. Każdy z bohaterów jest jak jedna gwiazda mocno świecąca na londyńskim niebie, a w tym wypadku powstałoby mnóstwo niesamowitych, niepowtarzalnych konstelacji.
Jak wspomniałam wcześniej, drugą najmocniejszą rzeczą obok bohaterów jest akcja. Nie było jej dużo, nie było jej mało – jak dla mnie w sam raz. Momenty w nią bogate były po prostu… (próbuję znaleźć odpowiednie słowo) magiczne! Chociaż…? Tym słowem powinnam określić całą serię i świat Nocnych Łowców. Tak więc momenty bogate w akcję… sprawiały, że moje serce albo zamierało z przerażenia, albo biło trzy razy szybciej. Akcja jest świetnie rozplanowana. Uwierzcie mi, dla mnie najtrudniejszym zadaniem w życiu było oderwanie się od Mechanicznej księżniczki, aby (niestety) powrócić do rzeczywistości. Gdybym mogła, siedziałabym całe dnie w świecie Nocnych Łowców. Wcale nie chciałam wracać do siebie. (Jak się ma obok siebie Willa i Jema, to po co wracać do swojego świata?).
Byłabym najgorszą czytelniczką i fanką twórczości Cassandry Clare, gdybym nie wspomniała o stylu i narracji. Z jednej strony autorka pisze w bardzo prosty sposób, powiedziałabym, że wręcz banalny i najłatwiejszy na Ziemi, ale skłamałabym. Wykreowany przez Panią Clare Magnus Bane musiał dodać do jej stylu magiczny składnik X, który sprawia, że czytanie jej powieści idzie w zastraszająco szybkim tempie. Czasami przeklinałam siebie za to, że nie potrafię oderwać się od Mechanicznej księżniczki, ale z drugiej strony… (patrz: akapit wyżej). Młodzieżowy, lekki język tylko dodaje atrakcyjności i prostoty całości. Och, ilekroć próbowałam pisać w podobny sposób, tylekroć moje starania szły do kosza (tego zwykłego albo komputerowego, whatever).

„Umierając, jeszcze żyjemy”

Zakończenie Mechanicznej księżniczki było takie… niespodziewane. Zupełnie mnie zaskoczyło, wprawiło w osłupienie, sprawiło, że nie byłam w stanie wydusić ani jednego słowa i nawet moje łzy, które przelewałam na ostatnich stu stronach, na chwilę się zatrzymały. Bolesna świadomość, że oto nadchodzi koniec trzeciego domu a zarazem całej serii nie opuszczała mnie ani na chwilę, i chociaż dzięki „uprzejmości” niektórych osób wiedziałam, co stanie się na końcu, to jednak… jednak… zaniemówiłam. Naprawdę tego się nie spodziewałam. To było słodko-gorzkie zakończenie, a jednocześnie takie bajkowe, magiczne, z nutą smutku jak i radości…
Lecz kilka godzin po przeczytaniu stwierdziłam, że koniec losów bohaterów Diabelskich maszyn był dla niektórych postaci trochę niesprawiedliwy. Z drugiej strony gdyby tak nie było, całość wydałaby się bardzo przesłodzona. Żałuję, że dla lubianych przeze mnie bohaterów los okazał się taki, a nie inny, jednak wiem, że Cassandra Clare tak to zaplanowała i tak miało być. Chociaż…?

„Nie można szukać zemsty i nazywać ją sprawiedliwością.”

Były łzy. Były, cały czas są i na pewno będą. Takiego zakończenia nie zapomina się szybko. Ba! Takiej serii nie da się zapomnieć! Może pomyślicie, że jestem bardzo zdesperowaną, oczarowaną czytelniczką, ale Diabelskie maszyny są dla mnie najcenniejszą serią. W moim małym, książkowym świecie mają ogromne znaczenie. Jest to jedna z pierwszych serii, które pokazały mi jak powinna wyglądać dobra książka, jak powinno się pisać, jak wykreować niesamowitych bohaterów, aż wreszcie jak zmiażdżyć czytelnika końcem.
Życie mola książkowego bez świadomości, że niedługo wyjdzie kolejna część Diabelskich maszyn jest po prostu straszne. Makabryczne.
Co mogę jeszcze Wam powiedzieć? Co mogę powiedzieć tym, który nie sięgnęli jeszcze po pierwszą część? Co mogę powiedzieć tym, którym Mechaniczny anioł lub Mechaniczny książę w ogóle nie przypadły do gustu? Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co Wam powiedzieć. Jeśli nie czujecie smutku i przygnębienia w tej recenzji, to znaczy, że źle ją napisałam i nie nadają się do pisania opinii książek, które zniszczyły mój czytelniczy świat i zmieniły światopogląd. W sumie to jeszcze nie wyszłam z „żałoby” po Mechanicznej księżniczce. Naprawdę nie wiem jak długo będę zawieszona pomiędzy życiem tutaj, na Ziemi, a światem Nocnych Łowców z wiktoriańskiego Londynu. Podejrzewam, że bardzo długo. Macie moje słowo, że nigdy nie rozstanę się z Diabelskimi maszynami.
Pora zakończyć tę recenzję-list pożegnalny-wylewanie smutków. Zdaję sobie sprawę że w tej recenzji mało jest prawdziwej recenzji, ale może kiedy pozbieram się po ostatnich stronach Mechanicznej księżniczki uda mi się napisać ją jeszcze raz, porządniej. A teraz czas się rozstać.
Williamie, Jamesie, Thereso, Charlotte, Henry, Gabrielu, Gideonie, Sophie, Cecily i wszyscy drodzy bohaterowie, których miałam przyjemność poznać w Diabelskich maszynach – mam nadzieję, że jeszcze nieraz spotkamy zimą 1878 roku przy Londyńskim Instytucie. Tylko proszę, nie gniewajcie się na mnie, jeśli będę się spóźniać. Moje życie jest zwariowane, ale obiecuję, że wezmę cały ekwipunek, abyśmy mogli razem polować na demony i położyć kres wszystkim planom, które mają na celu zniszczenie Was. Cierpliwości. Będę wpadać! Dziękuję wam, że towarzyszyliście mi w ciągle rozwijającej się drodze mola książkowego, która zaprowadziła mnie aż tutaj – do pewnej przepaści. Tą przepaścią jest koniec Diabelskich maszyn. Teraz muszę wziąć rozbieg i ją przeskoczyć, aby móc iść dalej. Ale nie martwcie się, zawsze będę pamiętać ten skok. Tego nie da się zapomnieć.

„Są rzeczy, których nie zniszczy żadna magia, bo one same są magiczne.”

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Asasyni. Legendarni zabójcy w czasach krucjat

Książka jednego z najwybitniejszych polskich historyków, który pasję naukową połączył z niezłym warsztatem pisarskim. Niestety, w tej konkretnym tytul...

zgłoś błąd zgłoś błąd