Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Atlas chmur

Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawnictwo: Mag
7,44 (3536 ocen i 459 opinii) Zobacz oceny
10
400
9
571
8
881
7
809
6
484
5
186
4
86
3
71
2
26
1
22
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Cloud Atlas
data wydania
ISBN
978-83-7480-278-9
liczba stron
544
słowa kluczowe
atlas, chmur, bestseller
język
polski
dodała
Oceansoul

Inne wydania

Nominowany do Nagrody Bookera bestseller Atlas Chmur Davida Mitchella to również jedna ze Stu Książek Dekady według wpływowych brytyjskich krytyków literackich Richarda Madeleya i Judy Finnigan. Teraz na jego podstawie powstał głośny film, w którym kreacje stworzyła plejada gwiazd: Tom Hanks, Halle Berry, Susan Sarandon, Jim Sturgess, Ben Whishaw, Jim Broadbent i Hugh Grant. Pasażer statku, z...

Nominowany do Nagrody Bookera bestseller Atlas Chmur Davida Mitchella to również jedna ze Stu Książek Dekady według wpływowych brytyjskich krytyków literackich Richarda Madeleya i Judy Finnigan. Teraz na jego podstawie powstał głośny film, w którym kreacje stworzyła plejada gwiazd: Tom Hanks, Halle Berry, Susan Sarandon, Jim Sturgess, Ben Whishaw, Jim Broadbent i Hugh Grant.

Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych; dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądze; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze.

W tej niezwykłej powieści David Mitchell znosi granice języka, gatunku literackiego i czasu, proponując zadumę nad właściwą ludzkości żądzą władzy i niebezpiecznym kierunkiem, w którym w pogoni za władzą zmierzamy.

 

źródło opisu: http://mag.com.pl/

źródło okładki: http://mag.com.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 164
Gracjan Triglav | 2016-01-09
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 07 stycznia 2016

Rozdziały książki ułożone są względem siebie jak kręgi na wodzie, koncentrycznie: gdyby zrobić fotografię powierzchni wody w którą ciśnięto kamień, i wyciąć z niej pas pod dowolnym kątem, byleby przechodzącym przez środek – to tak uchwycona średnica wprost idealnie obrazowałby konstrukcję „Atlasu Chmur”: pierwszy i ostatni rozdział to Dziennik Ewinga, drugi i przedostatni to Listy Frobishera, a trzeci z początku i trzeci od końca to mikropowieść o dziennikarskim śledztwie Luisy Rey. I tak dalej. W samym środku jest jedna cała, niepodzielona na części historia. (Prościej można by to przyrównać do osi liczbowej, gdzie mamy przedział od -5, -4, -3, -2, -1 aż po 0 i dalej kolejno 1,2,3,4 i 5, gdzie każda z cyfr odpowiada temu samemu wątkowi, podzielonemu na dwie części, prościej – ale przykład z kręgami wody jakoś efektowniejszy jest i więcej poetyckich skojarzeń z CZASEM budzi, a czas gra w tej książce ważną rolę). Akcja posuwa się do przodu chronologicznie, od XIX wieku przez wiek XX i dalej w przyszłość, a potem po kolei się cofamy do porzuconych wcześniej wątków.

Poszczególne historie mają wspólny, subtelnie wyłożony, zgodny przekaz i zbliżoną problematykę. Skupioną tak na ludzkiej naturze w ujęciu jednostkowym, psychologicznym, jak i zbiorczym, ocierającym się o rozważania natury socjologicznej. W każdym rozdziale akcentowa jest waga wszystkich wyborów dokonywanych na przestrzeni naszych krótszych i dłuższych żywotów, nawet decyzji pozornie błahych. Mamy tu też konsekwentnie wykładaną stara prawdę, że nie zawsze opłaca się być przyzwoitym, ale bezsprzecznie nieprzyzwoitym być nie warto (nawet w obliczu wysokiej ceny którą przyjdzie nam za to ponieść).

W tekście znajdziemy dużo refleksji poświęconych naturze człowieka (wynikającej tak z jego biologii, jak i kształtowanej w wyniku różnych procesów socjalizacyjnych, zależnie od kręgu kulturowego, czasu i miejsca, wedle aktualnych konwenansów). O jej wynaturzeniach, konieczności życia z umiarem, wedle zasad etyki, umiejętności wybieganiem myślą w przyszłość. W ramach wyżej wymienionych aspektów autor piętnuje konsekwentnie konsumpcjonizm i brak poszanowania dla natury. Ciągle powraca też kwestia wolności i niewolnictwa, w różnych odmianach, mniej i bardziej oczywistych. Obecnie, nie zawsze widoczny, bezduszny wyzysk słabszych jednostek ma miejsce niezmiennie i powszechnie, choć nazywa się inaczej niż dawniej i mimo rozwiązań prawnych teoretycznie go powstrzymujących – kwitnie. Mniej świadomym problemu autor o tym przypomina. I tym i o konsekwencjach tego stanu rzeczy.

W każdym tekście znajdziemy krytyczny obrazy funkcjonowania różnych systemów religijnych i para-religijnych: nienachalnie uświadamiających jaki jest ich ukryty, faktyczny cel, jak pozorne uporządkowanie i fałszywe ukojenie niosą one ich wyznawcom, i jak potężnym są narzędziem kontroli i realnej władzy polityczno-gospodarczej. Mitchell pokazuje że niezależnie od miejsca i czasu, mają one te same mechanizmy, ich założenia bywają sprzeczne, a doktryny, i tak już bazujące na kuriozach – dodatkowo wypaczane, przejaskrawiane. Demaskuje hipokryzję ludzi instrumentalizujących sformalizowane, powszechne systemy wierzeń do własnych celów, czyniących to cynicznie bądź nie w pełni świadomie.

Teksty łączą również miejsca akcji, konkretne przedmioty, wymieniane w różnych epokach nazwiska (Sykes, Hendrix czy Upward – postaci drugo- i trzecioplanowe) i oczywiście główni bohaterowie, takoż subtelne nawiązania i sugestie (np. Cavendish wspomina zupełnie dygresyjnie o klonowaniu w Korei, i mówi o filmowym horrorze który urzeczywistnia się w przyszłości w historii Sonmi~451, itd.). Poszczególne teksty spleciono w całość bardzo inteligentnie, na wielu poziomach, cześć z nich może niestety umykać czytelnikowi (zapewne uderzają bardziej przy ponownej lekturze po latach).

Nie licząc smutnej opowieści Sonmi~451, wszystkie historie rozgrywają się w przestrzeniach zamieszkałych przez anglojęzycznych bohaterów. Mitchell może więc czuć się jak ryba w wodzie i dowolnie bawić rodzimym językiem, niestety wobec tego w przekładzie dla innostrańców zawsze coś zaniknie. Angielski oryginał opublikowano w 2004, polski przekład autorstwa Justyna Gardzińskiej wyszedł kilka lat później. Z uwagi na różnorodność tekstów, stylizowaną na archaiczną XIX-wieczną angielszczyznę Ewinga czy gwarowy angielski z postapokaliptycznych wysp Hawajskich w środkowym rozdziale, którego narratorem jest Zachariasz, praca translatorska nie była taka łatwa. Stąd i dociekliwy czytelnik może się czepiać. Ale nie tylko tam. Pewną nadgorliwością jest spolszczać nazwisko Chopin na Szopen, skoro sam kompozytor podpisywał się prze CH (nikt przecież nie robi dajmy na to ze Sthura – Sztura), podobnie z niektórymi nazwami własnymi z „Brodu Slooshy”: Bigajl można było spokojnie zostawić jako Big I a Dżordżiego – Georgie’em.
Na stronie 102 Megan Sixsmith określona jest przez tłumaczkę jako SIOSTRZENICA (w oryginale zapewne NIECE), tymczasem na tej samej stronie Sixsmith mówi o ożenku swego brata z matką Megan, zatem jest ona jego BRATANICĄ!
Niektóre rozwiązania językowe w wymienionych rozdziałach pierwszym i ostatnim, oraz środkowym, budzą wątpliwości, poza tym jednak w tekście nie ma błędów językowych, i są chyba raptem trzy literówki które umknęły korekcie. Zatem udało się tłumaczce oddać to co autor rzeczywiście pisał, przynajmniej z grubsza. Dla równowagi należy wspomnieć że cała reszta książki sprawia bardzo dobre wrażenie. Jak się zdaje, rozmach wizji autora nie stracił chyba nic ze swej siły w polskim wydaniu.

Atlas Chmur, jak było pisane wyżej, dzieli się de facto na sześć historii:

Dziennik Ewinga, jak to dziennik – traktujący o wszystkim i o niczym. Jest to typowy diariusz mieszczący codzienne obserwacje, myśli, rozterki i niepokoje. Większej i mniejszej wagi. Początkowo szyk kolejnych przydługich zdań zdaje się nie tyle przestarzały, co sztuczny. Konstatuje to nawet Frobisher w drugim rozdziale. O ile w kwestii formy dla wielu czytelników nieprzystępny, treściowo nurzając się w ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy cholernie intryguje. Może skłaniać do zadumy nad zachodnim modelem cywilizacji i ogólnie, międzyludzkiej rywalizacji na poziomie większych społeczności, szczególnie odmiennych kulturowo. (Zainteresowani tematem mogą śmiało sięgnąć po „Strzelby, zarazki, maszyny” Diamonda).

Listy Frobishera do kochanka (Sixsmitha) pisane nieco ponad dekadę po zakończeniu Wielkiej Wojny (1931), są niemniej klasyczną fuzją zwierzeń, lęków i pragnień jak Ewingowy diariusz, nagromadzeniem mniej i bardziej intymnych zdań dających piszącemu możność podzielenia się nadmiarem emocji. Wyjąwszy egzaltację, znajdziemy tam trochę mądrych, głębokich refleksji. W zasadzie wypada to całkiem realistycznie, bo listy mają zdecydowanie zróżnicowaną jakość. Mądrze o wojnie, o zabijaniu i częściowo sensownie o samobójstwie. Uczciwie.

Dziennikarskie śledztwo Luisy Rey: thriller z akcją osadzoną w połowie lat 70 XX wieku. Jest czymś w stylu „Kodu Leonarda da Vici” – nawet rozdziały króciuchne i ponumerowane (tak moja skromna osoba w czasie lektury, jak i Cavendish w kolejnym rozdziale stwierdziliśmy to niezależnie). Takie rzeczy połyka się na ogół w czasie codziennej jazdy metrem. Ogromna ilość nieprawdopodobnych zwrotów akcji i notatka zakochanego w głównej bohaterce Isaaca Sachsa (wedle wszelkich praw logiki sfabrykowana), sugeruje że mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju książki inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami. Albo fikcji, bo według prowadzenia akcji i informacji o znamieniu w formie gwiazdy, Frobisher miałby jednocześnie dwie inkarnacje – Luisę i Timothy’ego. (W książce nie ma chyba informacji o znamieniu Ewinga, ma je bezsprzecznie Frobisher, ma Luisa, wedle opisu wygląda jak kometa; Cavendish też twierdzi że ma znamię pod pachą, ale żartobliwe określa je mianem „bobka”, znamię-kometę ma tak Sonmi~451 jak i Meronym... postaci poza tym że są trochę niepokorne, mają zgoła odmienne charaktery, a jak było mówione Luisa Rey i Timothy Cavendish żyją jednocześnie w XX wieku, sugeruje to że może nie chodzi tu o jedną wędrującą duszę, a typ dusz, o podobnej roli... a może owa się po prostu podzieliła?).

„Upiorna Udręka Timothy’ego Cavendish” – gawędziarska historia niemłodego już erudyty rozgrywająca się współcześnie: styl wysoki miesza się z kolokwializmami, wyżyny duchowych doznań z prozą dnia codziennego, a komedia z tragedią, napisane z humorem i werwą. Genialna, przezabawna i cholernie inteligentna, a przy tym z przesłaniem, skłaniającym do zastanowienia się nad losem osób starszych w dzisiejszych zachodnich społeczeństwach.

Przesłuchanie Sonmi~451. Mistrzowska narracja i mocna treść. Część w której wykonujący formalnie swą prace archiwista daje się uwieść historii opowiadanej przez główną bohaterkę. Dystopia obrazująca bezwzględne rządy korporacji – na ile to odbicie naszych obecnych lęków, co bardziej świadomych ludzi, na ile zaś faktycznie możliwy scenariusz?
U Zajdla, w jednym z opowiadań które znalazły się w niedawno wydanym zbiorku „Relacja z pierwszej ręki” (wyselekcjonowanych przez żonę pisarza) znajduje się krótka forma w której przedmioty mają określoną datę przydatności do użytku, a potem rozsypują się w pył, ma to na celu utrzymanie konsumpcji na określonym poziomie, stałego popytu na dobra X i Y. W pierwszej części swej opowieści Sonmi, towarzysz komunikuje jej że są przepisy regulujące comiesięczne wydatki, sprowadzające się do tego że każdy konsument (w zależności od swego statusu majątkowego) zobowiązany jest do wydania określonego limitu swoich przychodów – oszczędzanie, gromadzenie waluty – jest zabronione. Sztuczne napędzanie konsumpcji. (Pytanie czy nie prowadziłoby to do gromadzenia tych czy innych dóbr i barteru?).
Orwell i Huxley, najpopularniejsi twórcy najpoczytniejszych dystopii, sklasyfikowani są tu przez ichniejszych teoretyków literatury jako „Optymiści”, tj. reprezentujący pozytywny model założeń co do przyszłości... cóż – zapoznawszy się z detalami świata Dalekiego Wschodu zarządzanego przez „Nea So Copros” zaledwie o jakieś 100 lat starszego od naszych realiów, nie można nie przytaknąć. W porównaniu z tym co przedkłada nam Mitchell, Orwell i Huxley zakładali że mimo omotania, zachowamy o wiele większą dozę człowieczeństwa, empatii i duchowej autonomii, mimo totalnej kontroli i inwigilacji. Jak pada nazwisko Orwell i Huxley, to trzeba rzec i o Bradburym, którego pomysły realizują się na naszych oczach, a zaledwie raczkowały kiedy pisał swoje „451 stopni fahrenheita”. Książka może nie jest arcydziełem, ale kiedy się ją czyta, prawie wszystko to co wyrabia z nami aktualnie telewizja jest tam oddane w stopniu iście proroczym. Dygresyjnie warto dodać że w wielu reporterskich i podróżniczych książkach z ubiegłej dekady i obecnych, autorzy często informują że Japończycy siedzą non-stop z nosem w swoim telefonie. W warszawskiej komunikacji jest już tak samo.
Trochę nierealistycznie wypada zabieg jakim autor sprytnie odsłania przed nami potencjał Sonmi: jej język i postawa intelektualna są początkowo nieco przygaszone, by wznieś się na wyżyny w dalszych partiach tekstu, a przecież cały czas jest na wysokim poziomie intelektualnym.

„Bród Slooshy” – osamotnione na Ocenie Spokojnym Hawaje, które nie ucierpiały znacząco w wyniku bliżej nieokreślonego ogólnoświatowego kataklizmu (związanego z zanieczyszczeniem Ziemi będącego efektem hiperkonsumpcyjnego stylu życia). Mimo pewnej prostoty fabularnej, wciąga. Tekst jest ciekawy, choć z uwagi na swa formę (narratorem jest młody wyspiarz Zachariasz), przez pierwsze kilka stron nieco skonsternowani oswajamy się z tamtejszą gwarą, podwórkową hawajską nowomową, którą polski czytelnik może odbierać jako nagromadzenie kolokwializmów i błędów językowych.
Autor zawarł tu podstawową refleksję odnośnie człowieka który chce żyć dobrze, z sobą i innymi, i tego co różni go od tego który żyje nie bacząc na nic i na nikogo – podnosi tu kwestie umiaru, empatii, samodyscypliny, kontroli emocji. Wyłożono wprost, na tacy, otwarcie, ale sama tamtejsza społeczność jest właśnie taka.

W zasadzie każdy rozdział ma coś, co czyni go wartościowym – tak pod kątem rozrywkowym jak i intelektualnym. Siłą rzeczy taka eksperymentalna książka tworzy pewien chaos poznawczy w umyśle odbiorcy, ale między innymi z uwagi na to zagubienie i poszukiwanie łączników lektura jest ciekawa. Bezsprzecznie jest to dobra książka. Niby Ewing w codziennych zapiskach prowadzonych już w szpitalu, w Honolulu, wykłada nam swoje przesłanie, coś co od biedy może spajać całość książki, wszystkie rozdziały, ale nie jest to zbyt mocna puenta. Ile żywotów ludzkich jednak ma coś takiego, taką puentę?

„Atlas Chmur” uczy że historia lubi się powtarzać, a nawet najdrobniejszy opór przeciwko nagromadzeniu patologii i zbiorowej degrengoladzie jest lepszy niż bierność i przystanie do ciemnej masy. Niezależnie od tego czy ktoś tam nas będzie rozliczał z tego po drugiej stronie czy nie.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Na przekór przeznaczeniu

O okolicznościach przeproszenia się z cyklem pisałam przy opisie II tomu, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, ze drugiego dnia okoliczności bard...

zgłoś błąd zgłoś błąd