Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Archangel's Consort

Cykl: Guild Hunter (tom 3)
Wydawnictwo: Berkley Books
7,29 (14 ocen i 1 opinia) Zobacz oceny
10
3
9
2
8
1
7
3
6
2
5
1
4
2
3
0
2
0
1
0
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
978-0425240137
liczba stron
352
język
angielski
dodał
negah negah

An ancient and malevolent female immortal is rising in Manhattan to reclaim her son, the archangel Raphael. Only one thing stands in her way: Elena Deveraux, a vampire-hunter-and Raphael's lover.

 

źródło opisu: Amoazon.com

Brak materiałów.
książek: 573

1.
Spowity w jedwabnych cieniach najgłębszej nocy, Nowy Jork był taki sam… i jednocześnie
zmieniony ponad wszelkie porównanie. Kiedyś Elena obserwowała jak anioły zlatują z wypełnionej
światłem kolumny Wieży, siedząc naprzeciw odległego okna swojego ukochanego mieszkania.
Teraz, była jednym z tych aniołów wysoko na balkonie bez poręczy, bez niczego co mogłoby
zapobiec śmiertelnemu upadkowi.
Poza tym, oczywiście, że teraz już nie spadnie.
Jej skrzydła były silniejsze. Ona była silniejsza.
Rozkładając je, wzięła głęboki oddech znajomego powietrza. Fuzja zapachów – przypraw i
dymu, człowieka i wampira, ziemski i wyrafinowany – uderzyła w nią z dziką gorączką
nadchodzącej burzy. Jej pierś, ściśnięta przez tak długi okres czasu, rozluźniła się, i rozciągnęła
skrzydła do ich ostatecznej szerokości. Nadszedł czas zbadać to znajome miejsce, które stało się
obce, ten dom który nagle stał się nowy.
Nurkując z balkonu, leciała na manhattańskich prądach powietrza ucałowanych chłodnym
śladem wiosny. Jaskrawa zielona pora roku stopniała śniegi, które trzymały miasto w niewoli zimy,
przejmując stopniowo władzę. Lato nie stało się jeszcze choćby rumieńcem koloru brzoskwini na
horyzoncie. To był czas odrodzenia, rozkwitu i narodzin ptaków, jaskrawy i młody i kruchy, nawet
w gorączkowym pośpiechu miasta, które nigdy nie śpi.
Dom. Jestem w domu.
Pozwalając by prądy powietrza prowadziły ją gdzie chcą nad wysadzanymi diamentami
światłami miasta, testowała swoje skrzydła, sprawdzała swoją siłę.
Silniejsza.
Lecz wciąż słaba. Nieśmiertelny, ledwie co Stworzony.
Którego serce pozostało boleśnie śmiertelne.
Nie zaskoczyło ją więc, gdy próbowała unosić się przed oknem swojego mieszkania. Nie
posiadała jeszcze umiejętności by wykonać ten manewr, wciąż spadała by znowu wzbić się do góry
szybkimi uderzeniami skrzydeł. Mimo to, i tak zobaczyła wystarczająco by wiedzieć, że podczas
gdy niegdyś rozbita szyba została naprawiona, to pokoje stały puste.
Na dywanie nie było nawet śladu po krwi by naznaczyć miejsce, gdzie przelała krew
Raphaela, gdzie chciała zatamować szkarłatną rzekę aż jej własne palce przyjęły taki sam
morderczy odcień.
Eleno.
Zapach wiatru i deszczu, świeży i dziki wokół niej, wewnątrz niej, a następnie silne ręce
Raphaela na jej biodrach trzymające ją bez wysiłku w pozycji pozwalającej jej patrzeć przez okno
jak długo chce, z dłońmi płasko opierającymi się o szkło.
Pustka.
Nie pozostał nawet ślad po domu jaki stworzyła kawałek po kawałku.
-Musisz mnie nauczyć jak się unosić – powiedziała, zmuszając się do rozmowy poprzez
uścisk straty. To było tylko miejsce. Tylko jakieś rzeczy. – Przydałoby się do szpiegowania
potencjalnych celów.
-Mam zamiar nauczyć cię wielu rzeczy – przysunął ją do swojego ciała, więżąc jej skrzydła
pomiędzy nimi, Archanioł Nowego Jorku złożył pocałunek na czubku jej ucha. – Jesteś pełna
smutku.
Kłamstwo byłoby instynktowne -po to by się chronić, lecz ich związek wykraczał już poza te
ramy. – W pewnym sensie, oczekiwałam że moje mieszkanie wciąż tu będzie. Sara nic mi nie
powiedziała, gdy przysłała mi moje rzeczy. – A jej przyjaciółka nigdy jej nie kłamała.
-Gdy Sara tu przyszła wyglądało tak jak je zostawiłaś – powiedział Raphael, odsuwając się na
tyle by mogła rozłożyć skrzydła i dopasować raz jeszcze ciało do prądów powietrza. Chodź, chce ci
coś pokazać.
Słowa były w jej umyśle, razem z wiatrem i deszczem. Nie rozkazała mu by się wyniósł z jej
głowy – bo wiedziała, że w niej nie jest. To, ten sposób w jaki wyczuwała go tak głęboko i mogła
rozmawiać z nim z taką łatwością, było częścią tego co łączyło ich ze sobą… to żywe, dokuczliwie
zmienne uczucie rozrywające stare rany i tworzące nowe słabości w uderzeniu ognia na jej duszy.
Lecz gdy patrzyła jak frunie przez luksusowe czarne niebo, wysoko nad mieniącym się
miastem, jej archanioł ze swoimi biało-złotymi skrzydłami i oczami o nieskończonym i surowym
błękicie… nie żałowała. Nie pragnęła cofnąć czasu, nie chciała wrócić do życia w którym archanioł
nigdy nie trzymał jej w ramionach, gdzie nigdy nie czuła jak jej serce rozrywa się na strzępy i
kształtuje w coś silniejszego, zdolnego do takiej furii emocji, że czasami ją to przerażało. Gdzie
mnie zabierasz, Archaniele?
Cierpliwości, Łowczyni Gildii.
Uśmiechnęła się, rozpacz spowodowana stratą mieszkania zagrzebana przez falę rozbawienia.
Nie ważne jak wiele razy orzekał, że jej lojalność należała teraz do aniołów, a nie do Gildii, to
wciąż zdradzał się z tym jak ją postrzega – jako łowcę, wojownika. Spiesząc za nim w dół,
zanurkowała, po czym uniosła się silnymi uderzeniami skrzydeł poprzez gryzącą świeżość
powietrza. Mięśnie jej pleców i ramion zaprotestowały przeciw takiej akrobatyce, lecz za dobrze się
bawiła by się martwić – z pewnością zapłaci za to już za kilka godzin, ale teraz czuła się wolna i
chroniona przez mrok.
-Myślisz, że ktoś nas obserwuje? – spytała na bezdechu wynikającym z wysiłku, gdy po raz
kolejny znaleźli się obok siebie.
-Możliwe. Lecz na teraz ciemność zatai twoją tożsamość.
Jutro, wiedziała, gdy wstanie świt, rozpocznie się cały ten cyrk. Stworzony anioł… nawet
najstarsi z wampirów i same anioły były nią zaintrygowane. Nie miała wątpliwości jak zareaguje
populacja ludzka. – Może ich przestraszysz by trzymali się na dystans? – Jednak gdy to
powiedziała, wiedziała że to nie reakcji ludzi się obawiała.
Jej ojciec… Nie. Nie będzie myśleć o Jeffrey’u. Nie dzisiejszej nocy.
Gdy ona pozbywała się myśli o mężczyźnie, który się jej wyrzekł gdy miała ledwie
osiemnaście lat, Raphael przeleciał ponad rzeką Hudson, opadając tak szybko i gwałtownie, że
krzyknęła nim zdołała się powstrzymać. Archanioł Nowego Jorku był cholernie dobrym lotnikiem –
leciał wzdłuż wody tak nisko, że mógłby zanurzyć palce we wzburzonym zimnie; następnie wzniósł
się gwałtownie do góry. Szpaner.
A robił to wszystko dla niej.
Co sprawiło, że jej serce straciło na wadze, a wargi wygięły się.
Zniżając lot by dołączyć do niego na niższej wysokości, obserwowała jak nocny wiatr smaga
tymi gładkimi, hebanowymi włosami po jego twarzy, jak gdyby nie mogły się powstrzymać przed
dotknięciem go.
W niczym by to nie pomogło.
-Co? – zafascynowana przez jego niemal okrutne piękno, mężczyzna którego ma odwagę
nazywać własnym kochankiem, zapomniała o co spytała.
Odstraszenie ich – nie jesteś jedną z tych kobiet, które pozostaną w izolacji.
-Cholera, masz rację. – Czuła jak mięśnie jej ramion zaczynają szarpać w złowrogim
ostrzeżeniu, skrzywiła się. – Niedługo będę musiała wylądować. – Jej ciało zostało uszkodzone w
walce z Lijuan. Nie krytycznie – i rany już się wyleczyły, lecz wymuszony okres odpoczynku
oznaczał stratę niektórych mięśni, które rozbudowała w przygotowaniu do bitwy, w wyniku której,
Pekin został obrócony w krater, a jego głos rozbrzmiał echem jak milczący płacz martwych.
Prawie jesteśmy w domu.
Koncentrując się na utrzymaniu lotu w linii prostej, zdała sobie sprawę, że zmienił swoje
położenie tak, że w rzeczywistości podążała po jego śladzie – co oznaczało, że nie potrzebowała aż
takiego wysiłku by utrzymać się w powietrzu. Duma sprawiła, że skrzywiła twarz w grymasie, lecz
razem ze złością nadeszło głębokie ciepło pochodzące z wiedzy, że była dla Raphaela ważna, a
nawet bardziej niż ważna.
I wtedy to zobaczyła, dom Raphaela, rozciągającą się rezydencję na szczycie klifu,
znajdującego się po drugiej stronie rzeki. Choć ziemia przylegała do Hudson, miejsce to było
ukryte przed przypadkowym spojrzeniem skrajem gęsto stojących drzew. Jednak oni zbliżali się z
powietrza, i z góry dom wyglądał jak klejnot umieszczony w jedwabnej ciemności, ciepłe złote
światło w każdym oknie – zamieniające się w pulsujące kolory, gdy uderzyło w linię barwionego
szkła po jednej ze stron budynku. Krzewy róż nie były widoczne z tego kąta widzenia, lecz
wiedziała że tam są, ich liście bujne i lśniące na tle eleganckiej bieli domu. Tysiące pączków
gotowych do rozkwitu w obfitości koloru, gdy tylko się ociepli.
Podążyła za Raphaelem w dół, a gdy wylądował na dziedzińcu, światło barwionego szkła
zamieniło jego skrzydła w kalejdoskop dzikiego błękitu, krystalicznej zieleni i rubinowej czerwieni.
Mogłeś wylądować na jednym z balkonów, powiedziała, zbyt skupiona na zagwarantowaniu sobie
dobrego lądowania by wypowiedzieć te słowa na głos.
Raphael nie odpowiedział, czekając aż znajdzie się na ziemi obok niego by powiedzieć: -
Mogłem. – Wyciągnął rękę gdy składała skrzydła, złapał ją delikatnie za miejsce gdzie jej szyja
łączyła się z ramieniem, jego palce dotknęły wrażliwego wewnętrznego spojenia jej prawego
skrzydła. – Lecz wtedy twoje wargi nie znalazłyby się tak blisko moich.
Zwinęła palce u stóp, gdy szarpnął ją do siebie, rozkosz rozkwitła w jej brzuchu. – Nie tutaj –
wymruczała, jej głos zachrypnięty. – Nie chcę zszokować Jeeves’a.
Pozbył się jej słów niespiesznym i dogłębnym pocałunkiem który sprawił, że zapomniała o
lokaju gdy jej ciało rozgrzało się w powolnym, słodkim poczuciu oczekiwania. Raphael.
Drżysz, Eleno. Jesteś zmęczona.
Nigdy nie jestem zmęczona na twój dotyk. Przerażało ją to jak bardzo się od niego uzależniła.
Jedyna rzecz która czyniła to znośnym, była świadomość że jego głód również był dzikim i bliskim
przemocy pragnieniem.
Liźnięcie sztormu na jej zmysłach nim odsunął się z gorącą seksualną obietnicą. Później.
Powolny, intymny dotyk wzdłuż górnego zgięcia jej skrzydła. Później się tobą zajmę. Jego wargi
rozchyliły się, a następne wypowiedziane słowa były już znacznie mnie prowokacyjne. –
Montgomeremu spodoba się to, że będziesz jego panią, Eleno.
Oblizała wargi, spróbowała wziąć oddech -i usłyszała szybkie bębnienie własnego serca o
żebra. Oj tak, archanioł wiedział jak całować. – Dlaczego? – zdołała w końcu powiedzieć,
zrównując się z nim krokiem gdy kierował się do drzwi.
-Bo jest wielce prawdopodobne, że się ubrudzisz i będziesz niszczyć swoje ubranie raczej
regularnie. – Humor Raphaela był oschły, lecz jego głos brzmiał jak delikatna pieszczota nocy. – Z
tego samego powodu lubi gdy Illium zatrzymuje się tu od czasu do czasu. Obydwoje dajecie mu
dużo do roboty.
Skrzywiła się w jego stronę, lecz jej wargi uniosły się w kącikach. – Czy Illium do nas
dołączy? – Niebieskoskrzydły anioł był częścią Siódemki Raphaela, czyli tych wampirów, które
oddały swoją lojalność Archaniołowi Nowego Jorku – nawet do tego stopnia, że przekładali jego
życie nad swoje własne. Illium był jedynym z całej Siódemki, który widział jej ludzkie serce nie
jako słabość, tylko jako dar. Ona natomiast widziała w nim pewnego rodzaju niewinność, którą
stracili pozostali nieśmiertelni.
Drzwi otworzyły się w tym momencie by ukazać radosną twarz lokaja Raphaela.
– Ojcze – powiedział pretensjonalnym brytyjskim akcentem, który na polecenie może się stać
zimny i przerażający. – Dobrze jest mieć cię z powrotem.
-Montgomery – Raphael położył dłoń na ramieniu wampira.
Elena uśmiechnęła się do lokaja, po raz kolejny nim zachwycona. – Cześć.
-Pani.
Mrugnęła. – Elena – powiedziała stanowczo. – Jestem panią samej siebie. – Ważny był
jeszcze fakt, że choć Montgomery wybrał służenie archaniołowi to był silnym wampirem -miał
setki lat.
Kręgosłup wampira zesztywniał jak deska, jego wzrok wystrzelił w stronę Raphaela -który
uśmiechną się powoli. – Nie możesz tak strasznie szokować Montgomerego, Eleno. – Wyciągnął
dłoń by objąć jej własną, przyciągnął ją do siebie. – Może pozwolisz by nazywał cię Łowczynią
Gildii?
Elena uniosła wzrok, pewna że archanioł żartuje. Lecz jego wyraz twarzy był stanowczy, jego
wargi ułożone w znajomej, zmysłowej gracji. – Um, okej, dobra. – kiwnęła głową w stronę
Montgomerego, a następnie poczuła wewnętrzny przymus by spytać: -Czy to ci odpowiada?
-Oczywiście, Łowczyni Gildii. – Ukłonił się nieznacznie. – Nie byłem pewien czy będziesz
sobie życzył posiłek, Ojcze, lecz posłałem niewielką tacę do waszych pokoi.
-To będzie wszystko na dzisiaj, Montgomery.
Gdy lokaj odszedł, Elena spojrzała z rosnącą podejrzliwością na ogromną chińską wazę w
jednym z rogów holu, na przeciwko ściany z barwionego szkła, tuż obok drzwi. Była ozdobiona
wzorem ze słoneczników, które wydawały się dziwnie znajome. Puszczając rękę Raphaela,
podeszła bliżej… i bliżej. Rozszerzyła oczy. – To jest moje! – podarunek od anioła w Chinach po
tym, gdy Elena zakończyła szczególnie niebezpieczne polowanie, które zawiodło ją do wnętrza
szanghajskiego podziemia.
Raphael dotknął palcami dołu jej pleców, palące piętno. – Wszystkie twoje rzeczy tu są. –
Czekał aż uniesie głowę nim powiedział: -Zostały tu przeniesione na przechowanie aż do twojego
powrotu.
-Jednakże – kontynuował, gdy wciąż milczała, jej gardło związane emocjami. – Wygląda na
to, że Montgomery nie mógł się powstrzymać jeżeli chodzi o tą wazę. Obawiam się, że ma pewną
słabość do pięknych przedmiotów i jest znany z przenoszenia ich jeżeli odnosi wrażenie, że nie
otrzymują należnego im uznania. Kiedyś „przeniósł” starożytną rzeźbę z domu jednego z
archaniołów.
Elena patrzyła w korytarz, gdzie lokaj zniknął w dystyngowanej ciszy. – Nie wierzę ci. Jest
zbyt pruderyjny i poprawny. – Łatwiej było to powiedzieć, skupić się na humorze, niż
zaakceptować ścisk w piersi, uczucia zamykające jej krtań.
-Zdziwiłabyś się. – po raz kolejny dotykając jej pleców, popchnął ją wzdłuż korytarza i w
górę po schodach. – Chodź, możesz przyjrzeć się swoim rzeczom rano.
Zaczęła wlec nogami na szczycie schodów. – Nie.
Raphael oceniał jej wyraz twarzy tymi oczami, których żaden śmiertelnik nigdy nie posiądzie,
wizualne przypomnienie, że nigdy nie był człowiekiem, oraz że nigdy nie będzie niczym mu
bliskim. – Taka siła woli... – poprowadził ją do pokoju, który wychodził z tego, który znała jako
główną sypialnię i otworzył drzwi.
Wszystko z jej mieszkania leżało schludnie ułożone, pokrowce na meblach, jej drobiazgi w
pudełkach.
Znieruchomiała na progu, nie pewna swoich uczuć – ulga, złość i radość walczyły ze sobą.
Wiedziała, że nigdy nie będzie mogła powrócić do swojego mieszkania, które było jej schronieniem
i czymś więcej, szaleńczą odpowiedzią na porzucenie przez ojca. Nie było zbudowane dla istoty ze
skrzydłami – lecz jego strata bolała. Bolała tak bardzo.
A teraz….
– Dlaczego?
Jego dłoń zamknęła się na jej karku, nie próbując ukryć zaborczości nieodłącznej temu
gestowi. – Jesteś moja, Eleno. Jeżeli zdecydowałabyś spać w innym łóżku, to zwyczajnie
zabrałbym cię z powrotem do domu.
Słowa pełne arogancji. Był jednak archaniołem i ona również miała swoje prawa.
– Bylebyś pamiętał, że działa to w obie strony.
Przyjąłem, Łowczyni Gildii. Pocałunek złożony na zgięciu ramienia. Jego palce zacisnęły się
na jej karku odrobinę ciaśniej. Chodź do łóżka.
Podniecenie uderzyło w nią mocno, jej ciało dobrze wiedziało jaka przyjemność ją czeka z
tych silnych, śmiercionośnych dłoni. – Chcesz porozmawiać o ostrzach i pochwach?
Zmysłowy, męski śmiech, kolejny pocałunek, pieszczota zębów. Lecz puścił ją, obserwując w
milczeniu jak wchodzi do pomieszczenia i unosi pokrowiec na meble by przesunąć palcami po
delikatnie wyplecionej narzucie na łóżko. Następnie zajęła się przeglądaniem toaletki z jej składem
pięknych, szklanych butelek i szczotek ułożonych schludnie wewnątrz małego pudełka. Czuła się
jak dziecko, pragnące upewnić się, że jest tu wszystko co być powinno, a pragnienie to było tak
instynktowne, że niemal bolesne.
Poddając się głodowi emocji, jej umysł wypuścił z siebie obrazy o innym powrocie do domu,
o szoku i upokorzeniu, które paliło jej gardło gdy ujrzała swoje rzeczy na ulicy, ułożone w stos jak
śmieci. Nic nigdy nie usunie tej rany, tego bólu spowodowanego wiedzą, że właśnie tym była dla
swojego ojca, jednak dzisiejszej nocy, Raphael zmiażdżył to wspomnienie ciężarem znacznie
potężniejszego gestu.
Nie miała żadnych złudzeń co do swojego archanioła, wiedziała że zrobił to po części z
powodu jaki jej podał – by nie czuła pokusy by traktować swoje mieszkanie jako miejsce ucieczki.
Jednak gdyby była to jego jedyna motywacja, to równie dobrze mógł posłać jej rzeczy na śmietnik.
Zamiast tego, każdy przedmiot został spakowany z uwagą i przeniesiony tutaj. Część z nich została
wystawiona na działanie żywiołów, gdy jej okno zostało rozbite tamtej nocy, a jednak teraz,
wszystko wyglądało nieskazitelnie, świadcząc o starannej renowacji.
Serce bolało ją od cudowności nad byciem tak kochaną.
-Możemy już iść. – Wróci tu później by postanowić co ze wszystkim zrobić. – Raphaelu…
dziękuję.
Muśnięcie jego skrzydeł o jej własne było milczącą czułością, gdy wchodzili do głównej
sypialni. Nikt nigdy nie widział go od tej strony, pomyślała z oczami na swoim archaniele, gdy
przysunął się bliżej łózka i zaczął rozbierać bez zapalenia światła. Jego koszula odpadła z jego
ciała, ukazując wspaniałą klatkę piersiową wzdłuż której nie raz przesuwała wargami. Nagle,
przytłaczający ciężar jej emocji zniknął, zagrzebany przez lawinę ściskającego wnętrzności
pragnienia.
W tym momencie Raphael uniósł głowę, jego spojrzenie mieniło się od pierwotnego głodu,
który mówił Elenie, że wyczuł jej podniecenie. Postanawiając przełożyć rozmowę na później,
uniosła palce by zdjąć własną koszulkę gdy deszcz – nie, grad – uderzył w okna jak kule w rytmie
staccato, sprawiając że podskoczyła. – Pewnie sztorm. – Opuściła dłonie i podeszła do jednego z
okien, uprzednio zerkając na francuskie drzwi od balkonu by się upewnić, że są zabezpieczone.
Błyskawica rozbłysła we wściekłych szpikulcach tuż przed nią, gdy dzikie wiatry zaczęły
walić w dom z nieprzerwaną furią, grad zamienił się w ulewny deszcz pomiędzy jednym, a
następnym mrugnięciem. – Nigdy nie widziałam by działo się to tak gwałtownie, tak szybko.
Raphael podszedł by stanąć obok niej, jego naga górna część ciała uwzorowana obrazem
kropel deszczu na oknie. Spojrzała na niego gdy nie odpowiadał, w jego oczach dostrzegła cienie,

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dziewczyna, którą kochałeś

Dopiero co skończyłam czytać i nadal nie mogę się pozbierać... Nie zawaham się użyć stwierdzenia, że jest to pierwsza tak piękna historia, z którą się...

zgłoś błąd zgłoś błąd