Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Lubimyczytać.pl to:
społeczność 413 tys. zakochanych w książkach
ponad 767 tys. recenzji
ponad 230 tys. książek
własna biblioteczka
system rekomendacji
My, pisarze...
Grupa dla osób, którzy próbują swoich sił w pisaniu - zarówno prozy jak i poezji.
322 czytelników
21 dyskusji
267 wypowiedziPokaż ostatnią
Moja własna książka - co sądzicie?
książek: 196
Marysia
30-12-2013 11:04
Witajcie :)

Ostatnio zaczęłam pisać książkę i chciałabym poznać Wasze opinie na temat moich wypocin. Jak wiecie, trudno oceniać swoje własne dzieło, dlatego proszę o pomoc.

Pierwszy rozdział:

Dzisiejszy dzień jednoznacznie potwierdził, że moje żyje nie jest w najmniejszym stopniu normalne. Wszystko zaczęło się o 3:00 nad ranem, kiedy przeszłam przez kontrolę na lotnisku i weszłam do strefy wolnocłowej. Moje skłonności perfekcjonistyczne kazały mi przybyć na odprawę 3 godziny przed odlotem, aby mieć stuprocentową pewność, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jak się domyślacie, wydarzenia potoczyły się zupełnie odwrotnie, ale o tym za chwilę.
Po przejściu przez bramkę, włożeniu z powrotem butów i innych części garderoby, które musiałam zdjąć, ponieważ ochroniarz uważa je za “narzędzia śmierci”, udałam się na obchód sklepów. Do odlotu zostało mi jeszcze trzy długie godziny, więc teoretycznie powinnam zdążyć wejść wszędzie i to dwa razy.
W sklepach na lotnisku można znaleźć dosłownie wszystko, o ile jest to niepotrzebne lub dziesięć razy droższe niż w normalnym supermarkecie. Mnóstwo chińskiego szajsu, który rozleci się, gdy tylko opuścimy lotnisko i nie będziemy mieć możliwości zwrotu towaru, stoi w każdym sklepie, oblepione naklejkami z promocją. Wielu to przyciąga, ja też w przeszłości kupowałam co popadnie, ale gdy moja kariera aktorska zaczęła się rozwijać a samolot stał się najczęstszym środkiem transportu, chęć wykupienia całego nakładu M&M’sów z lotniska wyraźnie opadła.
A więc już wiecie - jestem aktorką. Odkąd sięgam pamięcią, uwielbiałam naśladowanie postaci z filmów, uczenie się ról i odgrywanie ich przed lustrem. Kiedy byłam mniejsza, siadałam wieczorami przed telewizorem w salonie sierocińca z moim przyjacielem Alexem, wyłączaliśmy głos i wymyślaliśmy na bieżąco kwestie dla wszystkich postaci. Potem przychodziła pora snu narzucona przez regulamin (nienawidzę regulaminów), więc musiałam iść do łóżka, ale jeszcze długi czas nie mogłam zasnąć po takiej dawce śmiechu.
Trzy lata temu nasz dom dziecka miał przygotować przedstawienie na miejscowe dożynki. Dostałam główną rolę, o której marzyłam, ćwicząc sceny razem z Alexemw każdej wolnej chwili. Planowaliśmy w przyszłości zostać znanymi aktorami i wyrwać się z nędznego życia w domu dziecka. Kolejne dni mijały szybko, próby odbywały się codziennie. To był jeden z szczęśliwszych momentów w moim niezbyt długim życiu.
Wkrótce nadszedł wrzesień, dni przynosiły ze sobą coraz więcej chłodu i stawały się krótsze. W dniu występu słońce świeciło na bezchmurnym niebie, pięknie oświetlając kolorowe jesienne drzewa wokół sceny w parku. Występ poszedł bardzo dobrze, wręcz idealnie. Przed wyjściem na scenę miałam wrażenie, że zje mnie trema, ale gdy wyszłam na środek, poczułam się wspaniale. Scena zdawała się być stworzona dla mnie (a może ja dla niej), publiczność dodawała mi otuchy. Włożyłam w moją postać sto procent siebie, czując że robię to, co uwielbiam.
Po zakończeniu przedstawienia opiekunka sierocińca przekazała mi, że za sceną czeka na mnie pewien człowiek, który chciałby ze mną zamienić słówko. Miałam dziwne przeczucie, że jest to coś ważnego, więc pobiegłam tam najszybciej jak umiałam, potrącając po drodze z przebieralni człowieka rozmawiającego przez telefon oraz zrzędliwą starą babcię, która nie chciała zejść mi z drogi i dumnie paradowała środkiem korytarza, jak to niektóre stare babcie mają w zwyczaju. Zdyszana, dotarłam za scenę i dostrzegłam niezwykle wysokiego gościa w garniturze, który spokojnie mógłby grać w koszykówkę w reprezentacji. Sprawiał wrażenie kogoś bardzo ważnego, kto wciąż spieszył się na kolejne spotkania biznesowe. Oceniłam go na około 30 lat.
-Yyy… cze… to znaczy dzień dobry - zaczęłam, głupiejąc totalnie. Na scenie potrafię mówić non stop bez ani jednego zająknięcia, ale jak przychodzi do rozmowy z kimś, kto jest ode mnie dwa razy wyższy i przypomina członka mafii, po prostu odbiera mi mowę.
Mężczyzna nie zwrócił uwagi na moje potknięcie i sam zaczął rozmowę (a raczej monolog), ponieważ po pierwszym jego zdaniu zwyczajnie zatkało. Stałam jak posąg z otwartymi ustami, gapiąc się na niego niczym na małpę jedzącą pałeczkami. Byłam w szoku.
- Summer, oddychaj - usłyszałam głos mężczyzny, mozolnie przetwarzając jego słowa. Wciąż nie mogłam nic z siebie wykrztusić, ale wzięłam głęboki oddech. - To jak, mamy umowę? - Zapytał.
- Taa.. tak - odpowiedziałam, otrząsając się z szoku i przestępując z nogi na nogę.
- Świetnie! - odparł z entuzjazmem. - W takim razie leć po swoje rzeczy, ja załatwię wszystko z twoją opiekunką. Za 20 minut mamy samolot - poinformował. Po dłuższej chwili, kiedy nie zareagowałam, dodał - Summer, słyszysz?
- Yyy… już lecę - zapewniłam go kiwając nerwowo głową, po czym obróciłam się na pięcie i pobiegłam po moją torbę z ubraniami, pokonując korytarz wciąż w stroju wróżki. Mój mózg mało co nie eksplodował.

I tak zmieniło się moje życie. Ten człowiek, który przedstawił się jako Marco, okazał się być agentem z Hollywood. Wracając z jakiegoś ważnego spotkania (ha, wiedziałam!), przejeżdżał przez naszą miejscowość, a że zgłodniał po wyczerpującej podróży, postanowił zatrzymać się na naszych dożynkach i coś przekąsić. Czekając na swoje zamówienie usiadł przy stole i skierował wzrok na scenę, na której właśnie występowaliśmy. Podobno Marco od początku miał mnie na oku, bo jak twierdził, miałam w sobie “to coś”, co ma w sobie każdy aktor w Hollywood. Obejrzał przedstawienie do końca, po czym porozmawiał z naszą opiekunką, a co było dalej, to już wiecie.
Przybiegłam ze swoją torbą, dalej paradując w stroju wróżki, szybko pożegnałam panią z sierocińca i z łzami w oczach wsiadłam do samochodu Marco, po drodze upychając moje rzeczy w zagraconym bagażniku SUV’a. Ruszyliśmy przed siebie, łamiąc po drodze kilka przepisów i przekraczając dwukrotnie dozwoloną prędkość (bogaci to chyba mogą wszytko). Dwie godziny później byliśmy w willi Marco, zbudowanej na wzgórzach z widokiem na całe Los Angeles. Wydawało mi się, że minęła wieczność. Siedzieliśmy razem przy ognisku, oglądając zachód słońca i rozmawialiśmy o mnie - moich planach, zainteresowaniach, karierze, przeszłości. I tak w ciągu kilku tygodni staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Marco wciąż mi powtarza, że jestem najinteligentniejszym dzieciakiem, z jakim miał okazję pracować, bo wciąż zagaduję go dziwnymi ciekawostkami lub zadaję podchwytliwe pytania typu:
- Hej, Marco, mam dla ciebie zagadkę. Jeśli obeszliśmy staw, to staw został przez nas…
- Obeszły… obszedły… obeszwiony? - odpowiada Marco trudząc się. - No dobra, nie wiem - poddaję się. - zdradź mi odpowiedź.
- Sama jej nie znam - przyznaję ze śmiechem, po czym próbujemy wymyślić rozwiązanie, tworząc nowe, coraz to dziwniejsze wyrazy i pokładając się ze śmiechu.
Natomiast ja mu powtarzam, że jest jedynym normalnym dorosłym, jakiego spotkałam. Serio, gość jest fantastyczny. Jego poczucie humoru jest strasznie fajne, codziennie gramy w różne sporty wymyślając własne zasady, nie ma pory snu, nie ma obowiązków. I to jest właśnie najlepsze - Marco traktuje mnie jak równego sobie, bo uważa że jestem wystarczająco duża, żeby sama dbać o to, kiedy idę spać, kiedy sprzątam w pokoju, kiedy gdzieś idę. Muszę mu przyznać rację - w domu dziecka nauczyłam się dbać o siebie, poza tym wiedziałam, że jeśli chcę kiedyś zagrać w hicie kinowym, to muszę być profesjonalistką, a nie rozpuszczonym bachorem, który bez ustalonej pory snu leżałby do północy oglądając Kucyki Pony i żywiłby się wyłącznie batonami, bo są dobre.
A właśnie, prawie bym zapomniała. Otóż Marco ma psa, ogromnego golden retrivera, którego po prostu ubóstwiam. Jest zimno - Barman przychodzi do mnie i leży na nogach, kiedy ja czytam scenariusz. Co prawda krew mi nie dopływa do nóg, bo ta bestia jest piekielnie ciężka, ale gdyby było mi zimno to też by nie dopłynęła, więc to żadna różnica. Do tego Barman gra z nami w baseball, łapiąc piłkę w pysk, wskutek czego na każdy mecz potrzebujemy nowej piłki.
Od czasu wyjazdu z sierocińca zagrałam w dziewięciu filmach, byłam nominowana do Oscara oraz dorobiłam się mojego pierwszego miliona. Zrealizowałam swoje marzenie, robiąc to co uwielbiam. Trzy tygodnie temu wygrałam casting do głównej roli w ekranizacji bestsellerowej książki dla młodzieży, a zdjęcia do filmu rozpoczynają się już jutro w Australii, do której właśnie lecę, niestety bez Marco, który został w domu z Barmanem, bo nie chcieliśmy poddawać go kwarantannie.
Tak więc po obejściu wszystkich sklepów na lotnisku znudzona ruszyłam w kierunku mojego gate’u. Spojrzałam na zegarek. Do odlotu zostało jeszcze półtorej godziny, więc wybrałam się do jednej z restauracji, aby poczytać scenariusz i powtórzyć kilka scen. Już za dwa dni rozpoczynają się zdjęcia do filmu, więc nie mogę przylecieć nieprzygotowana, bo mnie wyleją. Fakt że mam 10 lat, wcale nie pomaga, gdyż ludzie mają dziwny zwyczaj uważania wszystkich dzieci za bachory z piaskownicy, z którymi ciężko się pracuje i trzeba zawiązywać im sznurówki, bo same nie potrafią. Każdemu z kolei muszę udowadniać, że jestem profesjonalistką, dlatego zawsze przygotowuję się na każdą okoliczność.
Zamówiłam sok pietruszkowo-cytrynowy. Jak powtarza Marco, zdrowie ma się tylko jedno, więc trzeba o nie dbać (po czym robi gofry z toffi), jednak coś w tym jest. Otworzyłam scenariusz na stronie 26 i zaczęłam powtarzać w myślach kolejne kwestie, które mówię sama. Resztę powtórzę już w Australii razem z kolesiem, który również jest głównym bohaterem, ale na razie nie zawracam sobie tym głowy.
Ledwo się obejrzałam, a już minęła godzina, więc zabrałam toboły z restauracji, po czym rozsiadłam się jak maharadża przy moim gate’cie i czekałam, aż zaczną wpuszczać do samolotu.
Wokoło gromadziło się coraz więcej osób. Przez tłum przepychali się spóźnieni pasażerowie, rodzice pilnujący swoich dzieci, które biegały w te i we wte. Przyglądałam się każdemu z osobna, analizując każdy ruch, sposób mówienia, gestykulację. No cóż, obserwowanie ludzi to moje drobne skrzywienie zawodowe, bo przecież zawsze można się czegoś nauczyć, a następnie włożyć do swojej roli.
Nagle mój spostrzegawczy mózg kątem oka dostrzegł stewardessę zmierzającą w kierunku wejścia do samolotu szybkim krokiem, więc czym prędzej zgarnęłam moją torbę spod siedzienia i przepchnęłam się przez niczego nieświadomy tłum, unikając w ten sposób stania w masakrycznie długiej kolejce pasażerów z tysiącem pytań. Przebiegłam przez tunel prowadzący do samolotu i pokazałam stewardessie kartę pokładową. Schowałam plecak w schowku i zajęłam wyznaczone miejsce, ku mojemu zadowoleniu przy oknie.
Powoli wchodzili kolejni pasażerowie. Jedni przepychali się przez korytarz, jakby wbiegali do sklepu z wyprzedażą, inni spokojnie przechodzili dalej, tworząc za sobą korek. W końcu, gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, na środek pokładu weszła stewardessa, udzielając jak zwykle identycznych instrukcji. W pamięci odtwarzałam słowa, słyszane już kilkadziesiąt razy, zanim ona sama zdążyła je wymówić. Jednocześnie rozmyślałam o Australii.
- W końcu zobaczę prawdziwego kangura - powiedziałam cicho do siebie, a na mojej twarzy zagościł promienny uśmiech. Zmęczona wczesną pobudką, obarłam głowę na zwiniętej w kłębek fioletowej bluzie i ziewnęłam patrząc w dal na lotnisko.
Samolot zaczął się rozpędzać, po chwili byliśmy w powietrzu. Przełykałam ślinę co parę sekund, bo ciśnienie boleśnie zatykało mi uszy. Do tego chyba nigdy się nie przyzwyczaję. Ku mojemu szczęściu już po kilku krótkich minutach osiągnęliśmy stałą wysokość.
- Mówi kapitan samolotu - odezwał się głos z głośnika. - Aktualnie znajdujemy się 9000 metrów nad lądem - oznajmił. - Temperatura na zewnątrz wynosi -40 stopni. Do Sydney dotrzemy za 14 godzin. Życzę miłego lotu.
Rozmyślając o kangurach, zasnęłam.

Kolejne rozdziały znajdziecie na blogu:
http://wyspax.blogspot.com/
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 1238
Felzmann
23-01-2014 15:21
To jest naprawdę twoje, czy zerżnęłaś od kogoś? Jeśli jest twoje, to gratuluję. Na pewno masz talent. Ja to wiem, bo takie rzeczy wyczuwam. Sam kiedyś będę znanym pisarzem, choć pewnie twojego poziomu nigdy nie osiągnę. Historyjka, którą napisałaś to głodny kawałek dla naiwnych, ale talent na pewno masz dziewczyno!
Zamieszczę jeszcze radę, jaką początkującym pisarzom udziela Judith Krantz, autorka wielu bestsellerów.
- Uważam, że pięćdziesiąt procent podstawowego przygotowania pisarza polega na tym, żeby
czytać, czytać i jeszcze raz czytać, aż podstawowe elementy i schematy konstrukcyjne wejdą w krew. Pozostałe pięćdziesiąt procent to w połowie talent narracyjny a w połowie bezcenna i dość rzadka umiejętność wytrwania, pisania i przepisywania, aż do końca powieści. Wszystkie talenty tego świata nie wystarczą do napisania powieści, jeżeli nie zdołamy się zmusić do napisania utworu do końca, przy czym ostatnie rozdziały powinny być co najmniej równie interesujące jak pierwsze. W pracy powieściopisarza zasadnicze znaczenie ma wytrwałość i raczej nie wierzę, aby tej cechy można się było nauczyć. Z pewnością miało dla mnie ogromne znaczenie to, że czuję przymus pisania. Jednak ile byśmy nie przeczytali i ile byśmy się nie namęczyli, nie napiszemy dobrej powieści bez umiejętności opowiadania. Ja to potrafię, może dzięki wyższej potędze?
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 257
Jul
23-01-2014 13:07
"- Obeszły… obszedły… obeszwiony? - odpowiada Marco trudząc się. - No dobra, nie wiem - poddaję się. - zdradź mi odpowiedź."
Nie ma co, wspaniały dowcip i intrygująca zagadka na gruncie gramatyki języka angielskiego, którym w 'realu' posługują się bohaterowie.

"mój spostrzegawczy mózg kątem oka dostrzegł"
Mózg kątem oka dostrzegł?

"Fakt że mam 10 lat, wcale nie pomaga"
> określ wiek swojej bohaterki na 10 lat
> prowadź narrację pierwszoosobową jak trzydziestolatka

Also: nieprawdopodobieństwo level miliard. No chyba że po dwudziestu stronach okazałoby się, że Marco zbiera dzieciaki celem sprzedania ich na organy, ale nie wydaje mi się.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 1492
kryptonite
23-01-2014 13:31
Moja rada?
Czytaj i pisz - poprzez poznawanie nowych książek i autorów uczysz się nowych technik narracji, których możesz potem spróbować podczas pisania i wymyślania nowych historii. Każdy pisarz jest inny, ma swój własny styl.
Mnie osobiście nie przekonał ten fragment (kilka błędów, brak wielu znaków interpunkcyjnych), ale nie przejmuj się pierwszymi niepowodzeniami. Jeśli będziesz ćwiczyć, to udoskonalisz umiejętność tworzenia opowieści. Z własnego doświadczenia powiem, że jak byłam nastolatką, też prowadziłam bloga z rozdziałami mojej 'powieści'. Po latach, kiedy udało mi się zajrzeć od wpisów, to byłam w ogromnym szoku, że te wypociny uznałam kiedyś za dzieło sztuki i nawet obrażałam się za to, że ktoś źle coś o nich napisał.
Oczywiście, nie chce Cię obrażać, czy coś - po prostu pisz i po jakimś czasie sprawdzaj to, co napisałaś. Nikt od razu nie staje się wielkim Tołstojem i od razu nie tworzy 'Wojny i pokoju' czy zostaje laureatem Nagrody Nobla z literatury. Powodzenia!
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 298
Milka
23-01-2014 18:12
Pomysł dobry, język gorszy, dużo powtórzeń. Zgadzam się również z przedmówcą, że bohaterka nie wypowiada się w sposób właściwy dziesięciolatce.
Myślę, że mimo wszystko mogłabym dać się wciągnąć tej historii, chociaż jest trochę (czasami bardzo) naciągana. Potrafisz stworzyć ten nieuchwytny, trudny do nazwania element, który ja określam "duszą" książki.
Wyjątkowo podoba mi się ten fragment: "Jeśli obeszliśmy staw, to staw został przez nas…" Jeśli ktoś zna prawidłową odpowiedź, proszę mnie poinformować, jestem bardzo ciekawa :)
Podsumowując pisz, pisz, nie zniechęcaj się, praktyka czyni mistrza.
I koniecznie zmień tło na blogu, z obecnym nie da się czytać.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 196
Marysia
23-01-2014 23:12
Właśnie zmieniłam i dokonałam trochę zmian w rozdziale :)
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 196
Marysia
23-01-2014 23:14
Posłuchałam waszych rad i zmieniłam sporo w tym rozdziale:

Dzisiejszy dzień zakończył normalny rozdział w moim życiu.
Wszystko zaczęło się o trzeciej nad ranem, kiedy przeszłam przez kontrolę na lotnisku i weszłam do strefy wolnocłowej, ziewając raz za razem. Poprzedniego wieczoru postanowiłam nie kłaść się spać, gdyż uznałam, że mi się nie opłaca, skoro o północy wyjeżdżam na lotnisko. Właśnie odczuwałam skutki tej błędnej decyzji.
Po przejściu przez bramkę, włożeniu z powrotem butów i innych części garderoby, które musiałam zdjąć, ponieważ ochroniarz uważał je za “narzędzia śmierci”, zarzuciłam plecak na ramię i udałam się na obchód lotniskowych sklepów dla zabicia nudy. Do odlotu zostało mi jeszcze trzy długie godziny, więc teoretycznie powinnam zdążyć wejść wszędzie i to dwa razy.
W sklepach na lotnisku można znaleźć dosłownie wszystko, o ile jest to niepotrzebne lub dziesięć razy droższe niż w normalnym supermarkecie. Mnóstwo chińskiego szajsu, który rozleci się, gdy tylko opuścimy lotnisko i nie będziemy mieć możliwości zwrotu towaru, stoi w każdym sklepie. Podczas moich pierwszych lotów samolotem kupowałam tyle rzeczy, ile byłam w stanie unieść, ale gdy moja kariera aktorska zaczęła się rozwijać i latałam samolotem mniej więcej raz w tygodniu, chęć wykupienia całego nakładu M&M’sów z lotniska wyraźnie opadła.
Jak właśnie wspomniałam - jestem aktorką. Odkąd sięgam pamięcią, uwielbiałam naśladowanie postaci z filmów, uczenie się ról i odgrywanie ich przed lustrem. Kiedy miałam sześć lat, siadałam wieczorami przed telewizorem w salonie sierocińca z moim przyjacielem Alexem, wyłączaliśmy głos i wymyślaliśmy na bieżąco kwestie dla wszystkich postaci. Tym sposobem zapominaliśmy o niezbyt kolorowej rzeczywistości, która nas otaczała. Życie w domu dziecka nie należało do łatwych, ale miało też swoje plusy.
Potem przychodziła pora snu narzucona przez naszą opiekunkę, więc byłam zmuszona udać się do łóżka pod groźbą zmywania w kuchni przez tydzień. Jednak jeszcze przez długi czas nie mogłam zasnąć po takiej dawce śmiechu.
Pewnego lata nadszedł dzień który zmienił moje życie o sto osiemdziesiąt stopni.
Cztery lata temu, kiedy miałam siedem lat, nasz dom dziecka miał za zadanie przygotować przedstawienie teatralne na miejscowe dożynki. Postanowiłam za wszelką cenę dostać główną rolę - rolę wróżki. Marzyłam o niej odkąd zobaczyłam ogłoszenie na wielkiej tablicy informacyjnej w salonie sierocińca. Codziennie ćwiczyłam kolejne sceny razem z Alexem w każdej wolnej chwili - w drodze do szkoły i z powrotem, po odrobieniu lekcji, przy kolacji, przed snem - kiedy tylko mogłam.
Chciałam w przyszłości zostać sławną aktorką i wyrwać się z nędznego życia w domu dziecka. Natomiast Alex nie lubił występów. Nasze aktorstwo traktował jako dobrą zabawę i nic poza tym. Dla mnie godziny odgrywania scenek były treningiem przez pracą w przyszłości.
Pewnie powiecie - ambitny plan jak na siedmiolatkę. Po części prawda, ale ja zawsze byłam ambitna. Myślałam o przyszłości. O skutkach tego, co robię. Gdyby nie mój wygląd, spokojnie można by było wziąć mnie za dwa razy starszą, niż byłam w rzeczywistości. Wtedy nikt nie widział w tym nic dziwnego. W końcu nikt z domu dziecka nie był oceniany tak, jak inne, “normalne” dzieci. Ludzie zazwyczaj nie zwracali na nas uwagi.
Wkrótce nadszedł wrzesień, dni przynosiły ze sobą coraz więcej deszczu i chłodu, noce się wydłużały. Jednak w dniu występu pogoda dopisała. Słońce świeciło na bezchmurnym niebie, pięknie oświetlając kolorowe jesienne drzewa rosnące wokół sceny w parku oraz promieniując ciepłem.
Przed wyjściem na scenę miałam wrażenie, że zje mnie trema. Żołądek kurczył się mocno, serce biło jak szalone. Wykonałam gest, który zawsze towarzyszył mi przed występem - wyobrażałam sobie, że strzepuję z siebie cały strach, potrząsając na przemian każdą ręką i nogą. Gdy wyszłam na środek, na moment osłupiałam. Poprzednio, gdy zdarzało mi się publicznie występować, na widowni było maksymalnie kilkadziesiąt osób. Tym razem zebrali się ludzie z całego miasta.
Po krótkiej chwili, która z mojej perspektywy wydawała się ciągnąć w nieskończoność, zaczęłam swoją kwestię.
Scena zdawała się być stworzona dla mnie, publiczność przestała mnie przerażać. Wręcz przeciwnie - teraz dodawała mi otuchy. Włożyłam w moją postać sto procent siebie, czując że robię to, co uwielbiam. Idealna dykcja, lekkie kroki, uśmiech. W tym momencie przestałam być Summer, a zamieniłam się w wróżkę. Pod koniec publiczność nagrodziła nas gromkimi brawami, część osób wstała ze swoich miejsc. Kilka osób rzuciło na scenę maskotki. Występ poszedł bardzo dobrze. Ukłoniłam się głęboko i z uśmiechem na ustach zeszłam ze sceny.
Po zakończeniu przedstawienia, gdy gratulowałam moim koleżankom za kulisami, zobaczyłam naszą opiekunkę, gestem wskazującą, abym do niej podeszła. Wyglądała na bardzo zadowoloną, jednak starała się ukryć emocje. Wykonałam polecenie, podbiegając do niej na palcach. Pochyliła się do mnie i cichym głosem przekazała, że za sceną czeka na mnie pewien człowiek, który chciałby ze mną zamienić słówko. Nie zdradziła żadnych szczegółów, kazała jedynie nie wspominać o tym innym dzieciom.
Miałam dziwne przeczucie, że jest to coś ważnego, więc pobiegłam tam najszybciej jak umiałam, potrącając po drodze zza kulis człowieka rozmawiającego przez telefon oraz zrzędliwą starą babcię, która nie chciała zejść mi z drogi i dumnie paradowała środkiem korytarza, jak to niektóre stare babcie mają w zwyczaju. Zdyszana, dotarłam za scenę i dostrzegłam niezwykle wysokiego gościa w garniturze, który spokojnie mógłby grać w koszykówkę w reprezentacji kraju. Miał ciemne nażelowane włosy, “w artystycznym nieładzie”, jak by to określił stylista. Dla mnie były po prostu rozczochrane. Był szczupły, ale silny. Pewnie był jednym z tych bogaczy, którzy codziennie chodzą na siłownię - pomyślałam. Sprawiał wrażenie kogoś bardzo ważnego, kto wciąż spieszył się na kolejne spotkania biznesowe. Oceniłam go na jakieś trzydzieści lat.
-Yyy… cze… to znaczy dzień dobry - zaczęłam, głupiejąc totalnie. Na scenie potrafię mówić non stop bez żadnego zająknięcia, ale jak przychodzi do rozmowy z kimś, kto jest ode mnie dwa razy wyższy i przypomina członka mafii, po prostu odbiera mi mowę. - Dlaczego masz takie rozczochrane włosy? - wypaliłam. - To znaczy proszę pana - poprawiłam się szybko.
Mężczyzna roześmiał się, po czym odrzekł:
- Ja to określam jako “artystyczny nieład”. Witaj Summer, miło mi cię poznać. Nazywam się Marco - przedstawił się. Uścisnęliśmy sobie dłoń - Pracuję jako agent w Hollywood. To taki ktoś, kto załatwia aktorom pracę, wyszukuje dla ich castingi i tak dalej - wytłumaczył, widząc moje zastanowienie. - Zatrzymałem się na chwilę w tym miasteczku, wracając z ważnego spotkania. Zobaczyłem plakat reklamujący dożynki, więc postanowiłem coś tu zjeść. Czekając na zamówienie zająłem miejsce przodem do sceny i zacząłem oglądać wasze przedstawienie. Widziałem, jak grasz, i to było naprawdę dobre. Masz zadatki na aktorkę, wiesz?
Stałam jak posąg, z otwartymi ustami, gapiąc się na niego niczym na małpę jedzącą pałeczkami. Byłam w szoku.
- Ja po prostu… to znaczy, lubię być kimś innym, jakąś postacią. Od zawsze marzyłam o aktorstwie, ale nie sądziłam, że to możliwe.
Marco znów się uśmiechnął, po czym odparł:
- Po pierwsze, Summer, oddychaj - polecił. Zorientowałam się, że z wrażenia zapomniałam o wciąganiu powietrza do płuc. Wzięłąm głęboki oddech - Tak lepiej. Po drugie, rozmawiam z tobą, aby dać ci życiową szansę. Współpracuję z wieloma osobami, umawiając spotkania i castingi, zarówno z dziećmi, jak i z dorosłymi. Ufając mojemu doświadczeniu, przebijasz talentem ich wszystkich. Jeśli chcesz, możesz wyjechać do Hollywood i spełnić marzenie. To zależy tylko i wyłącznie od ciebie.
- A kiedy? - spytałam błyskawicznie głosem pełnym nadziei. Marco był wyraźnie zadowolony.
- Widzę, że już zdecydowałaś - odrzekł Marco. - Dzisiaj. Teraz, w tym momencie - odpowiedział ze stoickim spokojem. Zatkało mnie. Oczekiwałam odpowiedzi, że za tydzień, miesiąc, pojutrze, cokolwiek. Ale nie dziś.
- Ale jak to? - spytałam zdziwiona. - Mam tak po prostu wyjechać? Zaraz? Bez pożegnania z przyjaciółmi, tak od razu? - Byłam w szoku. - Poza tym, gdzie mam mieszkać? W jakimś innym domu dziecka? A co z moją szkołą? Czy Alex też może jechać? - zalewałam Marco pytaniami.
- Tak, musisz wyjechać teraz. - odparł Marco tak najspokojniej na świecie. Stałam przez chwilę wpatrując się w niego. - Możesz zamieszkać u mnie, moja córka wyjechała do college’u, nie będzie miała nic przeciwko nowej lokatorce. Poza tym, mój dom jest ogromny. A jeśli chodzi o Alexa, przypuszczam, że to twój przyjaciel, tak?
- Tak - potwierdziłam. - Grał skrzata w przedstawieniu.
- Ach, tego skrzata - zastanowił się Marco. Po chwili odrzekł - przykro mi, ale nie może pojechać z nami. Nie prowadzę hotelu, moją pracą jest znajdowanie pracy aktorom, na tym zarabiam. A jemu nie wróżę kariery, w przeciwieństwie do ciebie. Proponuję ci dziewięćdziesiąt procent zysków, reszta jest moja. Umowa stoi?
- Stoi - odparłam zadowolona. Z drugiej strony byłam smutna z powodu przymusu opuszczenia przyjaciela. Jednak w gruncie rzeczy widziałam sens w słowach Marco. - Na pewno będę tęsknić za przyjaciółmi. Ale i tak pojadę - podjęłam decyzję. - Zawsze mogę pogadać z Alexem przez Skype’a. Ale czy nie możemy przełożyć wyjazdu o kilka dni? - zapytałam z nadzieją.
- To niemożliwe. Przejeżdżałem tędy przypadkiem, już i tak mam opóźnienie, muszę dotrzeć na lotnisko za… - tu zerknął na zegarek - trzydzieści osiem minut. Wątpię, żebym kiedykolwiek wrócił w ten region kraju. Musisz podjąć decyzję w tym momencie.
- Jeśli pojadę, to będę przez ciebie adoptowana, czy coś w tym stylu, co nie? - zapytałam.
- Tak - Marco potwierdził moje domysły.
-Ale przecież adopcja trwa sporo czasu. Nie można tak po prostu zabrać dziecka z sierocińca. Wiem, bo gdy ktoś przyjeżdża do nas z zamiarem adopcji, formalności trwają bardzo długo. Więc jak zamierzasz mnie stąd zabrać od razu? To przecież niewykonalne - podsumowałam.
- Jeśli masz pieniądze i ludzi, którzy załatwią dla ciebie co tylko zechesz, to wszystko jest możliwe - wyjaśnił. - Rozmawiałem już z twoją opiekunką i wykonałem kilka telefonów, jednak ostateczna decyzja należy do ciebie.
- Jadę - odpowiedziałam szybko, ale zdecydowanie.
- Świetnie - odparł Marco z aprobatą. Masz minutę na zabranie swoich rzeczy. Czekam przed sceną.
- Yyy… już lecę - zapewniłam go kiwając nerwowo głową, po czym obróciłam się na pięcie i pobiegłam po moją torbę z ubraniami, pokonując korytarz w stroju wróżki z szybkością światła. Mój mózg prawie eksplodował.
Przybiegłam ze swoją torbą, dalej paradując w przebraniu. Szybko pożegnałam panią z sierocińca i z łzami w oczach wsiadłam do samochodu Marco, po drodze upychając moje rzeczy w zagraconym bagażniku terenówki. Ruszyliśmy przed siebie, jadąc sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. O tej porze droga była praktycznie pusta. Przez cały czas rozmyślałam o tym, że zaczynam nowe życie. Dom dziecka to przeszłość. Przez moją głowę przelatywało milion myśli na raz, ale byłam zbyt szczęśliwa, żeby przejmować się czymkolwiek.
Do odlotu zostało siedem minut. Nie miałam pojęcia, jak Marco miał zamiar dotrzeć w tym czasie do samolotu. Wyjaśnienie okazało się banalnie proste - miał prywatny samolot. Ale i tak nie mogliśmy się spóźnić, gdyż loty samolotów są zaplanowane bardzo dokładnie i każda minuta spóźnienia może doprowadzić do tego, że nie dostaniemy pozwolenia na start.
Cztery godziny później byliśmy w willi Marco, zbudowanej na wzgórzach z widokiem na całe Los Angeles. Wydawało mi się, że minęła wieczność, choć całą podróż przespałam. Rozpakowałam moje rzeczy w pokoju córki Marco. Dowiedziałam się, że ma na imię Celia i studiuje medycynę na Harvardzie. Ta dziewczyna musiała spędzić swoje życie na nieustającej nauce.
Pokój był dosłownie wyjęty z bajecznego snu każdej dziewczynki w moim wieku. Ściana na przeciwko drzwi była zrobiona z jednej wielkiej tafli szkła, ukazując przepiękną panoramę na całe Los Angeles. Sciany były w kolorze błękitnego nieba. Wielkie łóżko na samym środku, łazienka, garderoba, ogromne biurko, mnóstwo półek, szafek i komód. Wszystko w pięknych ciepłych kolorach. Na ścianie wisiała olbrzymia tablica magnetyczna z zestawem magnesów i kolorowych flamastrów. I do tego parapet z materacem na jednej z bocznych ścian, idealny do czytania.
-Najlepszy pokój świata! - wykrzyknęłam na cały głos, po czym zbiegłam na dół do kuchni, aby Marco pokazał mi resztę domu.

Wieczorem siedliśmy razem przy ognisku, oglądając zachód słońca i poznawaliśmy się powoli. W międzyczasie dyskutowaliśmy o moich planach, zainteresowaniach, karierze, przyszłości. Czułam, że spodoba mi się nowe życie.
I tak w ciągu kilku tygodni staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Marco wciąż mi powtarza, że jestem najinteligentniejszym dzieciakiem, z jakim miał okazję pracować, a ja wciąż zagaduję go dziwnymi ciekawostkami lub zadaję podchwytliwe pytania typu:
- Hej, Marco, mam dla ciebie zagadkę. Jeśli obeszliśmy staw, to staw został przez nas…
- Obeszły… obszedły… obeszwiony? - odpowiada Marco trudząc się. - No dobra, nie wiem - poddaję się. - zdradź mi odpowiedź.
- Sama jej nie znam - przyznaję ze śmiechem, po czym próbujemy wymyślić rozwiązanie, tworząc nowe, coraz to dziwniejsze wyrazy i pokładając się ze śmiechu.
Natomiast ja mu powtarzam, że jest jedynym normalnym dorosłym, jakiego spotkałam. Serio, gość jest fantastyczny. Jego poczucie humoru jest strasznie fajne, codziennie gramy w różne sporty, wymyślając własne zasady. Nie ma pory snu, nie ma narzuconych obowiązków. I to jest właśnie najlepsze - Marco traktuje mnie jak równego sobie, bo uważa że jestem wystarczająco duża, żeby sama dbać o to, kiedy idę spać, kiedy sprzątam w pokoju, kiedy gdzieś wychodzę.
Muszę mu przyznać rację - w domu dziecka nauczyłam się bycia rozsądną, poza tym wiedziałam, że jeśli chcę kiedyś zagrać w wysokobudżetowej produkcji, to muszę być profesjonalistką, a nie rozpuszczonym bachorem, który bez ustalonej pory snu leżałby do północy oglądając Kucyki Pony i żywiłby się wyłącznie batonami, bo są dobre. Nauczyłam się zwyczajnie dbać o siebie.
W ciągu pierwszych kilku dni zaczęliśmy organizować nasz czas. Marco zapisał mnie na lekcje tańca do jednej z najlepszych szkół tanecznych w kraju. Jeździłam na pierwsze castingi. Miałam indywidualne nauczanie i lekcje aktorstwa. Wcale nie było tak łatwo, jak myślałam, ale mimo wszystko uwielbiałam to. Spełniałam swoje marzenie.
Po dniu wypełnionym ciężką pracą wracaliśmy do domu i robiliśmy kolację. Co prawda mieliśmy do dyspozucji prywatnego kucharza, ale gotowanie sprawiało nam mnóstwo frajdy. Potem siadaliśmy na werandzie i jedliśmy, oglądając zachód słońca. Dom znajdował się na wzgórzu, więc widok był przepiękny. A gdy zapach jedzenia zaczął się rozprzestrzeniać, dołączał do nas Barman - pies Marco.
A właśnie, prawie bym zapomniała. Otóż Marco ma psa, ogromnego golden retrivera, którego po prostu ubóstwiam. Jest zimno - Barman przychodzi do mnie i leży na nogach, kiedy ja czytam scenariusz. Co prawda krew mi nie dopływa do nóg, bo ta bestia jest piekielnie ciężka, ale gdyby było mi zimno to też by nie dopłynęła, więc to żadna różnica. Do tego Barman gra z nami w baseball, łapiąc piłkę w pysk, wskutek czego na każdy mecz potrzebujemy nowej piłki, a poza tym jest po prostu wspaniałym towarzyszem.
Od czasu wyjazdu z sierocińca zagrałam w dziewięciu filmach, byłam nominowana do Oscara oraz dorobiłam się mojego pierwszego miliona. Występuję w telewizji, robię to, co lubię i jeszcze mi za to płacą - żyć nie umierać.
Trzy tygodnie temu wygrałam casting do głównej roli w ekranizacji bestsellerowej powieści dla młodzieży, a zdjęcia do filmu rozpoczynają się już jutro w Australii, do której właśnie lecę, niestety bez Marco, który został w domu z Barmanem, ponieważ nie było czasu, aby poddać go kwarantannie. Będę w Australii przez trzy miesiące, do LA wrócę na wiosnę. Spędzanie zimy na półkuli południowej napawało mnie optymizmem.
Tak więc po obejściu wszystkich sklepów na lotnisku, znudzona ruszyłam w kierunku mojego gate’u. Spojrzałam na zegarek. Do odlotu zostało jeszcze półtorej godziny, więc wybrałam się do jednej z restauracji, aby poczytać scenariusz i powtórzyć kilka scen. Zaraz po moim przyjeździe rozpoczynają się zdjęcia do filmu, więc nie mogę przylecieć nieprzygotowana. Fakt że mam dwanaście lat, wcale nie pomaga, gdyż ludzie mają dziwny zwyczaj uważania wszystkich dzieci za bachory z piaskownicy, z którymi ciężko się pracuje i trzeba zawiązywać im sznurówki, bo same nie potrafią. Każdemu z kolei muszę udowadniać, że jestem profesjonalistką, dlatego zawsze przygotowuję się na każdą okoliczność.
Zamówiłam sok pietruszkowo-cytrynowy. Jak powtarza Marco, zdrowie ma się tylko jedno, więc trzeba o nie dbać (po czym robi gofry z toffi), jednak uważam, że ma rację w stu procentach. A taki sok to bomba witaminowa.
Zajęłam miejsce przy stoliku przy ścianie i w oczekiwaniu na zamówienie otworzyłam scenariusz na stronie dwudziestej szóstej i zaczęłam powtarzać w myślach kolejne kwestie. Pamiętałam prawie wszystkie. W międzyczasie wypiłam cały sok.
Ledwo się obejrzałam, a już minęła godzina, więc zabrałam moje toboły z restauracji, po czym rozsiadłam się jak maharadża przy moim gate’cie i czekałam, aż zaczną wpuszczać do samolotu. Klimatyzacja działała na pełnych obrotach, więc zarzuciłam na siebie bluzę.
Wokoło gromadziło się coraz więcej osób. Przez tłum przepychali się spóźnieni pasażerowie, rodzice pilnujący swoich dzieci, które biegały w te i we wte. Przyglądałam się każdemu z osobna, analizując każdy ruch, sposób mówienia, gestykulację. No cóż, obserwowanie ludzi to moje drobne skrzywienie zawodowe, bo przecież zawsze można się czegoś nauczyć, a następnie włożyć do swojej roli.
Nagle mój kątem oka dostrzegłam stewardessę zmierzającą w kierunku wejścia do samolotu szybkim krokiem. Czym prędzej zgarnęłam plecak spod siedzenia i przepchnęłam się przez niczego nieświadomy tłum, unikając w ten sposób stania w masakrycznie długiej kolejce pasażerów z tysiącem pytań. Przebiegłam przez tunel prowadzący do samolotu i pokazałam stewardessie kartę pokładową. Schowałam plecak w schowku nad głową i zajęłam wyznaczone miejsce, ku mojemu zadowoleniu przy oknie.
Powoli wchodzili kolejni pasażerowie. Jedni przepychali się przez korytarz, jakby wbiegali do sklepu z wyprzedażą, inni spokojnie przechodzili dalej, tworząc za sobą korek. W końcu, gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, na środek pokładu weszła stewardessa, udzielając jak zwykle identycznych instrukcji. W pamięci odtwarzałam słowa, słyszane już kilkadziesiąt razy, zanim ona sama zdążyła je wymówić. Jednocześnie rozmyślałam o Australii.
- W końcu zobaczę prawdziwego kangura - powiedziałam cicho do siebie, a na mojej twarzy zagościł promienny uśmiech. Wyjęłam jeszcze z plecaka koc i poduszkę. Zmęczona brakiem snu, oparłam głowę na poduszce i przykryłam się kocem. Ziewnęłam, patrząc w dal na lotnisko.
Samolot zaczął się rozpędzać, w następnym momencie byliśmy w powietrzu. Ziewałam i przełykałam ślinę co parę sekund, bo ciśnienie boleśnie zatykało mi uszy. Do tego chyba nigdy się nie przyzwyczaję. Ku mojemu szczęściu już po kilku krótkich minutach osiągnęliśmy stałą wysokość.
- Mówi kapitan samolotu - odezwał się głos z głośnika. - Aktualnie znajdujemy się dziewięć tysięcy metrów nad poziomem morza - oznajmił. - Temperatura na zewnątrz wynosi minus czterdzieści sześć stopni. Do Sydney dotrzemy za czternaście godzin. Życzę miłego lotu.
Rozmyślając o kangurach, zasnęłam.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 0
konto_usuniete
27-01-2014 12:08
Źle niby nie jest, ale sam pomysł potwornie naciągany, biorąc pod uwagę chociażby wiek bohaterki. Z tego też względu takie zwroty jak "jestem profesjonalistką" albo "skrzywienie zawodowe" brzmią po prostu śmiesznie. Narracja jest prowadzona zbyt dojrzale jak na dwunastolatkę (o siedmiolatce nawet nie wspominając). "Był szczupły, ale silny" - nie brzmi to za dobrze. W tym miejscu pewności nie mam, ale czy "gate’cie" to na pewno poprawna odmiana? Nie przekonuje mnie też fragment w narracji, kiedy bohaterka używa zwrotu "artystyczny nieład", a chwilę później Marco nazywa swą fryzurę w ten sam sposób. Nie chcę się czepiać szczegółów, te rzeczy jakoś najbardziej rzuciły mi się w oczy. Każdy kiedyś zaczynał, nie zniechęcaj się. Powodzenia w dalszym tworzeniu.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie
Załóż konto za darmo!
Utwórz konto
Rejestrując się w serwisie akceptujesz regulamin i zgadzasz się z polityką prywatności.
Moderatorzy

Pobierz aplikację mobilną

zgłoś błąd zgłoś błąd