Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Ja, potępiona

Cykl: Wiktoria Biankowska (tom 3)
Wydawnictwo: W.A.B.
7,68 (2842 ocen i 336 opinii) Zobacz oceny
10
559
9
391
8
630
7
650
6
344
5
143
4
39
3
49
2
22
1
15
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
978-83-7747-732-8
język
polski
dodała
Arnika

Wiktoria Biankowska, była diablica i niedoszła anielica po raz trzeci wpada w kłopoty. Przypadkowo trafia do Tartaru, tuż po ujrzeniu białego krzyżyka na chodniku i ciężarówki z mrożonkami. A właśnie zaczęło jej się układać. Pokochała diabła Beletha, wyzbyła się boskich mocy, a jej przeciwnik Moroni został zamknięty w anielskim więzieniu. Ponadto diabeł Azazel nie planował niczego złego,...

Wiktoria Biankowska, była diablica i niedoszła anielica po raz trzeci wpada w kłopoty. Przypadkowo trafia do Tartaru, tuż po ujrzeniu białego krzyżyka na chodniku i ciężarówki z mrożonkami. A właśnie zaczęło jej się układać. Pokochała diabła Beletha, wyzbyła się boskich mocy, a jej przeciwnik Moroni został zamknięty w anielskim więzieniu. Ponadto diabeł Azazel nie planował niczego złego, zajęty romansem z królową Kleopatrą.

Czy teraz Wiktorii uda się wyjść z labiryntu i związać z Belethem?

Powieść bardzo dynamiczna, żadnych przestojów, ciągłe zwroty akcji, do tego mnóstwo humoru, szczypta komedii romantycznej, odrobina czarnej, trochę kryminału, duża doza piekła...

 

źródło opisu: Wydawnictwo W.A.B., 2012

źródło okładki: http://wab.com.pl/?ECProduct=1420&v=_

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 301
Kachuś0802 | 2012-10-12
Przeczytana: 11 października 2012

Po długich miesiącach oczekiwania na półki księgarń trafiła tak wytęskniona przez czytelników, trzecia i (miejmy nadzieję, choć to, niestety, nie jest pewne w obliczu takiego, a nie innego zakończenia) ostatnia część przygód naszej ukochanej superbohaterki Wiktorii autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk. Gdy „Ja, potępiona” znalazła się w końcu w moich rękach, pierwszą rzeczą, jaką odczułam, była osobliwa mieszanina niechęci i ulgi. Niechęci, bo co tu kryć, domyślałam się, czego powinnam się spodziewać, i ta wizja wcale nie napawała mnie optymizmem. Ulgi, gdyż wiedziałam, że już za parę dni i za kilkaset stron wypełnię swój irracjonalny, wewnętrzny nakaz kończenia wszystkiego, co zaczynam, nawet, kiedy nie sprawia mi to najmniejszej przyjemności. Poza tym, jeśli mam być szczera sama ze sobą, tliła się gdzieś we mnie nieśmiała nadzieja, że może jednak nie będzie tak źle, że przecież nawet Pani Miszczuk trudno byłoby stworzyć coś gorszego od poprzedniej części trylogii. Cóż… Pani Miszczuk udowodniła mi, że potrafi dokonać niemożliwego i kolejny raz przeszła samą siebie.

Lecz zacznijmy od początku. „Ja, potępiona” otwiera się melodramatyczną sceną, w której Piotruś opuszcza mieszkanie i, jak mogłoby się wydawać, życie Wiktorii. Dziewczyna dokonała wreszcie ostatecznego wyboru i pojęła, do kogo tak naprawdę należy jej serce. Niestety, wybranek głównej bohaterki, przystojny (a jakże) diabeł Beleth, zniknął i ona nie jest w stanie go odnaleźć. Nie zaprzątając sobie tym jednak głowy, bo przecież Beleth na pewno wkrótce się pojawi, Wiktoria wybiera się na wieczorny spacer przepełniona beztroskimi myślami. Gdyby tylko podejrzewała, co ją spotka w przeciągu najbliższych paru minut… Leżący na ziemi portfel, znak X i rozpędzona ciężarówka z mrożonkami to ostatnie rzeczy, jakie widziała w swej śmiertelnej egzystencji. Lepiej zapiąć pasy! Następny przystanek: Tartar.

Tak oto rozpoczęła się kolejna przygoda naszej drogiej Wiktorii, choć, jak sama dawała to do zrozumienia, ma już dość przygód, dość władców zaświatów przekrzykujących się o to, czyją powinna być pracownicą, dość nękanych problemami psychicznymi istot ogarniętych żądzą władzy nad światem i próbujących wykorzystać ją do swoich niecnych celów. Absolutnie ją popieram. Jakkolwiek może się wydawać to niemożliwe, „była diablica, niedoszła anielica” w swej trzeciej odsłonie jest jeszcze bardziej pusta, jeszcze silniej irytująca i jeszcze gorzej zbudowana niż kiedykolwiek wcześniej. Jej ciągłe, głębokie niczym woda w kałuży, rozmyślania dotyczące złego zachowania, rozterki uczuciowe względem Beletha i nieustanne zmiany zdania mogą doprowadzić do przewlekłej migreny. Zresztą jej ukochany nie jest wcale lepszy. W poprzednich dwóch powieściach również niesamowicie działał mi na nerwy swoją okazywaną na każdym kroku bezmyślnością, lecz przynajmniej był w tej bezmyślności konsekwentny. A teraz… Zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni bez żadnego (czytaj: wyraźnie uzasadnionego przez autorkę) powodu, w rzeczywistości stając się zupełnie kimś innym. Może mi ktoś wytłumaczyć tę coraz powszechniejszą modę na tworzenie zatwardziałych złych chłopców, którzy spotykają tę jedyną, zakochują się i, co tu dużo mówić, zupełnie tracą jaja? Bo ja nie jestem w stanie tego pojąć.

Co do reszty bohaterów… Czarny charakter w postaci księżnej Elżbiety Batory lubującej się w krwistych kąpielach ani mnie nie przekonał, ani, tym bardziej, nie przeraził. Piotruś, który ku mej rozpaczy, znowu musiał wcisnąć swoje trzy grosze w rozgrywające się wydarzenia, był tak samo denerwujący, jak zwykle. A może nawet bardziej? Lucyfer i Gabriel, mający nieco większe pole do popisu niż poprzednio, chwilami potrafili mnie rozbawić, lecz ten śmiech często był jedynie efektem wyboru pomiędzy rzuceniem książką o ścianę z frustracji a zwyczajnym wyśmianiem scen pełnych żenady. Tylko Azazel zdawał się być tym maleńkim, jasnym punkcikiem niosącym ze sobą odrobinę wytchnienia od nieustannego przewracania oczami i nasiąkniętych irytacją westchnięć. Byłam już wręcz bliska stwierdzenia, że jest jedyną MYŚLĄCĄ postacią w otoczeniu zgrai niestabilnych umysłowo papierowych ludzików. Niestety, ostatecznie nawet on zawiódł moje oczekiwania. I nigdy nie wybaczę autorce zrobienia z Achillesa, jednego z moich ulubionych greckich herosów, tępego osiłka. Nigdy. Pozostali przewijający się na kartach powieści bohaterowie – Adolf Hitler, Kuba Rozpruwacz, Neron, nawet Kleopatra – to tylko zlewająca się w jedną, bezbarwną całość masa, o której nie warto w ogóle wspominać.

Jednak nie tylko stworzone przez autorkę postacie pozostawiają wiele do życzenia. Cała akcja opiera się na powielanych wielokrotnie przez Panią Miszczuk schematach. Oczywiście dobry schemat nie jest zły. Są jednak warunki: musi być dobrze opisany i poprowadzony w przemyślany, umiejętny sposób. Gdy korzysta się ze wzorców, na których opierało się już wielu przed tobą, trzeba zrobić to tak, aby czytelnik w starej historii odnalazł coś nowego, świeżego. Coś, co go zaintryguje i zachęci do czytania. Tymczasem nie da się ukryć, że we wszystkich trzech książkach dzieje się praktycznie jedno i to samo: Wiktoria trafia do nowych zaświatów, po czym spotyka kogoś, kto chce przejąć władzę nad światem i zmusić ją do pomocy, co skutkuje jej ucieczką i próbami pokonania czarnego charakteru, które ostatecznie stawiają ją w glorii i chwale. Ileż można? Odgrzewany bez ustanku kotlet wcześniej czy później przestaje być zjadliwy. Poza tym czytając, można się doszukać wielu błędów logicznych, które mnie często wprawiały w niemiłą konsternację. Styl reprezentowany przez autorkę, jak nietrudno się było domyślić, wcale się nie poprawił od czasów powieści „Ja, anielica”. Język jest zupełnie przeciętny – ze świecą można się tam doszukiwać lirycznych opisów pełnych pięknych metafor czy inteligentnych dialogów. To, co w założeniu miało być pewnie dowcipne, mnie nierzadko wcale nie śmieszyło. Autorka najwidoczniej ma problem z wyczuciem granicy pomiędzy tym, co zabawne a tym, co żenujące. Zdecydowanie zbyt często tę granicę przekraczała.

Nie tylko „Ja, potępiona”, ale cała trylogia, to skarbnica niewykorzystanych, wręcz zaprzepaszczonych pomysłów, które ewidentnie przerosły autorkę. Na jej podstawie można by się uczyć, jak nie powinno pisać się książek. Bez wątpienia największym mankamentem wszystkich trzech powieści są pozbawieni jakiejkolwiek autentyczności i wyrazistości, płytcy, wyjątkowo źle zbudowani, prowadzeni bez najmniejszej konsekwencji bohaterowie. W tej dziedzinie Pani Miszczuk osiągnęła prawdziwie mistrzostwo. A gdy dodać do tego maksymalnie naciągane wydarzenia, kompletny brak oryginalności i boleśnie słabą narrację poprowadzoną w pierwszej osobie… To wszystko i wiele więcej (a wymieniać mogłabym długo, lecz wtedy ta recenzja zamieniłaby się w esej) obnażyło nikłe zdolności pisarskie autorki notorycznie uprawiającej zwyczajną, pospolitą grafomanię. Jak to moja kochana siostra słusznie zauważyła, nie wystarczy sklecić paru zdań, które później cudem ktoś wyda, by móc nazywać się pisarzem. Przypadek Katarzyny Bereniki Miszczuk i jej trylogii bezsprzecznie to potwierdza.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Zakon Mimów

https://kacikmilosnikowksiazek.wordpress.com/2017/12/10/zakon-mimow/ Po tragicznej w skutkach ucieczce z kolonii karnej, Page Mahoney staje się...

zgłoś błąd zgłoś błąd