Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Opiekunowie

Tłumaczenie: Mirosław Kościuk
Wydawnictwo: Amber
7,31 (469 ocen i 40 opinii) Zobacz oceny
10
30
9
84
8
80
7
167
6
47
5
46
4
6
3
8
2
1
1
0
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Watchers
data wydania
ISBN
83-7082-300-9
liczba stron
448
słowa kluczowe
eksperymenty genetyczne
język
polski
dodał
pharmaki

Inne wydania

Z tajnego laboratorium Pentagonu uciekają otrzymane na drodze eksperymentów genetycznych dwie istoty: obdarzony niemal ludzką inteligencją pies oraz koszmarna bestia stworzona po to, by zabijać. Pies zaprzyjaźnia się z człowiekiem i zamieszkuje w jego domu. Psychopatyczny zawodowy morderca zabija wszystkich uczonych związanych z hodowlą zbiegłych istot. Bestia, trawiona niepohamowaną...

Z tajnego laboratorium Pentagonu uciekają otrzymane na drodze eksperymentów genetycznych dwie istoty: obdarzony niemal ludzką inteligencją pies oraz koszmarna bestia stworzona po to, by zabijać.

Pies zaprzyjaźnia się z człowiekiem i zamieszkuje w jego domu.

Psychopatyczny zawodowy morderca zabija wszystkich uczonych związanych z hodowlą zbiegłych istot.

Bestia, trawiona niepohamowaną nienawiścią do psa, podąża jego śladem, siejąc po drodze śmierć i zniszczenie.

 

źródło opisu: obwoluta

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 292
Barcki | 2012-10-29
Na półkach: Przeczytane

Z jednej strony bardzo dobra powieść, z drugiej – zmarnowany potencjał. Czemu zmarnowany? Bo zabrakło insuliny. „Opiekunowie” to książka, jak na – było nie było – horror (czy thriller, jak kto woli) tak przesłodzona, że cukier aż się z niej wysypuje. Pomysł na fabułę genialny i można by go przekuć na naprawdę mroczną historię, tylko co z tego, skoro Koontz wolał poświęcić go na powiastkę dla całej rodziny. Fakt, ma swoje, nie zawsze lekkie dla ducha momenty, ale gros treści powieści (ach te rymy częstochowskie) to babranie się w perypetiach rodziny doskonałej z psem w roli dziecka. Travis i Nora są tak moralnie doskonali, tak słodcy i niewinni, że nic tylko ich kanonizować. Ten pierwszy to typowy twardziel z żelaznym bicepsem i sercem gołębia, jego połowica zaś to seksowna, acz skromna damulka czystego sumienia i duszy. Połączył ich szczególny pies i teraz nic im w głowie, tylko się kiziać, miziać i cieszyć miłością wzajemną i przyszłością wspólną. Dla psa są gotowi zrobić wszystko – nawet rzucić w diabły swój dobytek i ukrywać się przed służbami federalnymi. Niby niczym konkretnym się na co dzień nie zajmują, roboty żadnej nie mają, ale stać ich na kręcenie się po całym kraju, wynajmowanie domów, kupowanie broni i prezentów pod choinkę. Ach ci Amerykanie, szczęściarze z nich – nawet jak są na bezrobociu, to z poprzedniej roboty i spadków po ciotkach są w stanie odłożyć sobie tyle, żeby rok lub dwa przebimbać bezczynnie i jeszcze sobie karabinów nakupować.
Wiem, cyniczny jestem do bólu, ale zupełnie nie trawię w literaturze (filmie zresztą też) takiego skrajnego podejścia na zasadzie „czerni i bieli”. Niestety, powieść Koontza operuje tylko tymi barwami. Jeszcze pal licho, gdy te elementy są ze sobą w stabilnej równowadze – tutaj „światło” praktycznie na każdym kroku wypiera „mrok”. Źli umierają w męczarniach, Dobrzy też się trochę męczą, ale i tak w końcu otrzymują zarezerwowany dla siebie promyk szczęścia i radości. W (prawie) każdej postaci tej powieści drzemie ziarenko refleksji, z którego z czasem musi wykiełkować czysta, niczym nieskalana dobroć. Książka Koontza powinna wręcz zostać w szkołach lekturą obowiązkową, przerabianą na lekcjach religii, tyle tutaj dowodów na to, że dobro zawsze triumfuje, a zło zostaje pognębione, a czasami nawet dąży do moralnej rehabilitacji. Nawet polujący na psa i wszystko dookoła potwór okazuje się sierotką marysią, podatną na wewnętrzne zmiękczenie. Jedyną postacią, która przypomina czytelnikowi, że życie to nie bajka, jest Vince Nasco – jest on dla historii zawartej w „Opiekunach” tym, czym Szatan dla Biblii. Wcale bym się nie obraził, gdyby Koontz poświęcił mu odrębną książkę, bo to nad wyraz barwna i charakterystyczna postać. Od początku liczyłem że pierwsze skrzypce zła wszelakiego zagra ścigający Eintsteina Obcy, okazało się jednak, że bezapelacyjnie miano wroga publicznego numer 1 przypada panu Nasco. I dzięki niech będą bogom, bo bez tej postaci „Opiekunom” byłoby jeszcze bliżej do „Przeminęło z wiatrem”.
Dobra, ponarzekałem sobie i to nie mało – i pomimo tych narzekań, rozczarowań i pretensji pod adresem autora, nadal zdania jestem, że „Opiekunowie” to bardzo dobra powieść. Jeno ździebko dezorientująca – bo niby sięgnąłem po horror/thriller, sam pomysł mnie urzekł, liczyłem na obezwładniający psychikę mrok i podskakiwanie z nerwów w fotelu, a dostałem powieść familijną z delikatnym dreszczykiem. Gdyby na identyczny pomysł na książkę wpadł chociażby taki King, Barker czy Lindqvist mógłby z tego wyjść horror pełną gębą, ciężki, brutalny i mroczny. Niestety, pomysł był Koontza a ten, miast wykorzystać go w należyty sposób, pogrążył go pod warstwą lukru na trzy palce. Wyszło bardzo dobrze, ale w rękach innego mistrza makabry, mogłoby wyjść genialnie.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Samotność Portugalczyka

Świetna książka - mocno polecam. Od roku bardzo coraz bliżej poznaję Portugalię, jej mieszkańców, historię i język. Książka Klementowskiej bardzo mocn...

zgłoś błąd zgłoś błąd