Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Legenda Kella

Tłumaczenie: Dawid Repeczko
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Kroniki Mechanicznych Wampirów (Clockwork Vampire Chronicles)". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.
Wydawnictwo: Fabryka Słów
6,71 (140 ocen i 26 opinii) Zobacz oceny
10
9
9
11
8
26
7
35
6
26
5
21
4
5
3
4
2
2
1
1
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Kell's Legend
data wydania
ISBN
978-83-7574-609-9
liczba stron
400
język
polski
dodał
Casthaluth

Każdy zasłużył na odrobinę odpoczynku. Nawet bohater. Kell w niczym nie przypomina już sławionego w pieśniach żołnierza. Topór odrzucił w kąt - chce cieszyć oczy widokiem wnuczki i sączyć dobry trunek. Los zgotował mu inną przyszłość. Z gór spływa lodowa mgła. Wieśniaków mordują maszyny w ludzkich ciałach. Tych, którzy cudem ocaleją, czeka los gorszy od śmierci – utrata duszy pożeranej przez...

Każdy zasłużył na odrobinę odpoczynku. Nawet bohater.

Kell w niczym nie przypomina już sławionego w pieśniach żołnierza. Topór odrzucił w kąt - chce cieszyć oczy widokiem wnuczki i sączyć dobry trunek. Los zgotował mu inną przyszłość.

Z gór spływa lodowa mgła. Wieśniaków mordują maszyny w ludzkich ciałach. Tych, którzy cudem ocaleją, czeka los gorszy od śmierci – utrata duszy pożeranej przez Żniwiarzy. Ochłapy mięsa w Rafineriach Krwi - tak kończy się ludzkość.

Na nic odwaga, siła i podstęp. Żelazna Armia maszeruje nieubłaganie. Nie pokona jej najwaleczniejsze wojsko, najdzielniejszy z królów.

Został już tylko on. Jeden starzec. Jedna legenda.

 

źródło opisu: Fabryka Słów, 2012

źródło okładki: www.fabrykaslow.com.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 2256
Jale | 2015-07-25
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 21 lipca 2015

Jedno jest pewne – Remic pisał „Legendę Kella” dla facetów. Kobiety nie mają tu czego szukać. Ani te, co marzą o romansie, przygodzie i odrobinie humoru, ani te, co są przygotowane na krew, flaki i podrzynanie gardeł dzieciom. Ta książka jest na tyle dziwna, że nawet i czytelnik płci odpowiedniej może chwilami poczuć się podczas lektury lekko niewyraźnie. Ale może po kolei.

Fabuła „Legendy Kella” jest na tyle zgrabnie skrojona, że natychmiast zasysa w stworzony przez autora świat. Głównym bohaterem opowieści jest tytułowy Kell, sędziwy topornik, który znów musi wziąć broń w dłoń i walczyć. Tyle że już nie o kraj czy honor, a po prostu o życie – swoje i swojej wnuczki, a przy okazji jej koleżanki i pewnego dandysa. Z gór schodzi bowiem inwazja czegoś, co autor nazwał mechanicznymi wampirami. Owe wampiry, z pomocą praktycznie nieśmiertelnych istot odzianych w powłóczyste szaty, posługujących się magią lodu i wysysających do cna życie ze zmrożonych ludzi, aż zostaną z nich skurczone łupiny, idą przed siebie w niepowstrzymanym marszu, mordując mężczyzn i kobiety, starców i niemowlęta, szlachtując nawet świnie i psy. Bohaterowie muszą więc nie tylko ocalić swoje życie, ale i przestrzec przed inwazją króla, zupełnie nieświadomego śmiertelnego zagrożenia. A nie będzie to łatwe, bo w pościg za nimi zostaje wypuszczony zgnilec, istna machina do zabijania. A potem jeszcze jeden.
Wątków naturalnie jest jeszcze kilka, ale są one jawnie poboczne i służą głównie dopowiedzeniu szczegółów stworzonego świata i dokładniejszemu naświetleniu życiorysów – tak głównych bohaterów, jak i osób związanych z inwazyjną armią. Wprowadzają także postaci, które będą miały większą rolę w dalszej części historii, w kolejnych tomach. Cała ta koronkowa robota ma jednak rozmaite luki.

Zastanawiają na przykład owe mechaniczne wampiry, które wbrew nazwie nie do końca można nazwać wampirami. Owszem, posiadają one kły (sztucznie wszczepione!) i piją krew (wyłącznie rafinowaną!), jednak poza tym są po prostu… ludźmi. Tyle że sztucznie zintegrowanymi z czymś w rodzaju zegarowego werku. Niektórym integracja – przeprowadzona oczywiście w wieku niemowlęcym – poszła dobrze i stali się Vaszynami, wojowniczymi albinosami, innym natomiast nie poszła wcale i – zdeformowani i zwyrodniali – stali się zgnilcami, nad którymi niemalże nie sposób utrzymać kontrolę. Jeśli ktoś kogoś tu w ogóle raczy ugryźć, służy to wyłącznie okazaniu władzy, poniżeniu przeciwnika, a nie wypiciu krwi per se. Co więc z nich za wampiry?

Podobnie jest z magią, która… po prostu sobie jest. Znaczy się mamy topór, mamy magiczne miecze, magiczny opar, ale żeby ktoś faktycznie używał magii, gdzieś machał kończynami czy coś inkantował, to już nie. Ot – ziut, i opar płynie. Autor traktuje więc magię wyłącznie jako wygodne słowo-wytrych, pozwalające wrzucić do świata, gdzie większość modyfikacji wykonuje się za pomocą skomplikowanej, zegarmistrzowskiej technologii, rzeczy z zupełnie innej bajki. Rzeczy, których istnienia nie da się wystarczająco usprawiedliwić regułami rządzącymi przedstawioną rzeczywistością.

Kolejny problem to zgnilce. Początkowo niepokonane, niezniszczalne, potrzebujące super-hiper-przeciwnika, żeby dostać wciry. Potem – coraz częściej zdarza się, że byle neptek przy odrobinie szczęścia może je usiec najzwyczajniejszym w świecie mieczem. Albo żniwiarze, owe istoty w powłóczystych szatach – ich długie, suche kosteczki szkieletu są… nie do złamania. Bo tak. Bo magia. Bo tak sobie autor zażyczył. Strasznie wygodna ta magia.

Nie ma co jednak za mocno marudzić na te niedociągnięcia, bo – jak już zaznaczyłem – książka czyta się gładko i szybko, mimo że ma 400 stron objętości. Bohaterowie są nakreśleni w miarę sympatycznie (nawet, jeśli dość sztampowo), dialogi są cięte, opisy starć zwięzłe i dynamiczne, a krew i sprężyny tryskają fontannami. Tutaj rzeczywiście czuje się fascynację Remica prozą Gemmella, zauroczenie jego cyklem o Drussie Legendzie. Zresztą autor oficjalnie zadedykował dzieło właśnie Gemmellowi, choć robić tego w sumie nie musiał, bo odniesienia widać jak na dłoni. W końcu Kell jest taką troszkę bardziej dopasioną wersją Drussa. Bezsensownie dopasioną, bo Druss robił na czytelniku wrażenie między innymi i tym, że był normalnym człowiekiem, a Kell… cóż… Strasznie trudno zrobić mu krzywdę, zwłaszcza że jest dopakowany mocą magicznego topora. Chroni go też autorska wizja, czyli zsyłane co pewien czas „boskie” interwencje. Co zgnilec, to – naturalnie w ostatniej chwili – trafiało się coś większego, co zgnilca mogło schrupać.

„Legenda Kella” ma jednak i minusy poważniejsze, powodujące, że czytelnik co pewien czas wpada jak na mur, rozbijając się o fragmenty dowodzące odczuwalnego zwichrowania wyobraźni autora. Kilka razy trafia się tutaj gwałt – brutalny, opisany w sposób dość specyficzny („Ciągle wewnątrz siebie czuła jego ciepłe nasienie”). Do tego są przymiarki do innego, równie brutalnego gwałtu, rozpisane tak, jakby Remic smakował każde słowo opisu i starał się jak najdokładniej przedstawić czytelnikowi upokorzenia czekające kobietę. Podobnie jest z wielokrotnym, wręcz piętrowym poniżaniem jednej z bohaterek, traktowanej gorzej niż wiejski kundel. Zresztą i w przypadku „normalnego” seksu daje się odczuć troszkę mniej kanoniczne zainteresowanie autora całą „procedurą” („słodkości kapiące z drżącej cipki”). Przyznam, że kilka razy rozważałem przerwanie lektury, bo nie miałem akurat ochoty na Maximum Perversum. A już w ogóle wolę nie myśleć, jak takie brewerie odbiera czytelnik płci odmiennej. Chwilami książka przypomina bowiem pornos dla miłośników dręczenia dumnych, odartych z odzienia panien, według autora aż proszących się o złamanie psychiki.

Kolejne idée fixe Remica to cieknące po nogawkach strugi moczu (przynajmniej z sześć razy ktoś się tu moczy ze strachu, i to nie byle wieśniak), pękające kości, wywlekane jelita i pożerane pośladki (tłumacz zresztą też dał się ponieść, bo ani razu nie pada w książce słowo pośladek, jest tylko „dupa”, i to nawet w dość niepozornych zdaniach w rodzaju „Albinos został przecięty na pół, od głowy po dupę”). A także po wielokroć podkreślane babranie się bohaterów w mieszaninie strzępów zwierzęcych mózgów i psich gówien, która to mieszanina ponoć służy do zmiękczania wyprawianych skór.

W związku z tym doprawdy nie wiem, czy żałować, że nie wyszedł dotąd tom drugi tego cyklu, czy może jednak nie? Z jednej strony książkę naprawdę nieźle się czyta, a fabuła potrafi zainteresować rozwojem akcji, ewidentnie uplątanej pod początek sagi (innymi słowy – finał jest denerwująco zawieszony w próżni). Z drugiej jednak jest napisana z wyraźnym przekroczeniem linii dobrego smaku. Podobnie mieszane odczucia miałem lata temu w przypadku „Skoku w konflikt: Prawdziwej historii” Donaldsona – przez co skończyło się na przeczytaniu tylko pierwszego tomu – oraz „Kar Kalim” Deborah Christian. Owszem, może się w życiu zdarzyć, że najdzie człowieka ochota na przeczytanie czegoś zboczonego, ale lepiej by było, gdyby był to wybór świadomy, a nie łupnięcie w czerep z zaskoczenia. Po „Legendę Kella” należy więc sięgać ze sporą dawką ostrożności i z wiedzą, że jej zawartość jest raczej daleka od tego, co zazwyczaj proponuje literatura fantasy.

(Esensja.pl)

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Gus

Kim Holden doskonale wie, jak i gdzie uderzyć, by zaatakować najczulsze struny duszy. I wcale nie musi w tym celu silić się na dramatyzm i łzawe scen...

zgłoś błąd zgłoś błąd