Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Finneganów tren

Tłumaczenie: Krzysztof Bartnicki
Seria: Liberatura
Wydawnictwo: Ha!art
6,5 (38 ocen i 20 opinii) Zobacz oceny
10
5
9
7
8
4
7
7
6
4
5
1
4
1
3
5
2
1
1
3
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Finnegans Wake
data wydania
ISBN
9788362574445
liczba stron
628
kategoria
Literatura piękna
język
polski

Kiedy po nowatorskim, słynącym z techniki strumienia świadomości Ulissesie wydawało się, że nie sposób już pójść dalej, James Joyce stworzył utwór pod pewnymi względami jeszcze radykalniejszy. W 1939 roku, po siedemnastu latach mozolnego tkania Work in Progress (Dzieła w Toku), zanurzył czytelników w mroczną podświadomość Finnegans Wake. Jak głosi jedna z wielu prób interpretacji, ostatnia...

Kiedy po nowatorskim, słynącym z techniki strumienia świadomości Ulissesie wydawało się, że nie sposób już pójść dalej, James Joyce stworzył utwór pod pewnymi względami jeszcze radykalniejszy. W 1939 roku, po siedemnastu latach mozolnego tkania Work in Progress (Dzieła w Toku), zanurzył czytelników w mroczną podświadomość Finnegans Wake.

Jak głosi jedna z wielu prób interpretacji, ostatnia książka Joyce’a to podróż w głąb ludzkiej, boskiej czy kosmicznej, pogrążonej we śnie zbiorowej jaźni, dla której irlandzki pisarz wynalazł specjalną mowę – symfonię skomponowaną z neologizmów i wielojęzycznych kalamburów. Z czasem ten oniryczny, wzniesiony na ruinach wieży Babel wszechświat urósł do rangi prawdziwego mitu, mającego swych zaprzysięgłych zwolenników i równie nieprzejednanych wrogów. Żaden utwór literacki nie wzbudził tylu kontrowersji – po dziś dzień Finnegans Wake uchodzi za najbardziej tajemniczą książkę XX wieku, a być może i całej literatury.

Dzięki brawurowemu przekładowi Krzysztofa Bartnickiego, ukazującemu się pod tytułem Finneganów tren, z tym legendarnym dziełem może wreszcie zapoznać się polski czytelnik. Wydawca dołożył wszelkich starań, aby możliwie wiernie odtworzyć oryginalny kształt książki – jej format, czcionkę, zaprojektowaną zgodnie z sugestiami Joyce’a okładkę, oraz wywiedzioną z matematyczno-geograficznych proporcji liczbę stron, jak wiele wskazuje, zaplanowaną przez autora. W oryginale Finnegans Wake zawsze wydawane było w identycznej, 628-stronicowej objętości i taką objętość ma również polski przekład. Dołącza on do elitarnego klubu niewielu powstałych do tej pory kompletnych tłumaczeń tej jedynej w swoim rodzaju książki.

 

źródło opisu: http://www.ha.art.pl/

źródło okładki: http://www.ha.art.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 267
Tomek | 2012-01-11

Echolandia!.
Jeżeli „Dublińczycy” to fotografie, „Ulisses” plan miasta a „Portret artysty w wieku młodzieńczym” – schody do dojrzałości, to „Finnegans Wake” – lub, jak od kilku dni oficjalnie w Polsce nazywa się ta publikacja – „Finneganów tren” jest ich (i nie tylko) kolażem.
Siedemnaście lat, podczas których James Joyce pisał swoje ostatnie dzieło nie były dla niego łaskawe. Jak można przeczytać w wielu źródłach, umarł ślepy, pijany i biedny. Taki koniec poprzedziło wiele trosk – zdrowotnych, finansowych, rodzinnych. Problemy z chorobą córki, własnym zdrowiem (postępująca choroba oczu), żoną, o którą był chorobliwie zazdrosny i nie szczędził jej przypomnień o tym, brakiem pieniędzy – to wszystko złożyło się na formę „Trenu”. Ale od początku.
Skończywszy „Ulissesa” – ponad tysiącstronicowego potwora – Joyce był tak wycieńczony, że przez okrągły rok nie napisał ani zdania. Dopiero w marcu 1923 udało mu się spłodzić dwie strony, a potem kilka szkiców, które stały się podłożem nowej powieści. Pracował różnymi technikami, z czego jedną było notowanie niemal każdego wypowiedzianego słowa a potem wkładanie go w tekst. Taki zabieg – jak nietrudno się domyślić – bardzo utrudnił odbiór.
„Finnegans Wake” znane było wtedy jako „Work in Progress” i wydawane w odcinkach, jak większość powieści w tamtych czasach. Przez swoje skomplikowanie i wysoki poziom wymagań stawianych czytelnikom przez autora, tekst otrzymywał bardzo negatywne recenzje. Doszło do tego, że nie chciano publikować gotowych fragmentów.
W dziesięć lat przed premierą – w 1929 – opublikowany został zbiór esejów i listów dotyczących właśnie najnowszego dzieła Joyce’a. Znaleźli się tam artyści, którzy Irlandczyka znali osobiście i rozwój prac śledzili na bieżąco, z Samuelem Beckettem na czele.
Pisać było coraz trudniej, w pewnym momencie Irlandczyk poprosił swojego znajomego, poetę Jamesa Stephensa, by ten, w przypadku gdy pisarz uzna, że nie będzie w stanie skończyć pisania, dokończył za niego. Mimo złego stanu zdrowia – psychicznego i fizycznego – udało się Joyce’owi samodzielnie dobrnąć do końca. Chociaż i to nie było łatwe – jak pierwsza i trzecia księga przyszły podczas, można powiedzieć, burzy, tak prace nad dwiema pozostałymi spotkały się z prawdziwym kataklizmem. Wspomniana choroba córki (Carl Jung, lekarz dziewczyny, po przeczytaniu „Ulissesa” uznał, że należy leczyć bardziej Jamesa, niż ją), śmierć ojca, wrzody i uciekający przez coraz mniej wyraźne palce wzrok wydłużyły proces twórczy do dziesięciu lat.
Wydanie książki nie było takim wydarzeniem, jak poprzednia premiera. „Finnegans Wake” nie spotkało się z publicznym paleniem czy oskarżeniami o pornografię i demoralizację. Pewnie dlatego, że masa czytelników nie przebrnęła przez przedstawioną treść. Praktycznie od daty wydania książka nazywana jest taką nie do przeczytania.
Podejść do tłumaczenia było wiele. Udało się zaledwie kilku osobom. Najpopularniejszy jest przekład holenderski, który idzie niemal słowo w słowo z oryginałem. Ale i Polacy nie pozostawali w tyle. Pierwszy pracę nad „Finneganami” zaczął Maciej Słomczyński. Udało mu się ukończyć i opublikować przekład epizodu „Anna Livia Plurabelle”, który bardziej chyba intrygował oprawą graficzną, niż treścią, która była dla wielu niczym więcej niż zagadką i ciekawostką.
Kolejnym na ringu był Tomasz Mirkowicz. W „Literaturze na świecie” (8/82). Udało mu się ukończyć pierwsze sześć akapitów, do których objaśnienia zawarł obok. Osobiście uważam, że praca Bartnickiego jest lepsza, po prostu lepiej mi się ją przyswaja. Nie podejmuję się jednak stwierdzać, która jest „wyżej” w kwestii językowej czy zgodności z oryginałem.
Ostatnim i tym, któremu się udało, okazał się być właśnie Bartnicki. Chociaż, kiedy dowiedziałem się, w 2010 roku, że jest i przeczytałem w „Literaturze na świecie” (7-8/2004), że tłumaczenie powstaje, byłem jednocześnie mile zaskoczony ale i lekko sceptyczny. Niepotrzebnie, na szczęście.
„Finneganów tren” ukazał się 29 lutego 2012 roku dzięki korporacji ha!art, w serii „Liberatura”. Książka – co ważne – została wydana w oprawie przypominającej jak najdokładniej oryginał, czyli taka sama okładka, kolory, typografia. Liczba stron treści – naturalnie 628. Do tego, od wydawców serii i samego autora, jeden krótki artykuł o samym tłumaczeniu i… krótka próba interpretacji i destylacji treści.
A sam tekst? .
Ile znasz języków? Prócz swojego, rodzimego polskiego. Jeden, angielski? Dwa? Niemiecki, francuski? Więcej? Pierwsze strony „Finneganów trenu” w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego to zweryfikują.
Książka zaczyna się urwanym zdaniem. Jak można przeczytać, domyślić się albo dojść samodzielnie, jest to koniec fragmentu zaczętego 617 stron później – czyli na końcu. Znaczy to – poparte przez słowo „recyrkulacja” zawarte już w trzeciej linijce, że powieść działa na zasadzie nieskończonego dzieła. Jest to odniesienie do filozofii Giambattisty Vico („commodius vicus”). Włoch twierdził, że czas nie jest linearny – dzieląc się na trzy mniejsze fragmenty – zatacza koło.
Kolejne stronice przedstawiają luźny i zamglony świat. Gdzieś tam możemy dostrzec sylwetki ludzi, tego, co się z nimi dzieje i co robią oni sami.
Według Krzysztofa Bartnickiego fabuła książki nie jest zajmująca. Ba, miejscami jest nudna. Podobnego zdania był jeden z czołowych badaczy Joyce’a – Fritz Senn. Ten jednak niedowierzał własnej intuicji i pracy – mówił bowiem, że nie wyobraża sobie, by „Finnegans Wake” było tak trywialne.
Sam zainteresowany na temat fabuły wielu wypowiedzi nie wysnuł, zaznaczył mimo to, że każdy może napisać prostą historię w prosty sposób. Wystarczy trzymać się określonych wytycznych. Dlatego właśnie nowa forma.
Jak wiadomo, powieść ta ma wiele interpretacji. Jedna, tłumacza „Ulissesa” – Macieja Słomczyńskiego – mówi, że to parodia „Księgi umarłych”. Inna, ta popierana niejako przez obecnego translatora, że to opis nocy z życia człowieka. I całkiem możliwe, wszak poprzedzająca pozycja była właśnie skrupulatnym opisem dnia codziennego. Dlaczego tu nie może być odwrotnie? Sam Joyce zapowiedział, że to jest rekonstrukcja życia nocy.
Najsilniejszym głosem opowiadającym się za tą teorią jest właśnie styl. Słowa padające tutaj nie są ostre ani dźwięczne, są wymamrotane, przepuszczone przez zepsuty głośnik, nadkruszone i zagłuszone, najczęściej przez nas samych. A to przez złe przeczytanie danej frazy, za szybkie bądź za wolne przebiegnięcie się po zdaniu czy pominiecie (albo właśnie skrupulatne niepomijanie) literki. Wszystkie takie zabiegi sprawiają, że – w zależności do tego, jak przeczytamy – dowiemy się określonej ilości rzeczy. W snach wszystko jest niewyraźne, właśnie zagłuszone, zniekształcone. Po przebudzeniu pamiętamy niektóre wątki, postacie, ale rzadko kiedy możemy ich zacytować, praktycznie nigdy nie powtórzymy słowo w słowo wypowiedzi, która tam się objawia.
Zakładając, że to sen, wartość akcji i waga fabuły jako takiej drastycznie spada. W snach przecież mało kiedy przeżywa się coś wyjątkowego. Przeważnie zdarzenia nam zaprezentowane przez naszą podświadomość nie są wydumane, ale na swój sposób niezwykłe. Warto się zastanowić, ile snów tak naprawdę jest dziwnych i skomplikowanych, a ile sami tak klasyfikujemy przez niemożliwość poskładania ich w logiczny ciąg.
„Finneganów tren” nie jest książką łatwą. Nie jest też przyjemna, co wychodzi od pierwszego stwierdzenia. Jest wymagająca i zmuszająca do wysiłku – nierzadko fizycznego, najlepiej czytać ją na głos. Dla kogo jest? Mówi się, że nie dla każdego. Ja tak nie uważam.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Grób mojej siostry

TRZYMAJĄCY W NAPIĘCIU THRILLER PEŁEN PUŁAPEK I NAGŁYCH ZWROTÓW AKCJI. nieprawda, nieprawda, nieprawda niesłychanie nudny, ciągnący się, zalatujący d...

zgłoś błąd zgłoś błąd