Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Zgłosuj na książki roku 2017

Dziedzictwo. Tom I

Tłumaczenie: Paulina Braiter
Cykl: Dziedzictwo (tom 4.1)
Wydawnictwo: Mag
7,2 (5696 ocen i 230 opinii) Zobacz oceny
10
670
9
616
8
1 071
7
1 523
6
1 065
5
438
4
143
3
99
2
45
1
26
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Inheritance
data wydania
ISBN
9788374802284
liczba stron
448
język
polski
dodała
irbis18

Jeszcze niedawno Eragon Cieniobójca, Smoczy Jeździec, był zaledwie biednym wieśniakiem, a jego smoczyca Saphira jedynie błękitnym kamieniem w lesie. Teraz to od nich zależy los całej cywilizacji. Długie miesiące nauki i walki przyniosły zwycięstwa i nadzieję, ale też rozpacz i niepowetowane straty. A najważniejszą bitwę wciąż mają przed sobą: muszą zmierzyć się z Galbatorixem. Zanim do tego...

Jeszcze niedawno Eragon Cieniobójca, Smoczy Jeździec, był zaledwie biednym wieśniakiem, a jego smoczyca Saphira jedynie błękitnym kamieniem w lesie. Teraz to od nich zależy los całej cywilizacji. Długie miesiące nauki i walki przyniosły zwycięstwa i nadzieję, ale też rozpacz i niepowetowane straty.
A najważniejszą bitwę wciąż mają przed sobą: muszą zmierzyć się z Galbatorixem. Zanim do tego dojdzie, będą musieli stać się dość silni, by móc go pokonać, bo jeśli im się nie uda, nikt tego nie dokona. Drugiej szansy nie będzie.
Jeździec i jego smoczyca osiągnęli więcej, niż ktokolwiek śmiał marzyć. Jednakże, czy zdołają obalić złego króla i przywrócić Alagaësii pokój i sprawiedliwość? A jeśli tak, to za jaką cenę?
Oto z dawna oczekiwane, zaskakujące zakończenie światowego bestsellera, cyklu „Dziedzictwo”.

 

źródło opisu: Wydawnictwo Mag, 2011

źródło okładki: http://www.mag.com.pl/ksiazka/25

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 702
E1000000 | 2012-01-08
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 05 stycznia 2012

Ładnych parę lat temu głośno zrobiło się o niejakim Christopherze Paolinim. Stało się tak za sprawą napisanej przez wyżej wymienionego książki, będącej pierwszym tomem Trylogii Dziedzictwo. Zaledwie osiemnastoletni wówczas autor miał ponoć koncepcję i dokładny plan na napisanie trzytomowego cyklu . Jak okazało się jednak 9. listopada 2011 roku – Dziedzictwo trylogią nie jest i nigdy nie będzie, gdyż Paolini TAK się rozpisał, że z trzech tomów ostatecznie zrobiły się cztery, w tym jeden podwójny. Pytanie nasuwa się jedno: po co to komu?
Będąc już niemal u kresu historii o Eragonie i jego smoczycy, którą Paolini snuje już przez aż cztery tomy i którą zamierza nas zadręczać przez kolejny, odnoszę wrażenie, że autor jednak nie do końca miał pomysł na swoje dzieło. Wygląda to tak, jakby nastolatek za wszelką cenę chciał udowodnić, że potrafi napisać coś, co będą czytały miliony ludzi na całym świecie. Ponownie, nasuwa mi się pytanie: po co? Po co kolejna opowieść o sierocie, która ma ratować świat niemal w pojedynkę? Po co kolejna historia o przymierzu elfów, krasnoludów i rasy ludzkiej? Po co znów pisać o królu-tyranie, uciskającym rzesze ludności która, a jakże, nie zgadza się na taki stan rzeczy i usilnie stara się przeprowadzić zryw niepodległościowy?
Pytania te zadałam sobie po raz pierwszy po przeczytaniu Eragona. Przez długie lata żywiłam nadzieję, że znajdę odpowiedź na nie w kolejnych tomach, jednak na próżno. Wydaje się, że cała koncepcja autora (o ile w ogóle takowa była), runęła już na samym początku tworzenia serii. Nie dość, że opowieść rozrosła się niemiłosiernie, to po czwartym tomie zakończenie wydaje się być równie odległe, jak na początku pierwszego. A to tylko jedna z wielu wad Dziedzictwa.
Zacznę więc może od kreacji postaci głównego bohatera. Paolini posłużył się w dziele swojego życia wyświechtanym schematem – biedny chłopiec poprzez działania „tych złych” traci rodzinę i pragnie zemsty. Przepraszam, nie chciałabym być nieścisła w swoim osądzie. Autor wprowadził jednak pewną innowację, to trzeba mu przyznać – na kartach trylogii dowiadujemy się, że jego ojcem był tak naprawdę jego idol i mentor, który jednak został zabity, zanim Eragon dowiedział się o swoim pochodzeniu. Jakże to wszystko zaskakujące i ujmujące. Oczywiście, w odpowiednim czasie dowiaduje się, że jego rola w dziejach krainy ma być znacznie większa i zostaje wplątany w różnego rodzaju zawirowania. Znajome, nieprawdaż? W Dziedzictwie ten biedny, zabłąkany nastolatek, pałający beznadziejną miłością do elfki Aryi, nagle zmienia się w pewnego siebie i zuchwałego obrońcę wojsk sprzymierzonych ludów Alagaësii. Do tej pory nie mogę pojąć, z jakiego powodu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której lud, w obliczu wojny i zagłady, wybiera na przywódcę niedoświadczonego młodzika, którego jedynymi zaletami jest posiadanie śmiercionośnej broni w postaci smoczycy Saphiry i magicznego miecza. Być może Paolini chce w ten sposób podkreślić zasługi Eragona, o których dowiemy się dopiero po przeczytaniu ostatniego tomu?
Z drugiej strony, główny bohater cały czas jest niepewny swoich umiejętności. I jak to pogodzić? Raz czytamy, że wie, że da sobie radę z dowodzeniem wojskami Vardenów, a kiedy indziej znowu, że nie wie, w jaki sposób mógłby wygrać z królem Galbatorixem. Odnoszę wrażenie, że lepiej by było dla autora, gdyby wybrał jedną konkretną linię – albo Eragon jako dzielny wojownik, albo jako zabłąkana sierotka, stojąca w drugim rzędzie. Co więcej, choćby nawet ktoś bardzo tego chciał, obwieszczenie tytułowego bohatera postacią szlachetną nie może mieć miejsca. Eragonem nie kierują bowiem żadne szczytne cele – chce się tylko zemścić na kimś, kto pozbawił go rodziny. Obalenie Smoczych Jeźdźców i ucisk Galbatorixa bezpośrednio go nie dotyczył, dopóki nie został zamordowany jego wuj. To właśnie chęć zemsty spowodowała, że Eragon dołączył się do Vardenów. W Dziedzictwie również cały czas wyczuwalna jest nienawiść głównego bohatera do przeciwników. Ponadto, Eragon nie do końca potrafi panować nad własnymi emocjami. Nie dostrzega swoich wad, chce wszystko mieć natychmiast. Podczas nauki walki i obrony brak mu najważniejszej cechy potrzebnej do tego, aby przyswoić sobie tę wiedzę – pokory. Targa nim złość, gdy nie jest w stanie pokonać Aryi. Nie ma szacunku do lat doświadczenia, jakimi przewyższa go elfka. Pozornie traktuje z należytą czcią smoka Glaedra, jednak podczas rozmów cała maska znika – widać wyraźnie, że Eragon nie potrafi uszanować mądrości istot starszych od niego.
Reszta postaci jest równie płaska, co główny bohater. Oprócz Murtagha, o którym będę pisać dalej, brak jest bohaterów skomplikowanych, niejednoznacznych. Wszystko w Dziedzictwie jest czarno-białe. Czytelnik doskonale wie, kto przyłączy się do Vardenów, a kto stanie przeciwko nim. Z tym związana jest także niesamowita przewidywalność fabuły. Ponadto, u Paoliniego wszystko wydaje się możliwe, nawet zdobycie twierdzy przez grupkę ludzi pod wodzą Rorana, kuzyna Eragona, niemającego niemal żadnego doświadczenia wojskowego.
Mniej więcej na co drugiej stronie powieści czytamy, jak okropnym tyranem jest Galbatorix. Paolini jednak nie wykorzystał potencjału, jaki niosła za sobą ta postać. Król jest papierowy – w całym tomie Dziedzictwa nie pojawia się osobiście ani razu, jest tylko wspominany w wypowiedziach bohaterów lub narratora. Przez to czytelnik nie może się przekonać o jego okrucieństwie. Owszem, takie sytuacje miały już wcześniej miejsce, i to w klasyce literatury fantasy. Przytoczę choćby pierwszy tom Władcy Pierścieni, gdzie o Sauronie się tylko wspomina. Tolkien potrafił jednak nadbudować nad postacią władcy odpowiednią otoczkę grozy, którą czytelnik z łatwością wyczuwał. Tej umiejętności niewątpliwie brakuje autorowi Dziedzictwa, przez co postać Galbatorixa wydaje się groteskowa i śmieszna. Brak w powieści opisu skutków działań sił wrogim Vardenom, jeśli nie liczyć nocnego ataku na obóz sprzymierzeńców Eragona. Nawet to jednak zostało przedstawione w sposób pobieżny, relacja ograniczyła się do krótkiej wzmianki o skali zniszczeń i zabitych żołnierzach. Paolini aspiruje do bycia szanowanym twórcą literatury fantasy, jednak brakuje mu co do tego jednej konkretnej cechy – pisząc historię w tonie „magii i miecza” nie można upraszczać opisów batalistycznych. Ma być groźnie, strasznie, tajemniczo i krwawo, amen.
W opozycji do tych wszystkich, powiedzmy szczerze, średnio udanych postaci, stoi jedna, moim zdaniem rozpisana idealnie. Chodzi tu mianowicie o Murtagha. Niestety, w Dziedzictwie pojawia się bardzo rzadko. Gdy jednak już jest obecny, nie przechodzi bez śladu – pozostawia za sobą zniszczone budynki i zgliszcza. Murtagh, będący przyrodnim bratem Eragona, w przeszłości podjął decyzję, która, patrząc z perspektywy czytelnika, jest bardzo zastanawiająca. Dlaczego poparł on Galbatorixa? Dlaczego zdecydował się stawić czoła bratu? To właśnie tajemniczość i niemożność odpowiedzi na te pytania sprawia, że postać Murtagha jest niejednoznaczna i zarazem niezwykle interesująca. Osobiście, od pierwszego tomu nie mogę się doczekać wytłumaczenia pobudek nim kierujących.
Trochę lepiej, niż w poprzednich tomach, jest w Dziedzictwie rozplanowana akcja. Wszystkie wydarzenia są ułożone w logicznym ciągu przyczynowo-skutkowym, czego brak był wyraźną wadą poprzednich części. Więcej jest również scen walki. Chociaż, jak już pisałam wcześniej, nie są one na najlepszym poziomie, to i tak ich obecność można zaliczyć na plus. Niektóre fragmenty akcji, które serwuje nam Paolini, są wręcz zaskakująco dobrze przemyślane i napisane. Jednym z nich jest m.in. epizod w świątyni Helgrindu. Ten moment, maleńka cząstka zaledwie powieści, trzymała mnie w takim napięciu, jakiego już od dawna nie odczuwałam przy czytaniu książki. Ba, jestem wręcz zdumiona tym, jak to możliwe, że w tak grzecznej powieści, jaką jest zarówno Dziedzictwo, jak i inne części serii, znalazło się miejsce na opis obrzydliwych praktyk kapłanów Helgrindu. Nareszcie doczekałam się tej odrobiny krwi, której tak mi brakowało wcześniej. Przykro mi to stwierdzić, ale jednak pomimo tego jednego momentu, książka Paoliniego jest wręcz nudna. Być może bierze się to z owej grzeczności, z dychotomicznego podziału całego świata, który przez to staje się przewidywalny, a co za tym idzie – niezwykle irytujący.
In plus można zaliczyć zauważalną w Dziedzictwie poprawę języka i stylu, jakim posługuje się autor. Co prawda, znalazłoby się kilka nietrafionych porównań czy metafor, zarzucić też można zbyt duże wykorzystywanie kultu smoków do wszelkich zabiegów nazywających magiczne przedmioty czy procesy. Uważam, że ten ostatni fakt można Paoliniemu wybaczyć z racji właściwości świata przedstawionego, jakie posiada jego utwór. Nie można zapominać, że to właśnie uwielbienie dla smoków rządzi Alagaësią. Niestety, nadal kulawe są próby tworzenia przez autora odrębnych języków – czy to pradawnej mowy, czy też języka krasnoludzkiego. Miałam nadzieję, że podczas pisania wszystkich tomów serii Paolini wpadnie jednak na pomysł, jak usystematyzować owe języki. Próżne to były marzenia. W Dziedzictwie nadal pod tym względem wszystko pozostało takie samo – nic tu nie trzyma się kupy, brak żadnych zasad stosowania słów i układania ich w zdania. Toporne są nazwy nadawane miejscom i postaciom. Nijak nie idzie tego wymówić, boleśnie odczuwam brak melodyjnego brzmienia imion elfów, które tak pięknie wybrzmiewało w mojej głowie podczas lektury dzieł Tolkiena. Miernie wypadają również próby zmiany perspektywy narracji. Ponownie, widać w powieści potencjał autora, jego oryginalne pomysły, lecz ich wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Wszystko wydaje się nieprzemyślane i niedokończone.
Podsumowując, po Dziedzictwo sięgnęłam z racji tego, że nic innego nie miałam pod ręką i właśnie do roli „zapychacza czasu” książka ta sprawdza się najlepiej. Zawiodą się ci, którzy szukają w niej wartkiej akcji, zawiłej fabuły i wielkich, epickich bitew. W mojej opinii, aspiracje Paoliniego do pisania klasycznego fantasy nie mają podstaw. Albo się zdaje sprawę ze swoich przeciętnych umiejętności i pisze książki takie, jak Pilipiuk (czyli z przymrużeniem oka), albo wychodzą twory takie, jak Dziedzictwo właśnie – nudne, rozwlekłe i nieekscytujące. Sytuacji nie ratuje nawet postać sympatycznej smoczycy Saphiry i przeurocze imię kotołaka zielarki. Nie sposób pisać o Dziedzictwie nie uwzględniając poprzednich tomów cyklu, dlatego też należy mieć nadzieję, że styl Paoliniego będzie się dalej rozwijał. Szczerze jednak wątpię w to, by jakakolwiek jego książka powtórzyła sukces Eragona, który w dużej mierze był spowodowany medialnym szumem wokół niego. Z drugiej strony, historia Smoczego Jeźdźca jeszcze się nie skończyła, a mając w pamięci ostatnie pomysły autora, nie można wykluczyć ewentualności powstania kolejnych tomów ;) Wszak z okładki mruga do nas zielony smok, który do tej pory nie pojawił się na kartach powieści. Kto wie, kiedy szanowny Christopher Paolini raczy go przedstawić czytelnikom?

Emilia Zaręba

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Zaginięcie

Kolejna książka z cyklu z Joanna Chyłką. Jeżeli nie czytałeś „KASACJI”, nie ma powodów do zmartwienia, możesz sięgnąć po kolejną książkę Remigiusza Mr...

zgłoś błąd zgłoś błąd