Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Serce tak białe

Tłumaczenie: Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo: Sonia Draga
7,11 (150 ocen i 18 opinii) Zobacz oceny
10
7
9
20
8
35
7
45
6
20
5
14
4
5
3
3
2
1
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Corazón tan blanco
data wydania
ISBN
9788375084580
liczba stron
360
język
polski
dodała
Booka

Juan, młody tłumacz konferencyjny, przeżywa przełomowy i trudny, jak mu się wydaje, moment w swoim życiu – żeni się. Jego przeczucia, iż tym samym całkowicie odmienia swoje życie, całkowicie się sprawdzają, choć zupełnie niespodziewanie splot jego zawodowych umiejętności (wyczulenie na każde słowo wypowiedziane i nie wypowiedziane, a nawet przemilczane, na każdy gest jawny lub domyślny),...

Juan, młody tłumacz konferencyjny, przeżywa przełomowy i trudny, jak mu się wydaje, moment w swoim życiu – żeni się. Jego przeczucia, iż tym samym całkowicie odmienia swoje życie, całkowicie się sprawdzają, choć zupełnie niespodziewanie splot jego zawodowych umiejętności (wyczulenie na każde słowo wypowiedziane i nie wypowiedziane, a nawet przemilczane, na każdy gest jawny lub domyślny), przypadków związanych z niedawnym ślubem, jak też z pracą zawodową, niezwykłym darem wywoływania groteskowych przygód, powoduje, iż bohater dowiaduje się o tajemniczej śmierci siostry swej matki i roli, jaką odegrał w tym jego ojciec (zarazem mąż obu sióstr).

 

źródło opisu: Sonia Draga, 2012

źródło okładki: http://www.soniadraga.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Oficjalna recenzja
Róża_Bzowa książek: 5721

Literatura piękna najczystszej próby

Przedzierając się przez gąszcz literatury różnorakiego autoramentu czuję się nieraz jak poszukiwacz złota, spędzający dni, tygodnie, a nawet lata na przesiewaniu piasku w poszukiwaniu skarbu. Owszem, czasem trafi się na jakąś rzadką muszlę, czasem piękny kamień, niekiedy nawet złoty piasek, ale prawdziwy drogocenny kruszec trafia się rzadko lub prawie nigdy. Podobnie jest z literaturą. Powieść Javiera Maríasa była dla mnie jak olśnienie, jak skarb, jak muzyka dla moich czytelniczych uszu wewnętrznych. Zdaję sobie sprawę, pisząc te słowa, że nie każdy Czytelnik podzieli moje zdanie. Czytelnicze zmysły pełne są rozbieżnych nieraz upodobań i to, co dla jednego jest niebiańską muzyką słów, dla innego brzmi jak zgrzyt zardzewiałej piły po szkle.

Już pierwsze zdanie tej magnetycznej prozy jest jak precyzyjne cięcie chirurgicznym skalpelem bez znieczulenia po odsłoniętych komórkach nerwowych. Autor bowiem zaczyna, zgodnie z zaleceniami arcymistrza filmowego pisarstwa Alfreda Hitchcocka, od tzw. trzęsienia ziemi. Potem snuje powoli swoją barwną opowieść do końca rozdziału, odsłaniając z wolna przed nami poszczególne elementy oprócz odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Uwaga czytelnika jest podczas tej inauguracyjnej opowieści napięta do tego stopnia, że dopiero przy lekturze drugiego rozdziału zauważa, że wcześniej prawie nie oddychał. Potem powoli odsłaniają się przed nami inne fragmenty tej wielowątkowej historii. Gdyby ktoś cyniczny pokusił się o napisanie streszczenia...

Przedzierając się przez gąszcz literatury różnorakiego autoramentu czuję się nieraz jak poszukiwacz złota, spędzający dni, tygodnie, a nawet lata na przesiewaniu piasku w poszukiwaniu skarbu. Owszem, czasem trafi się na jakąś rzadką muszlę, czasem piękny kamień, niekiedy nawet złoty piasek, ale prawdziwy drogocenny kruszec trafia się rzadko lub prawie nigdy. Podobnie jest z literaturą. Powieść Javiera Maríasa była dla mnie jak olśnienie, jak skarb, jak muzyka dla moich czytelniczych uszu wewnętrznych. Zdaję sobie sprawę, pisząc te słowa, że nie każdy Czytelnik podzieli moje zdanie. Czytelnicze zmysły pełne są rozbieżnych nieraz upodobań i to, co dla jednego jest niebiańską muzyką słów, dla innego brzmi jak zgrzyt zardzewiałej piły po szkle.

Już pierwsze zdanie tej magnetycznej prozy jest jak precyzyjne cięcie chirurgicznym skalpelem bez znieczulenia po odsłoniętych komórkach nerwowych. Autor bowiem zaczyna, zgodnie z zaleceniami arcymistrza filmowego pisarstwa Alfreda Hitchcocka, od tzw. trzęsienia ziemi. Potem snuje powoli swoją barwną opowieść do końca rozdziału, odsłaniając z wolna przed nami poszczególne elementy oprócz odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Uwaga czytelnika jest podczas tej inauguracyjnej opowieści napięta do tego stopnia, że dopiero przy lekturze drugiego rozdziału zauważa, że wcześniej prawie nie oddychał. Potem powoli odsłaniają się przed nami inne fragmenty tej wielowątkowej historii. Gdyby ktoś cyniczny pokusił się o napisanie streszczenia okazałoby się, że historia jest w gruncie rzeczy banalna – brak tu krwiożerczych psychopatów, nie uświadczymy międzynarodowych spisków, ba! – nie ma nawet śladu wampirów. Narrator – jeden z głównych bohaterów powieści - opowiada fragment historii swojego życia, okraszając ją refleksami i fragmentami historii swojej rodziny. Niby nic, ale jak to wszystko jest napisane! Delektowałam się długimi zdaniami z wtrąceniami, dygresjami, mieszaniem wymiaru czasowego i przestrzennego (uwielbiam pasjami!), o niespiesznym rytmie, zaburzeniami w opowieści chronologii, licznymi perseweracjami czy cytatami, wykrętami i zmianami perspektywy, sprzecznościami i niekonsekwencjami, a wszystko to zostało opisane pięknym i literackim językiem, ze staranną dykcją (tak, tak, wszystko to przez zawód głównego bohatera). Podczas lektury mój mózg mruczał z ukontentowania, a wszystkie zmysły (słowa potrafią pachnieć i smakować, nie mówiąc o dotyku, równowadze czy banalnym obrazie i dźwięku) nasycały się ekstatycznie tą ucztą bodźców.

Autor powieści zaplanował swoistą grę z Czytelnikiem. Wiedzie go po meandrach opowieści posługując się narratorem, który opowiada w sposób specyficzny, w formie bliskiej monologowi wewnętrznemu – są tu przeskoki w czasie, dygresje spowodowane rozważaniem znaczenia jednego słowa, przypuszczenia i objazdy. Na dodatek mamy tutaj opowieści w opowieści, analizy lingwistyczne, jawne nawiązania do znanych powieści lub przemyślnie ukryte w formie czy treści analogie do innych znanych dzieł literackich. Ponadto zostajemy zaskoczeni tokiem myśli narratora i jego konkluzjom, które prowadzą nas do wniosków, że nasze życie, słowa, czyny a nawet myśli łączą się w niezrozumiałą, ale silną sieć zależności, a jednocześnie, wraz z życiem i słowami innych ludzi, tworzą piękny i skomplikowany wzór. Obserwujemy też niesłychaną moc słowa, jego wymiar twórczy i destrukcyjny, doświadczamy tajemniczy języka, dzięki której te same słowo, pojawiające się w naszym życiu w różnych kontekstach i wypowiadane przez różne usta, potrafią osiągać tak różny efekt. Wreszcie jest to książka o uwikłaniu człowieka w sieć słów oraz - co się nierozerwalnie wiąże - w pajęczynę kultury, od której nie jesteśmy w stanie się uwolnić i dzięki której jednocześnie jesteśmy tym kim jesteśmy, bo daje nam narzędzie do samookreślenia. Dzięki wszystkim tym zabiegom i wątkom proza ta zyskuje formę jednocześnie powieści szkatułkowej o budowie klamrowej i labiryntu, z którego nie chcemy się wydostać.

Dzięki tej pięknej historii przypomniałam sobie o kilku ważnych rzeczach. Najpierw o tym, że przecież należę do Koneserów Pierwszych Zdań (KPZ). Osobnik z jej grupy, widywany jest często w chwili, gdy dopadłszy książki, nowej lub starej, w księgarni czy bibliotece lubo też w mieszkaniu znajomych, niepomny na całą machinę promocyjno-reklamową tudzież ciężką pracę projektantów okładek i autorów notek na ostatniej stronie okładki, oddaje się nawykowi smakowania pierwszego zdania. Jeśli go ono zachwyci, zaintryguje, złapie a nawet zdenerwuje, jest rzeczą prawie pewną, że książka je zawierająca zagości na dłużej w jego rękach i umyśle. Jeśli nie – zginie z obu bezpowrotnie. I nic nie zmienia to, że czasem zdanie tak pełne smaku rozwija się potem w powieść, która KPZ wydaje się nietrafiona, nie zniechęca to wcale do dalszych poszukiwań.

Potem przypomniałam sobie, co oczywiste, inne piękne pierwsze zdania, z tym najsłynniejszym prawdopodobnie marquezowskim ze „Stu lat samotności”. Dzięki temu naszła mnie również reminiscencja związana z pierwszą lekturą wspomnianej powieści Marqueza oraz przypomnienie, dlaczego tak kochałam literaturę iberoamerykańską. Podobne odczucia towarzyszyły mi także przy tej lekturze, mimo bowiem autora hiszpańskiego, frazowanie, nastrój powieści (część opisywanych wydarzeń rozgrywa się w Ameryce Środkowej) i emocje czytelnika (czy może raczej ich intensywność) są podobne. Ostatnie wreszcie przypomnienie dotyczyło znaczenia zwrotu literatura piękna (beletrystyka). Bowiem w dzisiejszym świecie reality-show, mockumentu czy literatury faktu zagubiło się gdzieś znaczenie powyższego terminu. Znajduje to nawet odzwierciedlenie w słowach używanych przez nas wszystkich (również przez piszącą te słowa) w opisie czy recenzji przeczytanych książek: życiowa, podnosząca na duchu, ciepła, mrożąca krew w żyłach, wciągająca. A może literatura ma być po prostu piękna? Tak jak sztuki piękne (obok użytkowych), tak i sztuka pisarska wespół ze sztuką drukarską były kiedyś dziedzinami sztuki i miały za zadanie edukować estetycznie. Dlaczego nie miałoby być podobnie i dziś?

Już tęsknię za pięknem fraz Maríasa. Obiecałam samej sobie, że gdy ukaże się polskie wydanie ostatniej części trylogii "Twoja twarz jutro" tegoż autora (podobnie jak dwie pierwsze opublikowane zostanie przez Wydawnictwo Sonia Draga) zorganizuję sobie ucztę piękna w trzech osłonach, nie zapominając o stosownych przerwach. Słowa takie czyta się bowiem wolniej, ale za to po zapadnięciu w pamięć nieodzownie wypuszczą nowe pędy piękna.

Jowita Marzec

pokaż więcej

Dodaj dyskusję
Dyskusje o książce
pokaż wszystkie
Sortuj opinie wg
Opinie czytelników (521)
 Pokaż tylko oceny z treścią
książek: 0
| 2014-06-24
Na półkach: Niewypały
Przeczytana: 24 czerwca 2014

Zachęcona opiniami,sięgnęłam po raz pierwszy po autora,biorąc tytuł,polecany jako pierwszy,najbardziej odpowiedni.
Muszę napisać,że początek intrygujący,ale dalej niestety,fabuła ulega znacznemu rozwarstwieniu,i nie pomogą tu długie,erudycyjne zdania,z których słynie autor,i które o dziwo bardzo przypadły mi do gustu.Marias,moim skromnym zdaniem trochę się pogubił w fabule,jakikolwiek ruch w powieści,przeplatany jest dygresjami na kilka stron,i co dziwne,autor nie wraca do wątku,tylko snuje inny...robiąc to w sposób dla mnie nieprzekonujący.
Cóż,nie wszystko musi mi się podobać,może kiedyś dam radę innej powieści Mariasa.

książek: 1215
almos | 2016-09-01
Na półkach: Przeczytane w 2016r.
Przeczytana: 30 sierpnia 2016

Powieść napisana wspaniałym stylem, składa się z długich, skomplikowanych zdań, które wszak czyta się świetnie, olbrzymia w tym zasługa wybitnego tłumacza Carlosa Marrodana Casasa. Niemniej autor ma wielkie ciągoty do rozdzielania włosa na czworo, błahe sytuacje analizowane są do najdrobniejszego szczegółu i na wielu stronach. Jakoś to mnie nużyło, nudziło, nie zachwycało. Niestety wspaniały styl to nie wszystko... Odłożyłem rzecz w połowie.

Lubię smakować książkę po pierwszym zdaniu, tu zaczyna się tak: „Nie chciałem wiedzieć, ale dowiedziałem się, że jedna z dziewczynek, kiedy już nie była dziewczynką i niedawno wróciła z podróży poślubnej, udała się do łazienki, stanęła przed lustrem, rozpięła bluzkę, zdjęła stanik, odszukała serce i przyłożyła do piersi lufę pistoletu należącego do jej ojca, który z częścią rodziny i z trójką gości siedział w jadalni.” No, powaliło mnie to pierwsze zdanie... Potem styl jest równie olśniewający, zdania na pół strony, ale czyta się to świetnie....

książek: 104
Dubenschmitz | 2013-12-21
Na półkach: Przeczytane

Arcydzieło! Kilka lat czekałem na polskie tłumaczenie, ponieważ kuzyn czytający po niemiecku wychwalał pod niebiosa. Miał facet rację, a tłumacz Carlos Marrodan Casas (ten od Marqueza) wykonał rewelacyjną pracę. To jest majstersztyk z gatunku tych, które wychodzą pisarzowi mimowolnie, jakby od niechcenia i nie ma już nigdy szans na powtórzenie dzieła. Tytuł jest cytatem z "Makbeta" (znajdziecie w tłumaczeniu Słomczyńskiego, bo u Barańczaka jest inaczej) - "moje ręce są koloru krwi, ale moje serce jest tak białe" - mówi Lady Makbet po zabiciu strażników i umazaniu ich mieczy krwią.
Jak zaczniecie to się nie oderwiecie. Porównajcie z innymi moimi książkami - oszczędnie daję gwiazdki.
Uffffff, zazdroszczę Wam pierwszego czytania!

książek: 812
czytankianki | 2015-06-10
Na półkach: 2015
Przeczytana: 31 maja 2015

Nie mam wątpliwości, że „Serce tak białe” jest przykładem literatury pięknej w pełni zasługującej na to miano. Rozbudowane zdania z wtrąceniami, elegancki język i meandrująca fabuła świadczą o dużym kunszcie pisarskim Javiera Maríasa. Niewielu pisarzy potrafi równie drobiazgowo i wytrwale dywagować na temat tego, co ulotne lub co w ogóle się nie zdarzyło. W moim odczuciu Marías to mistrz roztrząsania, drążenia i analizowania wybranego zagadnienia, co podczas czasem lektury może irytować, częściej jednak urzeka.

Oczarowywanie czytelnika zaczyna się już na poziomie frapującego tytułu, będącym cytatem z szekspirowskiego „Makbeta” (po zabójstwie króla lady Makbet mówi do męża ogarniętego wątpliwościami: Moje ręce mają twoją barwę; lecz wstyd mi, że mam serce tak białe), z kolei pierwsze zdanie powieści podsyca ciekawość:

Nie chciałem wiedzieć, ale dowiedziałem się, że jedna z dziewczynek, kiedy już nie była dziewczynką i niedawno wróciła z podróży poślubnej, udała się do łazienki,...

książek: 614
Jarek1983 | 2014-07-07
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 05 lipca 2014

Po raz kolejny jestem przytłoczony skrupulatnością intelektualną Javiera Mariasa. Tym razem autor roztrząsa kwestie relacji międzyludzkich w oparciu o tajemnice. Dosadność analiz jakie przeprowadza autor jest ogromna. To jak oglądać nasze myśli pod mikroskopem. Nic nie umyka Mariasowi. Każdy detal jest pieczołowicie opisany, rozbity na atomy oraz oglądany od wszelkich możliwych stron. Mało w tym miejsca na domyślanie się, gdyż opisane zdarzenia i przemyślenia bohaterów są w sposób drobnoziarnisty. Nie jest to w żadnym przypadku zarzut. Po prostu należy to przyjąć.
Geniusz w postaci czystej.

książek: 1306
Elwira | 2013-12-22
Na półkach: Posiadam
Przeczytana: 22 grudnia 2013

Marias to językowe pomieszanie z poplątaniem. Czytając go ma się wrażenie, że słucha się rodowitego Hiszpana i mimo tego, że znasz język rozmówcy masz trudności z nadążeniem. Tak jak trudno dotrzec do kropki w jego długich zdaniach, z takim samym zniecierpliwieniem czekałam rozwiązania historii.
Po kilku ostatnich lekturach napisanych prostym językiem brakowało mi czegoś takiego. Świetnie rozwiniętej fabuły, ciągłej interteksuatlności odnoszącej się nie tylko do Makbeta, ale do przeplatających się ze sobą zdarzeń w książce. Takie pogmatwanie wątków dyrygowane jednak świadomie i chronologicznie udaje się rzadko komu.
Marias idealnie wyważa i miesza ciekawą fabułę, której chcemy znac rozwiązanie razem z życiowymi refleksjami, które ciągle prowadzą do następnych. Możemy się z nimi utożsamiac niezależnie od abstrakcyjności zdarzeń dotycząych bohaterów książki.
Przeczytac Marias'a do końca i wynieśc z tego coś dla siebie jest wyzwaniem, a kto nie lubi książkowego wyzwania?
Z pewnością...

książek: 96
LadyBlackCat | 2014-12-07
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 07 grudnia 2014

Każdy chciałby mieć olbrzymią wiedzę psychologiczną i wyczucie. Każdy w kontaktach międzyludzkich popełnia błędy, a to kogoś źle oceni na podstawie błędnych przesłanek , a to nie zrozumie czegoś, co ktoś dawał do zrozumienia, a to sam nie potrafi wyraźnie i delikatnie przekazać czyichś intencji. Nie zawsze potrafimy zrozumieć innych , bywa że sami też czujemy się nie do końca zrozumiani. Myślę , że bardzo nieliczna jest grupa osób, które nie mają tego rodzaju problemów. A z pewnością należy do nich Javier Marias. Jest to mistrz obserwacji , nikt niczego przed nim nie ukryje. Jego spostrzeżenia o innych postaciach są tak wnikliwe, że przypominają mi rentgen, tylko że taki, który zamiast kości, prześwietla ludzkie myśli, intencje, zamiary i marzenia . Jest to rentgen, który widzi nawet to, czego człowiek sobie sam nie uświadamia.


Oprócz niespotykanego zmysłu obserwacji , Marias ma też doskonałe pióro, również wyjątkowo charakterystyczne. Pamiętać tylko trzeba, że nie...

książek: 471
ewka_beer | 2015-03-13
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 01 lutego 2015

Tym razem postanowiłam ocenić / opisać / odnieść się do czytanej książki nie czytając jej całej lecz partiami. Dotychczas było inaczej, ale monotonia w niczym nie jest wskazana. Przeczytałam 114 stron i wstępnie określam książkę na 5/10 czyli przerzucając to na skalę szkolną kiedyś mierna teraz dopuszczająca. Ani jedno, ani drugie słowo nie zachęca do lektury. 1/3 książki przeczytana a ja tak naprawdę nie za wiele wiem. Spostrzegłam, że J. Marias jest miłośnikiem długich zdań, niekiedy takich na pół strony. Jednak należy przyznać, że bardzo zgrabnie przenosi je na papier, skrupulatnie opisuje osoby i wydarzenia, przemyślenia, wnioski a spostrzeżenia przyprawia szczyptą filozofii. Odnosi się do małżeństwa, przemijania czasu (str.37-39), wartości słów które wypowiadamy i które są kierowane do nas. Jest też pewien sekret… Hmm, brzmi tajemniczo. W takim razie czytam dalej, zobaczymy czy następne moje wrażenia dotyczące tej książki będą podobne do tych, które mam teraz.
Nadszedł dzień...

książek: 2770
betelgeuze | 2016-05-11
Na półkach: Powieści
Przeczytana: 11 maja 2016

W końcu! Szumne zapowiedzi o literackim objawieniu okazały się być w pełni uzasadnione. Warstwa językowa/literacka/artystyczna książki już od pierwszej strony pokazują z czym mamy do czynienia. Namawiam do czytania w spokoju. Książka jest bogata, wyrafinowana, głos Mariasa indywidualny. Gdy przez kilkadziesiąt pierwszych stron pisał o jednej przypadkowej sytuacji, drążąc ją we wszystkie strony, wiedziałem już że chodzi o jego pisarstwo, a nie o fabułę. Zresztą - ta książka to świetny tester czytelników. Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek miłośnik literatury pięknej zlekceważył "Serce tak białe" i twórczość Mariasa. Raczej twierdzę, że w przypadku rozczarowania powinien poświęcić się innym rodzajom literatury. Jeśli ktoś czytając tak intrygującą i barwną rzecz, o takim bogactwie języka i pomysłów, nudzi się, to należy mu się najszczersze współczucie.
Ja swoim zwyczajem, sięgając po "Serce tak białe" rozpocząłem rozbieg do "Twojej twarzy jutro", po której bardzo wiele...

książek: 771
ouLIPOgram | 2013-07-13
Na półkach: Posiadam

Nudy. Porażka. Szkoda czasu. Ale jak ktoś lubi ględzenie o bzdetach, proszę bardzo. Wybacz, Edytko.
P.S. I ta tragiczna okładka...Jezusie....

zobacz kolejne z 511 
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Cytaty z książki
lista cytatów dodaj cytat
Inne książki autora
więcej książek tego autora
Powiązane treści
Dobrze wyjść z pisarzem: Javier Marías

Nie, nie powinienem niczego opowiadać ani słuchać, bo nigdy nie zdołam sprawić, by nie zostało to powtórzone lub użyte przeciwko mnie, na moją zgubę, albo co gorsza, żeby nie zostało powtórzone i użyte przeciwko tym, których kocham, aby ich zgubić. Dziś o autorze niekończących się zdań i psychologicznych wiwisekcji, Javierze Maríasie. 20 września obchodził 65. urodziny.


więcej
Czytamy w weekend

Weekend to czas odpoczynku (przynajmniej dla większości osób), to czas na nadrabianie braków w śnie, w życiu towarzyskim i na czytanie książek. Przed nami pierwszy weekend lutego - sprawdźcie zatem, co w najbliższych dniach będą czytać osoby z serwisu i nie zapomnijcie podać nam Waszych planów - może coś nas zainspiruje do kolejnych lektur.


więcej
więcej powiązanych treści
zgłoś błąd zgłoś błąd