Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Czy musimy znać prawdziwą tożsamość pisarzy?

Autor:  AMisz
Czy musimy znać prawdziwą tożsamość pisarzy?
15 wartościowy tekst

Od kilku dni nie cichnie burza wywołana przez Claudio Gattiego, który twierdzi, że ujawnił prawdziwą tożsamość Eleny Ferrante. Ujawnił, bo mógł. Pomimo tego, że sama autorka wielokrotnie podkreślała, że chce pozostać anonimowa. Korzystając poniekąd z okazji zadałam kilka pytań Annie Lange – debiutantce, piszącej pod pseudonimem.

O książkach Ferrante słyszałam wiele dobrego – w redakcji kilka osób je przeczytało i poleca, z zastrzeżeniem jednak, że „mogą mi się nie spodobać” – gustuję wszak w literaturze gatunkowej. I oczywiście kilkukrotnie zastanawialiśmy się wspólnie, kto kryje się pod pseudonimem, ale nigdy nie rozpalało to naszej wyobraźni do czerwoności. Ot, ciekawostka – taka sama jak to jak wygląda obecnie Thomas Pynchon. Kiedy więc w niedzielę na profilu Pawła Goźlińskiego znalazłam link do artykułu z „New York Review”, w którym autor Claudio Gatti twierdzi, że poznał prawdziwą tożsamość włoskiej pisarki – otworzyłam go kierowana zawodową ciekawością. Przeczytałam, przyswoiłam i... poczułam lekki żal, że tajemnica została odkryta. W poniedziałek, z zawodowej poniekąd konieczności, opublikowaliśmy o tym artykuł, pod którym zresztą nasi użytkownicy dali nam do zrozumienia, że prywatność autorki należało uszanować – bo to nieważne jak się naprawdę nazywa, ważne jak pisze. I teraz czytam komentarze innych pisarzy w zagranicznych serwisach i muszę przyznać im rację – ujawnienie (najprawdopodobniej) prawdziwych personaliów Eleny Ferrante jest poniekąd gwałtem na niej. Claudio Gatti chciał dowiedzieć się, kim ona jest – więc to zrobił. Wbrew jej woli, bo mógł, bo miał taką sposobność, bo po prostu chciał! Nie milkną głosy oburzenia i głosy pełne obawy, że Ferrante już nic nie napisze. Wszak sama w wywiadzie udzielonym w 2003 roku dla „The Paris Review” powiedziała, że jeśli zostanie zdemaskowana, to zaprzestanie pisać. A to byłaby strata dla literatury.

Pisać pod pseudonimem można z różnych powodów. Można tak jak Ferrante chcieć, aby literatura przemawiała sama za siebie. Można, tak jak Rowling chcieć się sprawdzić w innym gatunku (w przypadku Rowling doszło również do ujawnienia prawdziwych personaliów Roberta Galbraitha – można oczywiście domniemywać, czy był to tylko marketingowy zabieg czy faktycznie stało się to wbrew woli samej autorki). W Polsce jest kilku pisarzy, którzy piszą pod „nieswoim” nazwiskiem, ale nie ukrywają przy tym prawdziwej tożsamości np. Vincent V. Severski czy Robert M. Wegner, który uznał ponoć, że jego prawdziwe nazwisko jest zbyt pospolite. Są też Vera Falski i Anna Lange. Pod pseudonimem Vera Falski ukrywają się dwie osoby, dwie pisarki – kiedyś nawet organizowaliśmy konkurs na odkrycie ich prawdziwych tożsamości – ale było to za zgodą samych zainteresowanych i wydawnictwa.

Inny jest przypadek debiutantki, której książka ukazała się niedawno w SQN, Anny Lange. W przypadku Very Falski wiadomo, że to dwie pisarki, które na co dzień realizują się w innej literaturze. W przypadku Anny Lange, wiemy, że na co dzień realizuje się na jednej z uczelni wyższych i jest profesorem chemii. Co w sumie daje nam już sporo danych, które pozwalałyby wścibskiemu dziennikarzowi ustalić kim Anna Lange jest. Tylko po co?

W połowie sierpnia nakładem SQN ukazała się Pani książka Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu - dlaczego zdecydowała się pani na pisanie pod pseudonimem?

To bardzo proste - publikuję naukowo i nie chciałam, by te dwa obszary mojej działalności się nakrywały. Wzięłam przykład z Marka Huberatha

Co daje Pani pisanie pod pseudonimem?

Poza tym, że rozdzielam publikacje naukowe i beletrystykę, przyznam, że mnie to poczucie prowadzenia podwójnego życia bawi. Długo to pewnie nie potrwa, ale póki co, jest zabawnie.

Ujawnia Pani na swój temat całkiem sporo – czy wszystkie te szczegóły są prawdziwe, czy to też zasłona dymna, mająca uniemożliwić pani identyfikację? W zasadzie nawet jak mi Pani odpowie, to nie wiem, czy to będzie prawda czy nie :D

Wszystkie są stuprocentowo prawdziwe.

Czy w ogóle planuje pani ujawnić swoje prawdziwe imię i nazwisko?

Właściwie nie, ale jeśli ktoś odgadnie, nie będę szczególnie zmartwiona. Sporo osób z mojego otoczenia już wie, że napisałam powieść i pewnie ta informacja będzie dyfundować.

Pani książka jest napisana niesamowicie dojrzałym językiem – wcale nie przypomina książek debiutantów – skąd u Pani taki świetny styl? Może to, że jest Pani debiutantką też nie jest do końca prawdą?

Jestem autentyczną debiutantką, jeśli chodzi o oryginalne utwory literackie. Natomiast oprócz publikacji stricte naukowych pisałam artykuły popularnonaukowe, tłumaczyłam (nie tylko teksty naukowe, ale też felietony), a także od kilkunastu lat próbowałam sił w fanfiction, głównie po angielsku. To ostatnie sporo mi dało: w porównaniu z twórczością w obcym języku, pisanie po polsku robi się całkiem łatwe. A co do stylu, lubię czytać literaturę dziewiętnastowieczną i z początku dwudziestego wieku. Wtedy dbano o język i może to jakoś przeniknęło do mojego pisania.

Przypadek Eleny Ferrante pokazuje, że dla (niektórych) dziennikarzy prywatność nie istnieje – czy nie boi się Pani, że ktoś wejdzie w Pani życie z buciorami i wyciągnie na wierzch Pani prywatne sprawy?

Eee, niech wyciągają. Nic specjalnie ciekawego w moich prywatnych sprawach nie ma.

Czy prowadzi Pani podwójną grę? I pani najbliżsi też nie wiedzą, że Anna Lange to Pani?

Ależ nie, rodzina wie. Siostra jest moją „beta-readerką", pierwsza dostawała każdy rozdział i wiele mi pomogła (na przykład konsekwentnie dopominała się opisów). Części rodziny dałam książkę do czytania bez informacji o autorce, by sprawdzić, czy się im podoba.

Książka zbiera całkiem dobre opinie i recenzje – czy teraz, po takim pozytywnym odbiorze byłoby łatwiej się Pani ujawnić, niż gdyby książką okazała się słaba?

Pewnie tak. Nie zastanawiałam się nad tym. Wątpię jednak, by wielu moich znajomych z uczelni książkę przeczytało. Aż tak popularna nie jest.

Jest Pani przesądna? Wierzy Pani w zjawy, duchy, opętania?

Zdecydowanie nie. Zresztą moi bohaterowie też wyznają bardzo racjonalny światopogląd - w ich świecie te zjawiska po prostu namacalnie występują.

Skąd pomysł na osadzenie akcji powieści w wiktoriańskiej Anglii? Inspiracja Arthurem Conan-Doylem?

Częściowo może tak. Zawsze lubiłam Conan-Doyla i jego zainteresowanie spirytyzmem mogło się przyczynić do koncepcji nekromanty w Scotland Yardzie. Opowiadania o Sherlocku Holmesie były też pierwszą „prawdziwą” książką, jaką przeczytałam po angielsku. Ale zdecydowało wiele czynników, a głównie to, że potrzebowałam sytuacji, w której jednostka policji zajmująca się sprawami związanymi z magią mogłaby być czymś nowym. Okres zaraz po powstaniu Wydziału Detektywistycznego Londyńskiej Policji Metropolitalnej pasował idealnie. Poza tym podziwiam wiktorian i drugą połowę XIX wieku. To był czas nie tylko bezprecedensowego rozwoju nauki, ale i zmian światopoglądowych. Do głównego dyskursu weszły takie pojęcia jak prawa człowieka, kobiet, dziecka, robotnicze... Zniesiono niewolnictwo, zaczęto regulować stosunki pracy, kobiety zaczęły dopominać się o prawa obywatelskie... Czasy warte przypomnienia.

Pracuje już Pani nad kolejną powieścią?

Tak, pracuję nad kontynuacją mojego debiutu. Niestety, powoli mi to idzie. Przedtem powinno ukazać się, w ten czy inny sposób, opowiadanie-prequel do wydanej już powieści.


Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  AMisz |  wypowiedzi: 5  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 574
AMisz
07-10-2016 14:14
Zapraszam do dyskusji.
książek: 2267
Marre
07-10-2016 14:57
Dobra, dopiero teraz ogarnęłam, że Anna Lange jest Polką... Byłam przekonana, że "Clovis LaFay" zostało napisane przez jakąś autorkę anglosaską xP
książek: 612
Trefny
07-10-2016 15:04
Nie. Lewis jako Lewis i pod pseudonimem pisałby tak samo dobrze. Nie potrzebuję znać nazwiska pisarza, a jeśli chce zachować anonimowość to jego sprawa.
książek: 6137
allison
07-10-2016 18:51
Jedni ukrywają się pod pseudonimem, bo najzwyczajniej w świecie z jakiegoś powodu nie chcą się ujawnić, inni robią z tego medialny szum wokół siebie i swoich książek, czyli sięgają po jeden z najtańszych i sprawdzonych sposobów promocji.
Bez względu na motywy, jakie kierują twórcą, szanuję je i jakoś mnie nie korci, by prowadzić literackie śledztwa.
książek: 107
YakieFayne
09-10-2016 10:46
Clovis LaFay to bardzo dobra książka:)
Jeśli zaś chodzi o prywatność pisarzy to jak najbardziej powinno się ją uszanować, no chyba, że któryś z nich ma skłonności do bycia celebrytą ;) jednak w takim przypadku z pewnością nie będzie się krył pod pseudonimami :)
pozdrawiam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Rok 1984

Wizja dość upiorna> Dobrze, że odmalowana świetnym językiem. Może dzięki temu trafi do większej liczby mózgów i dusz.

zgłoś błąd zgłoś błąd