Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/9259/wyszlo-na-to-ze-stworzylam-swoj-autoportret-wywiad-z-marta-guzowska

Wyszło na to, że stworzyłam swój autoportret. Wywiad z Martą Guzowską

  wartościowy tekst

„Jeśli idzie o moje własne książki, regułą numer jeden jest konflikt. Jeśli akcja płynie mi zbyt gładko, wiem, że to będzie nudne. Ale wystarczy rzucić bohaterom trochę kłód pod nogi i od razu robi się ciekawiej” - mówi Marta Guzowska o swoim pisarskim warsztacie. Przeczytajcie wywiad z autorką Reguły nr 1.

Marta Guzowska, autorka kryminałów i archeolożka, powraca z nową powieścią - „Reguła nr 1”!

Reguła numer jeden Simony Brenner: nie ufaj nikomu. Jeśli zaufasz, już po tobie. W świecie archeologów wszyscy liczą się z jej zdaniem, w świecie paserów tym bardziej. Nikt tak, jak ona, nie potrafi ukraść cennych dzieł sztuki z najbardziej strzeżonych muzeów i galerii.

Tym razem ktoś wplątał Simonę w makabryczną grę. Ma odszukać bezcenną sztabkę złota. Ten, kto zlecił jej to zadanie, ma obsesję na tym punkcie, która zamienia się w żądzę krwi. W tej grze liczy się nie tylko refleks złodzieja, ale i mocne nerwy – zwłaszcza, gdy pionkami okazują się niewinni ludzie,
a jedyny sposób, by dotrzeć do celu, to iść po krwawych śladach. Kiedy walczy się ze śmiertelnie niebezpiecznym cieniem, trzeba zaryzykować i komuś zaufać. Tylko komu?

Przeczytajcie wywiad z Martą Guzowską.

 

Simona Brenner, złodziejka i archeolożka, to kobieta bezkompromisowa, która wikła się w niebezpieczne gry, a jednocześnie zawsze trzyma się swoich zasad. Na ile Simona jest podobna do pani?

To ciekawe pytanie. Kiedy pisałam pierwszą powieść o Simonie, w ogóle nie myślałam, żeby zawrzeć w niej cząstkę mnie. Chciałam stworzyć bohaterkę niejednoznaczną, czasem irytującą, czasem budzącą podziw profesjonalizmem, czasem po ludzku głupią, a czasem przebiegłą jak łasica. Chciałam mieć bohaterkę, która będzie budziła w czytelniku mieszane uczucia, ale też taką, której czytelnik ostatecznie będzie kibicował, mimo jej denerwujących wad charakteru. No i wyszło na to, że stworzyłam swój autoportret, może nie w skali jeden do jednego, ale w znacznym stopniu. (Śmiech) Podobnie jak Simona jestem okropnie niecierpliwa, jestem perfekcjonistką w pracy, irytują mnie ludzkie słabości, jestem przemądrzała i uważam, że wszystko wiem najlepiej (tu najbardziej kompetentnej odpowiedzi może udzielić mój partner). Podobnie jak ona bywam też życiowo naiwna, często głupia i daję się wmanewrować w sytuacje, w których nie chciałam się znaleźć. Chyba powinnam bardziej uważać, kiedy piszę. Ale Simone już tak polubiłam, że nie chciałabym, żeby się zmieniła.

„Złoto zmienia ludzi” - mówi Simona Brenner. „Czasem w anioła, czasem w potwora”. W kogo częściej?

    Chyba jednak w potwory, mniejsze lub większe, ale potwory. Jakoś mało w prasie wiadomości o ludziach, którzy oddali majątek biednym, pełno natomiast o takich, którzy zabili albo popełnili przestępstwo mniejszego kalibru, żeby zdobyć złoto.

    Nawet to rozumiem. Byłam kiedyś w Bazylei na wystawie skarbów z grobowca Tutanchamona. I miałam taką straszną ochotę to całe złoto pogłaskać, przytulić, może nawet schować do kieszeni… Niestety, w odróżnieniu od Simony, nie poradziłabym sobie ze strażnikami i gablotami z nietłukącego szkła. Zresztą Simona to mądra dziewczyna, kradnie złoto tylko z magazynów i kiedy nikt nie widzi.

    Kiedyś mi się poszczęściło i oglądałam w Atenach, w tamtejszym Muzeum Narodowym, złoty minojski pierścień, masywny zabytek ze szczerego złota, przepiękny, z oczkiem po kłykieć palca, dekorowany grawerowaną sceną. Pierścień został odkupiony od kogoś, kto (podobno) znalazł go na strychu pradziadka i zdecydował się sprzedać zabytek muzeum, a nie paserom (zresztą grecki rząd płaci takim znalazcom ładne sumki, więc ten ktoś na pewno nie pożałował decyzji). Oczywiście, podobnie jak wszyscy w muzeum, przymierzyłam ten pierścień, wsunęłam go na palec. I natychmiast pojawiła się myśl: a co, gdybym się odwróciła i szybko wyszła? Zanim ktoś by zareagował, byłabym daleko… Niestety, jestem dość znana w świecie archeologów, więc bez trudu by mnie złapali...

    Kradzież dzieł sztuki, czyli to, czym zajmuje się pani bohaterka, nie jest czysta moralnie. Co pani myśli o tym, że dziedzictwo kulturowe jest rozkradane, rozprzedawane na bazarach lub znika w czeluściach prywatnych kolekcji?

      Wtedy nie myślę, tylko płaczę. Naprawdę płaczę przy oglądaniu filmików na YouTubie, na których Państwo Islamskie wysadza lub rozwala ruiny i rzeźby, które archeolodzy odkopywali z takim trudem, które konserwatorzy pieczołowicie rekonstruowali, które badacze otaczali taką troską, bo to pojedyncze unikalne egzemplarze i więcej ich już nie ma. Mimo że główna bohaterka moich powieści jest złodziejką, prawda jest taka, że dla archeologa nie ma nic świętszego niż zabytki, które wykopuje. Zresztą Simona może kraść zabytki, ale wolałaby dać sobie odciąć rękę, niż je zniszczyć!

      Archeologia czy pisarstwo – pani nie musi wybierać, bo świetnie łączy te dwie dziedziny. Co daje pani zajmowanie się każdą z nich?

        Powszechnie wiadomo, że człowiekowi w życiu potrzeba trochę pokory i dystansu. Najlepiej mają astrofizycy, bo nic tak pokory nie uczy, jak studiowanie bezmiaru wszechświata. Ale pod tym względem archeologia też jest niezła, bo pokazuje, jacy mali jesteśmy wobec przeszłości.

        Pisanie też mnie uczy pokory. Po pierwsze dlatego, że doskonale wiem, ile czasu i ile potu potrzeba, żeby pomysł zamienił się w porywającą powieść. A po drugie… pod drugie, bo wydaje mi się, że ja moich historii nie wymyślam. Czasem mam wrażenie, że one gdzieś tam są, w jakimś równoległym wszechświecie wypełnionym historiami. A moim zadaniem jest je po prostu odkryć. Jak każda twórczość, pisanie pozwala – choć bardzo, bardzo rzadko – doświadczyć uczucia podłączenia do jakiejś kosmicznej energii. Chociaż jestem pisarką, trudno mi znaleźć słowa, żeby to opisać. Tego po prostu trzeba samemu spróbować.

        „Najważniejsze są warsztat i doświadczenie” - mówi Simona Brenner o swoim zawodzie złodziejki. A co jest najważniejsze dla pisarki?

          Andrzej Sapkowski w którymś ze swoich tomów sagi o Wiedźminie, tak pisał o gońcu królewskim (cytuję z pamięci, więc niedokładnie): „w tym zawodzie potrzebna jest złota głowa i żelazna dupa”. I dokładnie to samo można powiedzieć o pisarzu. Złota głowa, to wiadomo. A żelazna dupa, bo trzeba swoje wysiedzieć przy biurku, żeby stworzyć coś, co nadaje się do pokazania redaktorowi.

          Czyli Simona (jak zwykle!) ma rację: warsztat i doświadczenie A ściślej ujmując: warsztat, warsztat, warsztat i trochę pokory. Warsztat, bo pisanie, podobnie jak inne zawody, składa się z całej masy umiejętności technicznych, które po prostu trzeba posiąść. I doskonalić. Nie znam pisarza, który by powiedział: ja to mam już warsztat w małym palcu. A ta odrobina pokory jest po to, aby zrozumieć, że doskonałe pomysły nie są na zawołanie. Muzy bywają kapryśne. Ale jeśli się na nie wiernie czeka, to zawsze prędzej czy później, się pojawiają.

          W przeciwieństwie do popularnego skandynawskiego nurtu, w pani powieściach nie znajdziemy wiele społecznych analiz, dogłębnych opisów i odkrywania tajemnic hermetycznych środowisk. Co jest dla pani najważniejsze w konstruowaniu powieści?

            Bohaterowie. Zawsze są dla mnie na pierwszym miejscu. Każdą powieść zaczynam od tygodni rozmyślań (i robienia notatek) na temat bohaterów, ich fizis i psychiki, historii ich życia, ich problemów, sposobu wysławiania się. Dopiero kiedy moi bohaterowie już sami oddychają, wpuszczam ich w stworzony przez mnie świat. I potem pozwalam im radzić sobie samym. Mam z tym jednak pewien problem: ponieważ znam ich tak dobrze, bardzo mi ich żal, kiedy pakują się w kłopoty. To tak jak ze sztandarową postacią w horrorze, kiedy krzyczymy: nie schodź do piwnicy, głupia! Problem w tym, że jeśli nie zejdzie do piwnicy, nie będzie filmu. A ja, jeśli nie wpakuję moich bohaterów w kłopoty, jeśli się nad nimi zlituję i oszczędzę im zmartwień, nie będę miała powieści. Pisanie wyzwala ukryte okrucieństwo.

            Drugą najważniejszą rzeczą przy konstruowaniu powieści jest pomysł. Ale bynajmniej nie pomysł na całą intrygę. Zazwyczaj jest to drobiazg, czasem sytuacja, czasem zbitka słów, czasem zabytek, może być też krajobraz, jakieś konkretne miejsce albo artykuł w gazecie. Nieomal fizycznie czuję wtedy, jak zapala mi się w głowie lampka z napisem TO JEST POMYSŁ. Na przykład kilkanaście miesięcy temu pojawił mi się w głowie ślepy archeolog. Co z tego wynikło, czytelnicy będą mogli zobaczyć w 2018 roku.

            Jakimi regułami rządzi się dobry kryminał?

              Kryminał w ogóle rządzi się mnóstwem konstrukcyjnych reguł, jak na przykład słynna Czechowowska reguła strzelby, która (strzelba, nie reguła) jeśli w pierwszym akcie została zawieszona na ścianie, w ostatnim powinna wypalić. Ja jednak z wielką przyjemnością czytam kryminały, które bawią się z czytelnikiem i wywracają te reguły do góry nogami. Jeśli idzie o moje własne książki, regułą numer jeden jest konflikt. Jeśli akcja płynie mi zbyt gładko, wiem, że to będzie nudne. Ale wystarczy rzucić bohaterom trochę kłód pod nogi i od razu robi się ciekawiej.

              Rozmawiała Magdalena Śniecińska.


              Pokaż wszystkie rozmowy
              Komentarze
              Autor:  LubimyCzytać |  wypowiedzi: 1  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
              książek: 2031
              LubimyCzytać
              07-09-2017 11:31
              Zapraszamy do dyskusji.
              Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

              Opinie czytelników


              O książce:
              Banda niematerialnych szaleńców

              Rodzice Danny'ego są okropnie bogaci, ale ma to swoje konsekwencje. Ich praca wymaga podróżowania po świecie, przez co chłopak żyje na walizkach i mus...

              zgłoś błąd zgłoś błąd