zakochany (31)
  • Lubie być zakochany. To jakby oddawać część samego siebie. więcej
    Melvin BurgessĆpun
  • Zakochany człowiek nie śpi, nie je, niknie w oczach jak torturowany więzień. więcej
    Jodi PicoultBez mojej zgody
  • Nasza komnata ma dźwięczący klucz
    I próg ze złudnego światła
    Natrafimy na nią w godzinie połączenia
    Tego, który kocha i wiecznie podąża.
    więcej
    Pierdomenico BaccalarioAntykwariat ze starymi mapami
  • Kocham cię nie ma jednego zastosowania. Słowa tego, podobnie jak słów dziecka, nie obejmuje żaden przymus społeczny; może być to słowo wzniosłe, uroczyste, lekkie, może być erotyczne, pornograficzne. Jest to słowo społecznie wędrujące. Kocham-cię jest bez niuansów. Likwiduje wyjaśnienia, uzgodnienia, stopnie, skrupuły. Powiedzieć kocham-cię to – zadziwiający paradoks języka – zachować się wręcz tak, jakby nie istniał żaden teatr słowa i słowo to było zawsze prawdziwe (nie ma ono innego odniesienia poza wypowiedzeniem siebie: to performatyw). Kocham-cię nie jest zdaniem: nie przekazuje sensu, lecz trzyma się sytuacji granicznej: „takiej, w której podmiot jest zawieszony w lustrzanej relacji do innego”. Jest to holofraza. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Inny jest moim dobrem i moją wiedzą: tylko ja go znam, sprawiam, że istnieje w swej prawdzie. Każdy, kto mną nie jest, nie zna go. I odwrotnie, inny ustanawia mnie w prawdzie: tylko z nim czuję się „samym sobą”. Więcej wiem o sobie, niż ci wszyscy, którzy nie wiedzą o mnie tylko tego: że jestem zakochany. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Katastrofa miłosna jest może bliska temu, co w polu psychotycznym nazwano sytuacją graniczną, a zatem ,,sytuacją przeżywaną przez podmiot jako przynoszącą nieodwołalnie jego zniszczenie''; określenie wywodzi się z tego, co zdarzyło się w Dachau. Czy nie jest nieprzyzwoitością porównywać sytuację podmiotu cierpiącego z powodu miłości z sytuacją więźnia obozu w Dachau? Czy jedna z najbardziej niewyobrażalnych w dziejach niegodziwości może powrócić w błahym, dziecinnym, wymyślonym, niejasnym zdarzeniu, które przytrafia się podmiotowi w komfortowym położeniu i które jest jedynie łupem jego Wyobraźni? Obie te sytuacje mają jednak coś wspólnego: są panicznie dosłowne: są sytuacjami bezwzględnymi, bezpowrotnymi: przerzuciłem siebie w innego z taką siłą, że kiedy mi go brakuje, nie mogę się pozbierać, sam siebie odzyskać, jestem zgubiony, na zawsze. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Narzucić swojej namiętności maskę dyskrecji (niewzruszoności): czysty to heroizm. Jednak całkowite ukrycie namiętności (czy po prostu przesadnego gestu) jest nie do pojęcia: nie żeby podmiot ludzki był zbyt słaby, lecz dlatego, że namiętność jest z istoty po to, by ją widziano: trzeba, by skrywanie było widoczne: wiedz, że coś przed tobą ukrywam – oto aktywny paradoks, który muszę rozwiązać: trzeba, by jednocześnie wiedziano i nie wiedziano: aby wiedziano, że nie chcę tego pokazać: oto przesłanie, które kieruję do innego. Larvatus prodeo: idę naprzód, pokazując palcem swoją maskę: na swoją namiętność nakładam maskę, lecz dyskretnym (i przebiegłym) palcem na tę maskę wskazuję. Nie ma ofiary miłosnej bez końcowego teatru: znak jest zawsze zwycięski. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Wyobraźmy sobie, że płakałem po jakimś drobnym zdarzeniu, z którego on nawet nie zdał sobie sprawy (płacz należy do zwykłych czynności zakochanego ciała), i że nie chcąc, aby to się wydało, zakładam na zamglone oczy ciemne okulary (piękny przykład negacji zaprzeczonej: zaciemnić sobie wzrok, aby nie być widzianym). Zamiar tego gestu jest wyrachowany: chcę zachować moralną korzyść stoicyzmu, „godność”, a zarazem wywołać sprzeczne z tym czułe pytanie („Ale co ci jest?”); chcę być zarazem żałosny i wspaniały, chcę być w jednej chwili dzieckiem i dorosłym. Tak czyniąc, wchodzę w grę, ryzykuję: albowiem zawsze jest możliwe, że w ogóle nie spyta mnie o te niecodzienne okulary i że właściwie nie dostrzeże żadnego znaku. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Serce, jak wierzę, jest tym, co daję. Za każdym razem, gdy dar mi odsyłają, nie dość jest powiedzieć za Werterem, że serce jest tym, co ze mnie pozostaje, kiedy już odsunę od siebie całą zmyślność, o jaką się mnie posądza i jakiej nie chcę; serce jest tym, co ze mnie pozostaje, i to serce, które leży mi na sercu, jest sercem ciężkim: ciężkim od odpływu, który je wypełnił nim samym (tylko zakochany i dziecko mają ciężkie serce). więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Mój lęk, jak się zachować, jest błahy, coraz bardziej, nieskończenie błahy. Jeśli inny daje mi, przypadkiem czy od niechcenia numer telefonu, pod którym w tych godzinach mogę go zastać, natychmiast wpadam w szaleństwo: mam do niego zadzwonić, czy nie? (Na nic by się zdało powiedzieć sobie, że mogę zadzwonić – taki jest przecież obiektywny, racjonalny sens jego przesłania – bo nie wiem, co począć z tym właśnie przyzwoleniem). Coś, co pozornie nie wywołuje, nie wywoła konsekwencji, jest daremne. Ale ja, podmiot zakochany, dostrzegam wszystko, co nowe, wszystko, co przeszkadza, nie pod postacią faktu, lecz znaku, który należy odczytać. Z miłosnego punktu widzenia fakt jest brzemienny w skutki, dlatego że natychmiast przekształca się w znak: to znak, a nie fakt, wywołuje konsekwencje (swoim oddźwiękiem). Jeśli ten inny dał mi swój numer telefonu, czego było to znakiem? Czy była to zachęta, by skorzystać z niego natychmiast i sprawić mu przyjemność, czy tylko jakby co, w razie konieczności? Moja odpowiedź również będzie znakiem, który ten inny niechybnie zinterpretuje, rozpętując między nim a mną burzliwy przepływ obrazów. Wszystko znaczy: na skutek tej propozycji wpadam w rachunki, związuje sobie ręce obliczaniem, nie pozwalam sobie na uniesienie. Niekiedy, od usilnego rozważania „niczego” (bo tak nazwałby to świat), wyczerpuję się: wówczas staram się jakimś zrywem, niczym tonący, który odbija się stopą od morskiego dna, powrócić do decyzji spontanicznej (spontaniczność: wielkie marzenie: raj, moc, rozkosz): no dobrze, zatelefonuj sobie do niego, skoro masz taką chęć! Ale próżny to trud: czas miłosny nie pozwala zrównać impulsu i czynu, zebrać ich razem: nie jestem człowiekiem małych „acting-out”; moje szaleństwo jest uładzone, nie daje nic po sobie poznać; ja od razu boję się konsekwencji: to mój strach – moje rozważanie – jest „spontaniczne”. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Wszystkie rozwiązania, jakie sobie wyobrażam, są wewnętrzne wobec systemu miłosnego: odejście, podróż, samobójstwo – to zawsze zakochany zamyka się, odchodzi czy umiera; jeśli patrzy na siebie w odosobnieniu, odchodzącego czy umierającego, widzi zawsze kogoś zakochanego; nakazuję sobie być zawsze zakochany oraz już nim nie być. Ten rodzaj tożsamości problemu i rozwiązania w sposób dokładny tworzy definicję pułapki: zostałem schwytany, gdyż zmiana systemu jest poza moim zasięgiem: „urządziłem się” dwa razy: wewnątrz własnego systemu oraz dlatego, że nie mogę go zastąpić żadnym innym. Ten podwójny węzeł jest, jak się zdaje, definicją pewnego typu szaleństwa (pułapka się zamyka, kiedy nieszczęściu nic się nie przeciwstawia: „Aby powstało nieszczęście, nawet dobro musi krzywdzić”). Łamigłówka: chcąc „z tego wyjść”, należałoby wyjść z systemu – z którego chcę wyjść itd. Gdyby obłęd miłosny nie mijał z „natury”, nie znikał sam z siebie, nikt nigdy nie mógłby położyć mu kresu. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Zakochany popada w obłęd („przemieszcza poczucie wartości”), jednakże jego obłęd jest głupi. Cóż bardziej głupiego niż zakochany? Tak głupiego, że nikt nie ośmiela się publicznie mówić jego dyskursem bez poważnej mediacji: powieści, teatru czy analizy. Daimon Sokratesa (ten, kto mówił najpierw w nim) podpowiadał mu: nie. Mój daimon jest, przeciwnie, moją głupotą: niczym Nietzscheański osioł, mówię „tak” wszystkiemu w polu mojej miłości. Upieram się, odrzucam wcześniejsze doświadczenia, powtarzam te same zachowania; nie można mnie wychować – i ja sam nie mogę siebie wychować, mój dyskurs jest wiecznie nieprzemyślany; nie umiem nim obracać, stopniować go, rozmieszczać w nim różnych spojrzeń, cudzysłowów; mówię zawsze dosłownie; chwytam się obłędu ugrzecznionego, uzgodnionego, dyskretnego, oswojonego, zbanalizowanego przez literaturę. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Być może „płakać” to nazbyt dużo; być może nie należy odsyłać wszystkich łez do jednego znaczenia; być może w jednym zakochanym jest wiele podmiotów, angażujących się w sąsiednie, lecz odmienne tryby „płakania”. Które jest to „ja” ze „łzami w oczach”? Jakie jest to inne, któremu tamtego dnia „zebrało się na łzy”? Kim jestem ja, który „wypłakuję wszystkie łzy swojego ciała” lub po przebudzeniu wylewam „strumień łez”? Mam tyle sposobów płaczu być może dlatego, że kiedy płaczę, zawsze się do kogoś zwracam; odbiorca moich łez nie zawsze jest ten sam: przystosowuję tryby swojego płaczu do typu szantażu, jaki zamierzam łzami zastosować wokół siebie. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Dzisiaj nie ma jednak żadnego systemu dla miłości: tych kilka systemów, które otaczają współczesnego zakochanego, nie czyni dla niej żadnego miejsca (najwyżej miejsce bezwartościowego): zakochany na próżno zwraca się do takiego czy innego zastanego języka, żaden nie daje mu odpowiedzi, chyba że chce odciągnąć go od tego, co kocha. Dyskurs chrześcijański, jeśli taki jeszcze istnieje, nakłania go do powściągliwości i sublimacji. Dyskurs psychoanalityczny (który przynajmniej opisuje jego stan) zachęca go do odbycia żałoby po swoich Wyobrażeniach. Dyskurs marksistowski nie mówi natomiast nic. Jeśli przychodzi mi chęć zapukania po kolei do wszystkich tych drzwi, aby moje „szaleństwo” (moja „prawda”) zostało gdzieś uznane, drzwi po kolei się zamykają; a kiedy są zamknięte, wokół mnie wyrasta mur języka, który mnie grzebie, prześladuje, odpycha – chyba, że wykażę skruchę i zgodzę się „pozbyć Iksa”. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Samotność zakochanego nie jest niczyją samotnością (miłość się zwierza, mówi, opowiada o sobie), jest samotnością systemową: ja jeden czynię z niej system (być może dlatego, że nieustannie godzę się z solipsyzmem mojego dyskursu). Trudny paradoks; mogę być rozumiany przez wszystkich (miłość pochodzi z książek, jej dialekt jest potoczny), ale mogę zostać wysłuchany (przyjęty „proroczo”) tylko przez podmioty, które mają, właśnie teraz, dokładnie taki sam język co ja. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Można być zakochanym, a mimo to czuć się niesamowicie samotnie. więcej
    Lisa GardnerSąsiad
  • Historycznie rzecz ujmując, dyskurs nieobecności należy do Kobiety: Kobieta jest osiadła, Mężczyzna jest myśliwym, podróżnikiem; Kobieta jest wierna (czeka), Mężczyzna się ugania (żegluje od do, podrywa). To Kobieta nadaje nieobecności formę, czyni z niej opowieść, gdyż ma na to czas; tka i śpiewa; Tkaczki, Pieśni o Tkaniu, mówią o znieruchomieniu (terkotem szpuli) i zarazem o nieobecności (w oddali rytmy podróży, morskie fale, konne eskapady). Wynika stąd, że w każdym mężczyźnie, który mówi o nieobecności drugiej osoby, ujawnia się kobiecość: mężczyzna czekający i cierpiący z powodu nieobecności cudem staje się zniewieściały. Mężczyzna nie jest zniewieściały dlatego, że może być homoseksualistą, lecz dlatego, ze jest zakochany. (Mit i utopia: początek należał, a przyszłość będzie należała do podmiotów, w których jest coś kobiecego. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Wiedziony szczególną logiką, podmiot zakochany dostrzega innego jako Wszystko (niczym tamten jesienny Paryż ) i zarazem owo Wszystko wydaje mu się zawierać całą resztę, której nie może wypowiedzieć. Inny całym sobą wytwarza w nim wizję estetyczną: podmiot chwali go za doskonałość, szczyci się, że wybrał aż taką doskonałość; wyobraża sobie, że chce być, podobnie jak on sam, kochany nie ze względu na taką czy inną zaletę, lecz za całość, i przyznaje mu tę całość pod postacią słowa pustego, bo Całości nie można wyszczególnić bez jej zubożenia: w Cudowny! nie kryje się żadna zaleta, lecz tylko całość afektu. Kiedy jednak cudowny mówi wszystko, to mówi zarazem o tym, czego temu wszystkiemu brakuje; chce oznaczyć to miejsce innego, w które wczepia się szczególnie moje pragnienie, lecz miejsca tego nie da się oznaczyć; niczego o nim nigdy się nie dowiem; mój język będzie zawsze błądził, jąkał się, próbując je wypowiedzieć, lecz za każdym razem wydam z siebie tylko słowo puste, będące niczym stopień zerowy wszystkich miejsc, w których powstaje moje bardzo szczególne pragnienie tego innego. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • W swoim mieście spotykam miliony ciał; z tych milionów mógłbym pragnąć kilkuset; ale z tych setek kocham tylko jedno. Inny, w którym jestem zakochany, określa dla mnie niezwykłość mojego pragnienia. Ten wybór, tak dalece rygorystyczny, że wskazuje tylko na Jednego, tworzy podobno różnicę między przeniesieniem psychoanalitycznym a przeniesieniem miłosnym; pierwsze jest uniwersalne, drugie nacechowane. Potrzeba było wielu przypadków, wielu zadziwiających zbiegów okoliczności (i być może wielu poszukiwań), abym znalazł Obraz, który spośród tysiąca innych odpowiada mojemu pragnieniu. Jest to wielka tajemnica, do której klucza nigdy nie znajdę: dlaczego pragnę właśnie Tego? Dlaczego pragnę go wytrwale, z bolesnym utęsknieniem? Czy pragnę go całego (jego sylwetki, postaci wyglądu)? Czy tylko fragmentu jego ciała? I w takim razie co w kochanym ciele okaże się dla mnie fetyszem? Któraż cząstka, choćby niewiarygodnie mała, jaki przypadek? Kształt paznokcia, ząb nadłamany lekko, ukośnie, kosmyk, sposób, w jaki rozciąga palce, gdy mówi, pali? O wszystkich tych fałdach ciała mam ochotę powiedzieć, że są cudowne. Cudowny znaczy: oto moje pragnienie, gdyż jest ono całkiem jednostkowe: „Właśnie to! Właśnie to (kocham)”. Jednak im bardziej odczuwam osobliwość swojego pragnienia, tym mniej mogę je nazwać; z dokładnością celu spotyka się migotliwość nazwy; właściwością pragnienia jest to, że może ono wytworzyć jedynie wypowiedź niewłaściwą. Z tej zaś klęski języka pozostaje wyłącznie ten ślad: słowo „cudowny” (dobrym przykładem „cudownego” byłoby łacińskie ipse : to on, to on we własnej osobie. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
  • Istnieją dwie  afirmacje miłości. Kiedy zakochany spotyka innego, jest to najpierw afirmacja bezpośrednia (psychologicznie: olśnienie, zachwyt, uniesienia, szalona projekcja spełnionej przyszłości: zżera mnie pragnienie, pęd do szczęścia): wszystkiemu mówię tak (oślepiając siebie). Następnie otwiera się długi tunel: moim pierwszym „tak” targają wątpliwości, miłosnej wartości nieustannie zagraża deprecjacja: jest to chwila namiętności smutnej, wzrostu resentymentu, własnej ofiary. Z tego tunelu mogę jednakże się wydostać; mogę „się przełamać”, niczego nie przekreślając; mogę znowu afirmować to, co afirmowałem po raz pierwszy, afirmować, nie powtarzając, gdyż teraz tym, co afirmuję, jest afirmacja, a nie jej przypadkowość: afirmuję pierwsze spotkanie w jego różnicy, chcę jego powrotu, nie jego powtórzenia. Mówię innemu (dawnemu czy nowemu): Zacznijmy raz jeszcze. więcej
    Roland BarthesFragmenty dyskursu miłosnego
Jak mogę dodać nowy cytat?
Znajdź autora lub książkę, następnie w sekcji "cytaty" kliknij link Dodaj cytat.
Popularne tagi cytatów
więcej
zgłoś błąd zgłoś błąd