Konkursy LubimyCzytać.pl
Oficjalna grupa serwisu LubimyCzytać.pl. W grupie tej przeprowadzamy rozmaite książkowe konkursy z bardzo ciekawymi nagrodami. Aby uczestniczyć w konkursach LubimyCzytać.pl trzeba być zapisanym do tej grupy.
861451 czytelników
1923 dyskusji
120308 wypowiedziPokaż ostatnią
[Zakończony] [Zakończony] Praprzodek - wygraj książkę "Saga. Czyli filiżanka, której nie ma".

Praprzodek - wygraj książkę "Saga. Czyli filiżanka, której nie ma".

"Saga czyli filiżanka, której nie ma" to niezwykły portret rodziny i niejednokrotnie zabawna opowieść, w której obraz dawnej wielonarodowej Polski ukazuje się przed oczami czytelnika i na moment odżywa. Harasimowicz zagląda do pamiętników dziadka i zapisków matki. Czerpie z rodzinnych anegdot, poznaje gorące romanse, a dzięki wycinkom z ówczesnej prasy przywołuje świat, w którym równolegle toczy się wielka historia i życie zwykłych ludzi.


Cezary Harasimowicz spisał rodzinną historię. Zebrał wspomnienia przodków i wydobył na kartach książki zapomnianą rzeczywistość. Autor nie zdecydował się na dalekie historyczne podróże, opisuje członków rodziny, których sam pamięta. Podzielcie się swoim wspomnieniem, w którym pojawi się najstarsza osoba z Waszej rodziny. Czy mieliście okazję poznać swoich pradziadków?


Czekamy na teksty o długości nieprzekraczającej 1500 znaków ze spacjami.


Nagrody

Autorzy pięciu najciekawszych tekstów otrzymają egzemplarz książki.

Saga, czyli filiżanka, której nie ma - Jacek Skowroński

Saga, czyli filiżanka, której nie ma

Autor: Cezary Harasimowicz

To coś, co każdy z nas chciałby wreszcie zrobić. Usiąść i spisać rodzinną historię. Cezary Harasimowicz wybrał się w taką podróż. Zebrał wspomnienia przodków, obejrzał stare fotografie i wydobył na kartach książki zapomnianą rzeczywistość. "Saga czyli filiżanka, której nie ma" to niezwykły portret rodziny i niejednokrotnie zabawna opowieść, w której obraz dawnej wielonarodowej Polski ukazuje się przed oczami czytelnika i na moment odżywa. Harasimowicz zagląda do pamiętników dziadka i zapisków matki. Czerpie z rodzinnych anegdot, poznaje gorące romanse, a dzięki wycinkom z ówczesnej prasy przywołuje świat, w którym równolegle toczy się wielka historia i życie zwykłych ludzi.

Regulamin
  • Konkurs trwa od 8 stycznia do 15 stycznia włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
  • Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 1500 znaków ze spacjami.
  • Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
  • Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
  • Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo W.A.B.
  • Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
liczba postów na stronie: 
książek: 1955
LubimyCzytać
08-01-2018 12:14
Saga. Czyli filiżanka, której nie ma Saga. Czyli filiżanka, której nie ma
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 0
Edyta
08-01-2018 12:52
Moi pradziadkowie zmarli przed moimi urodzinami. Niemniej trochę o nich wiem od mojej babci. Napisałam o nich opowiadanie na które składają się fakty i moja wyobraźnia. To jego fragment:
Leokadia urodziła się na warszawskiej Pradze. Tu od wieków mieszkała jej rodzina i utrzymywała się z handlu. W 1920 roku wyszła za mąż za chłopaka z okolicy, który handlował tak jak jej rodzice na Targu Różyckiego – tam się poznali. Stanisław nie był jej pierwszym konkurentem. Wcześniej smolił do niej cholewki bogaty Pan. Jednak ona była i za taką się uważała prostą niepiśmienną dziewczyną i dlatego go nie chciała. Leokadia i Stanisław mieszkają w suterenie, przy ulicy Ząbkowskiej. Dziś jest 20 kwiecień 1921 rok. Gdy Leokadia wstała Stanisław wyszedł już z domu. Handluje, czym się da. Nie może się zdecydować, w czym ma się specjalizować. Wszyscy mówią, że to błąd gdyż się rozdrabnia, ma wielu dostawców i nie jest konkurencyjny. Jeszcze wczoraj wieczorem Stanisław zapowiedział, że dziś musi z nią koniecznie porozmawiać. Rozpalając na kuchni Leokadia zastanawia się, o co Stanisławowi chodziło. Leokadia gotuje zupę z tego, co ma w domu. Zerknęła do kredensu i popatrzyła na półmisek Kuzniecowa, który wniosła w posagu. Ten widok napełnił ją radością i spokojem. Wie, że ma rodzinę, na którą zawsze może liczyć. Później Leokadia bierze się za porządki. Myje okno. Musi to robić często – bo to suterena. Następnie na kolanach szoruje podłogę. Jest już południe. Stanisława jeszcze nie ma, a już powinien być. Targ o tej porze już się wyludnia. Idzie do sąsiadki – chce dowiedzieć się, co słychać na Pradze...
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 351
domekzkart
08-01-2018 14:11
Mnie aż do ubiegłego maja, czyli przez ponad 25 lat mojego życia towarzyszyła w życiu prababcia. Jedyna z grona "pradziadków" którą miałam okazję poznać, dożyła bardzo sędziwego wieku. Babcia Jula- tak się do niej wszyscy zwracaliśmy, była bardzo ciekawą osobą. Całe życie stoczyła w pojedynkę, jej mąż zaginął tuż po wojnie w podejrzanych okolicznościach. Mimo wszystko dzielnie kroczyła przez życie, wychowała sama gromadkę dzieci. Moje najmilsze wspomnienia z nią związane to przeróżne, ręcznie przez nią robione ozdoby choinkowe, niezastąpione i zupełnie niesamowite. I to, że dla wnuczek zawsze miała schowaną w szafce naleweczkę, ale tylko po troszeczkę "Bo nie wolno rozpijać młodzieży"- jej częste hasło :D
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 2
Ania
08-01-2018 16:13
Jako, że jestem z wykształcenia historykiem ( z pasji również) przy pisaniu pracy magisterskiej mogłam dogłębniej poznać historię mojej rodziny. Pradziadków nie znałam, ale mój ukochany dziadek zmarł zaledwie kilka lat temu ( 2010 rok). Zawsze był kochany, oddany nam wnukom, skory do poświeceń, pomagał wszystkim wokół, nauczył nas czym jest wiara i patriotyzm oraz by nie niszczyć niczego bez potrzeby, czasami opowiadał o przeszłości a żył w burzliwych dla Polski czasach. Urodził się w 1924 roku. Często opowiadał jak był przez Niemców wraz z ojcem i bratem ( i kilkoma innymi mieszkańcami mojej wsi) aresztowany i osadzony jako więźniowie na Zamku Lubelskim i po kilku miesiącach wywiezieni do Radawca na rozstrzelanie. Postawiono ich w rowach i strzelano do nich. Dziadkowi szczęście w nieszczęściu kula wyszła policzkiem i ocknął się po jakimś czasie. Docucił też ojca ( też dostał nie groźnie), brat i inni wywiezieni tej nocy byli martwi. Jakie to było straszne obudzić się pośród trupów nie mogę sobie wyobrazić. Wygrzebali się z tego rowu i zaczęli obaj iść. W oddali dostrzegli światełko. I tam podążyli. Przyjęła ich jakaś kobieta. Dała by się umyli i dziadek po przespaniu się w stodole wyruszył na piechotę około 80 km do domu by poinformować o wszystkim bliskich i aby ktoś pojechał po jego ojca ( był w gorszym stanie). Przeszedł taki kawał drogi nie dostrzeżony przez nikogo. To opowiadał często, ale dopiero przy pisaniu pracy w jego kwestionariuszu przeczytałam jak był przesłuchiwany ( Podejrzewali Niemcy o działalność w jakiejś organizacji. Mieli rację, ale tego im nigdy nie powiedział), a także jak wyglądała sytuacja na samym Zamku ( to przeczytałam w książce. Nie powiedział jednak nigdy i nie napisał szczegółów tego co było gdy się przebudził po rozstrzelaniu i to zabrał ze sobą do grobu. Do końca był radosny, ale te wydarzenia jednak odcisnęły na nim swoje piętno.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 352
Jędrek
08-01-2018 18:22
Jedyna z pokolenia dziadków rozmawia z moją mamą:
– A powiedzcie mi, mamo, gdzie bym tu najlepiej mogła z dzieckiem pójść? – zapytała Małgosia.
– A ustawże sobie wózek na podwórku, pod lipą. Tam mu ptaszki będą ćwierkały i trochę cienia będzie – poradziła teściowa.
Małgosia z pomocą Walerka zniosła wózek do sieni i wyjechała nim na podwórko, a potem wprost pod gałęzie rozłożystej lipy po lewej stronie. Wróciła do pokoju i wzięła książkę, a z sieni niewielki stołeczek. Usiadła obok wózka i zagłębiła się w lekturze.
– A co ty tam czytasz, kochana? – podeszła zainteresowana teściowa.
Małgosia pokazała okładkę i powiedziała:
– To poradnik doktora Jonschera, jak się dzieckiem opiekować.
– A na co ci to? Matka ci wszystkiego nie powiedziała?
– Mama umarła w trzydziestym piątym, przed wojną. Ale moja macocha Małgorzata wiele mnie nauczyła.
– No tak. Toż słyszałam o twojej mamie. Współczuję. No i co? Tej wiedzy ci nie wystarczy?
– Bo wie mama, teraz są nowe metody, specjaliści, a ja chcę, żeby dziecku było jak najlepiej .
– My tu, na wsi tak się nie certolimy z przychówkiem. Co trzeba zrobić przy dziecku, to od wieków wiadomo. A zaczniesz się certolić, to i czasu dużo zużyjesz, robotę przy gospodarstwie zaniedbasz i chuchro jakieś, nie daj Bóg, wychowasz. – Starsza pani miała już skrystalizowane poglądy.
– Ale ja wolę jakoś się zabezpieczyć. Ciągle tak wiele małych dzieci umiera – zasmuciła się Małgosia.
– I tak mniej niż drzewiej bywało. Ale ja tam nic ci nie mówię, zrobisz, jak uważasz.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 57
Mavia2033
08-01-2018 18:39
Nie zawsze barwne…
Najstarszą osobą z rodziny, którą znałam kiedyś była moja babcia ze strony mamy. Nie znałam żadnego z dziadków, ani drugiej babci. Ojciec mamy zmarł, gdy ona była malutkim dzieckiem. Dziadkowie ze strony ojca mieszkali za wschodnią granicą, nie było okazji ich poznać. Do wspomnień o tym, jak było została ta jedna babcia. Jak byłam mała, opowiadała historie, które szybko mi się znudziły. Dotyczyły babcinego świata – przedwojennej i biednej wsi. Realia zupełnie mi nieznane. Jakieś opowieści o darciu pierza, o wozie na dachu w prima aprilis… To nie dało się odnieść do niczego, co znałam. Kiedy podrosłam i zaczęłam zadawać inne pytania, babcia mnie zbywała. A ja już wtedy czułam, że babcia coś ukrywa, że są luki w jej życiu, co wynikało z nagłych wspomnień ciotek, z niezgadzającego się rachunku dat. Dzisiaj, dzięki mamie wiem, o czym nie chciała mówić. I miała rację, to były jej prywatne, czasem nie najpiękniejsze sprawy. Dzisiaj najstarszą osoba w rodzinie jest moja mama, która ma 91 lat. Jak to bywa w tym wieku, najlepiej pamięta to, co się działo w czasach jej młodości, niż kto ją wczoraj odwiedził. I chętnie opowiada. Wszystko. A ja nie wszystko chcę o jej życiu wiedzieć. Ona jednak wyrzuca z siebie swoje dziewczęce krzywdy, zawiedzione panieńskie oczekiwania i niespełnione kobiece marzenia.
Wspomnienia nie zawsze są warte uwieczniana, a nawet przywoływania. Nic z nimi nie zrobisz, a mogą zmienić sposób postrzegania nawet najbliższej osoby. Po co?
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 309
Gosia
08-01-2018 18:46
Gdy mój Dziadziuś miał 95 urodziny spotkaliśmy się całą, wielką wielopokoleniową rodziną na uroczystym obiedzie. Niektórych ciotek nie widziałam od lat, innych zupełnie nie pamiętałam. Przez kilka godzin przysiadałam się do każdego gościa i podpytywałam o nasze koligacje rodzinne. Każdy pamiętał innych przodków i inne daty. Wzięłam kartkę i zaczęłam notować imiona, nazwiska i daty. Było tego naprawdę dużo. Powstał w mojej głowie pomysł zrobienie drzewa genealogicznego. Po powrocie do domu zagrzebałam się na portalach internetowych pomagających odszukać rodowe korzenie. Robiłam wycieczki po cmentarzach i grzebałam w księgach parafialnych. Z wypiekami na twarzy łączyłam nazwiska panieńskie, daty ślubów, urodzeń, imiona ojców i dogrzebywałam się do kolejnych pokoleń. Dotarłam do roku 1835. Po wielu dniach pracy dokonałam niezwykłego odkrycia. Pradziadek mojej Babci miał siostry, bliźniaczki - Michalinę i Józefę. Józefa wyszła za mąż za Rocha i z tego związku urodziło się 6 dzieci. Była to połowa XIX w. i śmiertelność dzieci była ogromna, i niestety piątka z nich zmarła. Przeżył tylko jeden synek - Wincenty. Gdy dorósł, ożenił się i spłodziła syna Ignacego, a ten mojego Dziadka! Okazało się, że moja Babcia i Dziadek byli ze sobą spokrewnieni! Mieli wspólnych Pra-pra-dziadków!
Mój Dziadziuś zmarł w zeszłym roku, w wieku 97 lat. To dzięki niemu zainteresowałam się historią rodziny i powstało to niezwykłe drzewo naszej familii liczące ponad 330 osób.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 345
mariagrant
08-01-2018 20:08
Oj, był w mojej rodzinie praprzodek godzien wspomnienia. Mogłabym opowiadać wiele, choć jestem jedynie prawnuczką jej kuzyna. Ciocia całym swoim życiem dbała bowiem o więź. Splatała ją bezustannie, znała daty urodzin i kierunki studiów. Krążyła po rodzinie rozsypanej po Polsce i zostawała „nie na długo, tak na trzy tygodnie”.
Jak nikt inny umiała dziękować. I robiła to bez przerwy.
Zostanie zapamiętana. Za łóżko polowe na środku Łodzi, na którym jadła lody; rękę na temblaku i pokaźny okład lat na karku, które nie przeszkodziły jej brykać po skraju oczka wodnego. Za listy, które nigdy się nie zmieściły, bo zawsze było coś do dodania na marginesie.
Ze wszystkim zdążyła. Kochać kościoły i wierzyć w moc modlitwy; szanować mundur żołnierski i lekarski fartuch. Za wszystko przeprosić. I to najmniej trzy razy. O wszystko zapytać, bo wszystko ją obchodziło.
Nie skłamię, jeśli powiem, że o bliskość ciocia dba nadal. W dniu jej pogrzebu stałam w tłumie „dziesiątej wody po kisielu”, która czuła, że straciła ważnego członka rodziny. Po tym jak wygłosiłam słowa pożegnania, wciśnięto mi do ręki rząd cyfr spisanych ołówkiem na higienicznej chusteczce. Pani, która czekała na mój telefon pod tym numerem okazała się być przyjaciółką cioci. Wiedziała o mnie co nieco i o tak - jest moją pokrewną duszą...
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 825
Anksunamun
08-01-2018 20:43
Najstarszą osobą ze mną spokrewnioną, którą poznałam, była moja babcia ze strony matki. Gdy byłam bardzo mała, czytała mi książki – głównie „Pchłę Szachrajkę”, której chciałam słuchać na okrągło – a także kupowała mi słodycze i rozpieszczała w miarę swoich ówczesnych możliwości. Myślę, że jednym z najmilszych moich wspomnień, w którym się pojawia, jest sytuacja, gdy któregoś razu wyjechała do sanatorium, a mi, jako że miałam zaledwie parę lat i nic jeszcze nie rozumiałam, było bardzo przykro z powodu jej nieobecności, toteż, gdy wróciła w końcu do domu, rozpłakałam się ze szczęścia.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 311
Nil_Due_Nil_Un
09-01-2018 02:26
Niestety nie poznałam pradziadków. Los wynagrodził mi to w przecudownej osobie mojego dziadka. Jego nadzwyczajność objawiała się w ogromnej cierpliwości, delikatności i szlachetności. Przeżył z moją babcią ponad 50 lat i nigdy nie podniósł na nią głosu. Mimo leciwości i wielu schorzeń, za każdym razem gdy zasiadał do niedzielnego obiadu ubierał garnitur. Zawsze miał dla wszystkich czas, ciepłe słowo i uśmiech. Zapewne zabrzmi to banalnie, ale z jego oczu biła tak ogromna słodycz i miłość, że choć był pomarszczony i niedołężny, nie istniał dla mnie wówczas żaden przystojniejszy mężczyzna. Do dziś mam łzy w oczach, gdy wspomnę pierwszy dłuższy wyjazd z klasą i nadzwyczajny powrót. Byłam wówczas bardzo wrażliwa i uczuciowa. Po tygodniu oddzielenia od rodziny i domu, kiedy w końcu wracaliśmy, okazało się że wszyscy moi bliscy są zajęci i nikt nie przyjdzie mnie odebrać. Czułam się tak odtrącona, że z trudem powstrzymywałam się od płaczu. Gdy wróciłam sama do domu, okazało się że dziadek zniknął - poszedł po mnie ale pomylił ulice i zgubił się. Długo go szukaliśmy i oczywiście gdy już znaleźliśmy, wszyscy byli zdenerwowani. Usłyszał wtedy wiele okropnych słów na swój temat. Nie wystarczyło mi odwagi by stanąć w jego obronie i bałam się, że uzna mi to za złe, lub że to moja wina. Gdy już wysłuchał całej litanii złośliwości, spojrzał na mnie z taką miłością i zrozumieniem, że momentalnie cały niepokój wyparował. Po wszystkim długo płakałam ze wzruszenia: nad tym jaki świat jest niesprawiedliwy i jak to możliwe darzyć kogoś tak wielką i bezinteresowną miłością.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie
Moderatorzy
Książki w tej dyskusji
zgłoś błąd zgłoś błąd